czwartek, 10 sierpnia 2017

Rozdział 31 – Nadciąga ciemność

Podniósł się zdenerwowany ze swego tronu. Od jego oblicza pała wściekłość. Przechadzał się po komnacie, karcąc w myślach wszystkich swych poddanych. Nieudacznicy! Plugastwa! Nie potrafią niczego dobrze wykonać! Czego się spodziewałem, po tych starcach! Żaden z nich nie zasługuje na miano mędrca! Kazałbym przygotować dla nich szubienice, jednakże mogą być te stare próchna do czegoś przydatne. Znają się na mapach i starych strategiach, o których nikt już nie pamięta. Tak… To potrafią! Jednakże, kiedy byliśmy w posiadaniu Palantíra, niczego nie wiedzieli! Każe ich wszystkich powiesić, kiedy już zasiądę na tronie Śródziemia. Toron również jest do niczego! Miał ją złapać! Żałuje, że nie wykonałem tego zadania sam. Leżałaby teraz w lochach i gniła. Już wkrótce mrok, rozleje się po wszystkich zakątkach zmieni. Nadciąga ciemność. Rozwścieczony, cisnął złotym świecznikiem w ścianę. Złożywszy ręce z tyłu, począł na nowo krążyć. Przystanął przed herbem znienawidzonego rodu, patrząc na niego z pogardą. Miał za złe swojemu pradziadowi to, że w tak szybkim tempie wyssał ze Smoczego Królestwa życie. To przysporzyło jego ojcu, wielu utrapień związanych ze znalezieniem blondwłosego plugastwa. Chciał pojąć ją za żonę, ale nikt nie wiedział, gdzie się ona znajduje. Podszedł do stołu, odkładając na nim koronę. Upił łyk wina, przyglądając się swojemu pierścieniowi. Napawał się dumą, gdy wpatrywał się w wizerunek węża. Pamiętał jak udusił on, a potem pożarł jednego z latających ścierw. Odkroił kawałek kromki chleba, grubo posmarowanej miodem. Odwracając się z powrotem w stronę herbu, rzucił w niego ostrzem. Brzeszczot wbił się w pierś smoka. Zaśmiał się gromko, mając w pamięci tchnienie ostatniego smoka. Pałał dumą ze swego czynu. Wrzask potwora, poprawił mu tamtego dnia humor. Mężczyzna był pewny swej wygranej. Posiadał w zanadrzu broń, której nikt - jak sądził, nie mógł pokonać. Pragnął widzieć śmierć wroga, ponoszoną za sprawą jego armii, o której nikt po za nim i kilku zaufanych podwładnych, nie wiedział. Uśmiechnął się w duchu ze swego podstępu.
Drzwi niespodziewanie stanęły otworem, a zza nich wyłoniła się postać, jednego z głównych dowódców. Mężczyzna ukłonił się, pozostając w tej pozycji.
 - Królu – zaczął niepewnie – rozkaz został wykonany.
 - Zatem, czas rozpocząć egzekucje tych wieśniaków – zaśmiał się skrzekliwie.
Na niebie zebrały się czarne chmury, zwiastujące rychłą burzę. Panująca szarość i mrok, zagęszczały panującą atmosferę. Wiatr, który się zerwał, przeganiał słomę oraz kołysał wiszące sznury. Ich grubość wprawiała w lęk. Kruki, obserwując tłoczący się na dziedzińcu lud, krążyły nad nimi. Czekały w milczeniu na swoją część obiadu. Otwarte z hukiem, z prawej strony drzwi, omal nie wyleciały z zawiasów. Na placu wywołało to szmer i ogólne poruszenie. Szli zakuci w łańcuchy, podnosząc dumnie głowy. Nie żałowali ani jednej ze swoich decyzji. Każdy z nich postąpiłby ponownie tak samo, gdyby zdarzyła się ku temu sposobność. Wierzyli w wolność i sprawiedliwe panowanie. Wiedzieli jednak, że niewielu z ich ludu, zdoła się zdobyć na taki heroizm, jakim oni zasłynęli. Wręcz przeciwnie. Niektórzy z nich, uparcie powtarzali o hojnej dobroci Elion’a, zaćmieni przez szerzącą się przez niego propagandę. Wkroczyli dumnie na podest, będący ich ostatnim wspomnieniem. Uśmiechali się do wpatrującego się w nich tłumu. Pragnęli zostać wzorem dla przyszłych młodych pokoleń.
Rozradowany Elion, stanął przy balustradzie tarasu. Widział przerażenie w oczach motłochu, który musiał znosić. Stanowili oni dla niego społeczność, służącą do wyzyskiwania.
 - Niech to będzie przestrogą dla wszystkich – wskazał na więźniów, którym zakładano stryczki – którzy ośmielą przeciwstawić się mnie, waszemu panu i królowi. Dbam o was, poświęcam całe dnie, by rozwijać nasze królestwo! Oni! – krzyknął, wskazując na jednego z nich. – Ośmielili się przeciwstawić! Działali przeciw naszej społeczności! Spiskowali i zakłócali spokój waszego życia! Stając tym samym w szeregach wroga – dodał ciszej z powagą. – Moje dobre serce, ułaskawiłoby ich lecz… wiem, że tylko będzie w stanie ich powstrzymać przed szerzeniem oszczerstw – spuścił wzrok, słysząc przychylne głosy ludu. – Powiesić! – krzyknął ostro.
Przestraszone ptaki, popadły w panikę, wpadając na siebie.
 - Chwała Smoczej Księżniczce! Chwała jej królestwu! – krzyknęli skazańcy jednym tchem.
Klapa opadła, a ich ciała zawisły na grubych sznurach. Ostatkami sił, próbowali wciągnąć powietrze do płuc. Marzyli o takiej śmierci, więc witali ją z szeroko otwartymi ramionami. Wierzyli, że to śmierć honorowa. Wkrótce martwe ciała wisiały bez życia, trzymane przez sznur. W tłumie dało się słyszeć szloch matek, żon i dzieci. Płakali nad okrutnym losem, który spadł na rodzinę. Wielu z nich było jedynymi mężami w domach. Od tamtej pory, kobiety musiały poradzić sobie same. Wiedziały, że nie mogą liczyć na pomoc Eliona, który w rzeczywistości nie zważał na potrzeby ludu. Niejednokrotnie samotne matki, wdowy opuszczały wraz z dziećmi rodzinny dom, podążając ku nowemu życiu. To samo, a więc czekało i je. Plac powoli pustoszał, a w tedy pozostały tylko one i ciała ich mężów, braci i ojców.

               Półmrok otulił las. Przez gęste korony drzew przedzierały się nikłe, odbijane przez księżyc promienie. Zapadła cisza, przerywana przez pojedyncze odgłosy. Wiatr kołysał liściaste gałęzie. Szum lasu dało się słychać już przed nim. Mimo iż zapadła noc, puszcza nie przestawał tętnić życiem. Zwierzęta uśpione w dzień, budziły się do życia. Młoda lisica wyszła z nory, zwabiona szelestem opadłych liści. Trochę przygarbiona, nastawiła uszu i wytężyła wzrok. Zauważyła. Nieopodal grasował szczur. Zbyt zajęta poszukiwaniem jedzenia, nie zważała na niebezpieczeństwa. Lisica skradając się, przystanęła na tyle blisko, by móc w każdej chwili skoczyć. Wyczekiwała cierpliwie momentu, który byłby odpowiedni do ataku. Przygotowała swe ciało do sprężystego skoku, nie spuszczając wzroku ze zdobyczy. Czekała, aż podejdzie bliżej. Ku nieszczęściu gryzonia, przysunął się w stronę drapieżnika. Lisica skoczyła ku niemu, by po chwili, trzymać go w pysku. Całe zdarzenie obserwował stary puchacz, którego ubiegł drapieżca. Niezadowolony, wrócił do wypatrywania swojej kolejnej ofiary. Ptak począł cicho pohukiwać. Wiedział, że prędko, nie wypatrzy swojej ofiary. Mrugnął swoimi oczyma, rozglądając się na boki. W oddali dostrzegł borsuka, który również poszukiwał pożywienia. Jego głównym celem były ślimaki i dżdżownice. Zwierzę węszyło z nosem przystawionym do ziemi. Lecz, jakby nagle spłoszone, poczęło uciekać w kierunku, z którego przyszedł.
Nie uszło to uwadze wartowników, patrolujących teren. Siła straży patrolujących, została potrojona ze względu na zwiększone niebezpieczeństwo. Cisza panująca wokół nich, pozwoliła im bardziej wyostrzyć słuch. Ruszyli w stronę dobiegającego hałasu. Poruszali się bezszelestnie, nie chcąc zdradzić swej obecności. Wiedzieli, że od ich starań, zależy życie mieszkańców królestwa. Przechodzili pomiędzy drzewami, wypatrując epicentrum hałasu. Zauważywszy borsuka, odetchnęli z ulgą. Uśmiechnęli się do siebie pocieszająco. Żaden z nich nie chciał tracić życia. Mieli swoje rodziny. Wiedzieli, że dzieci czekają, aż wrócą nad ranem do domu, by błagać ich o zabawę. A oni? Po długich namowach, znów ulegną urokowi mały istot.
Dwie strzały z czarno-białymi lotkami, wbiły się w jeszcze żywe ciała. Ich źrenice rozszerzyły się. Zdezorientowani, wstrzymali oddech. Runęli na ziemię, trzęsąc się w ostatnich konwulsjach, będą w objęciach śmierci. Uśmiechając się do białych trupów, ruszyli w stronę bramy. Upewniwszy się, że nikogo przy niej nie ma, przeszli przez nią radując swe skamieniałe serca. Dobrze znali każdy zakamarek pałacu. Długo przygotowywali się do powierzonego mi zadania. Wiedzieli, że misja zakończona niepowodzeniem, równa się z ich śmiercią. Natomiast, taka śmierć równała się z hańbą, która nie tylko okryłaby ich, ale i cały dom. Mimo, iż rodziny często namawiały swych bliskich do ucieczki, oni pragnęli pozostać wierni swemu królowi. W końcu stanęli po obu stronach drzwi sypialnianych. Porozumiewawczo skinęli do siebie głowami, pchając delikatnie drzwi z obawy przed skrzypnięciem. Wkroczyli do komnaty, zastając puste łoże.
Otulał ją ramieniem, chcąc by zasnęła. Mała elfka, obudziła go krzykiem w środku nocy. Śnił się jej koszmar. Niepokoił go jej stań, gdyż takie pobudki w nocy, stawały się coraz częstsze. Niejednokrotnie pytał córkę, czy boi się czegoś. Ona nie potrafiła, jednak odpowiedzieć na to pytanie. Było jej przykro, że budził się w nocy przez jej koszmary. Wiedziała jednakże, że jego obecność odgoni te sny. Uśmiechnął się, czując jak jej mała rączka, obejmuje go mocniej. Ucałowawszy jej głowę, przymknął oczy. Nie potrafił zasnąć. Wytężył słuch, chcąc się upewnić, czy jego obawy maja rzeczywiste potwierdzenie. Wstrzymał powietrze w płucach, słysząc kroki na korytarzu. Zbudził Lirę, pokazując by zachowała spokój. Wyciągnąwszy dwa długie sztylety spod jej łoża, pokazał jej gestem ręki, by się tam schowała. Sam przywarł plecami do ściany, stając blisko drzwi. Serce biło mu w niewyobrażalnym tępię, mając przed oczami obraz martwej dziewczynki. Jeżeli jego obawy miały się spełnić, oznaczało to śmierć jego straży. Przymknął oczy, słysząc kroki tuż pod drzwiami. Widząc, jak się one otwierają, przygotował się do ataku.
Do pomieszczenia wkroczyło dwóch rosłych mężczyzn. Ciała tych zabójców, pokrywała jasna, cienka zbrojna. Na ich piersiach gościł wizerunek czarnego węża z białym okiem i wystającym językiem. Połowę głowy mieli ogoloną, a na drugiej włosy sięgały do ich uszu. Przyjrzawszy się im jeszcze raz dokładnie, napadł na nich. Głowa jednego z nich, zsunęła się z ciała, wpadając pod łóżko. Lira, podskoczyła przestraszona widokiem bezwładnej głowicy.

               Siedzieli przy okrągłym stole w milczeniu, pochyleni nad ogromną mapą Fornost i okolic. Mentis otrzymał list, w którym poproszono go, by wraz ze swymi gośćmi rozważył strategię, którą mieli wszystkim przedstawią. Pismo okazało się niemałym zdziwieniem, jednakże postanowili spełnić prośbę Eldariona. Pogrążeni w myślach, wpatrywali się w pionki ustawione na blacie. Próbowali przewidzieć ruch czarnych pionków, jednakże możliwości było zbyt wiele, a każda z nich wydawała się bardzo prawdopodobna. Zdawali sobie sprawę, że Elion mógł mieć ukryte wojska na wschodzie. Mężczyzna był nie obliczalny, toteż musieli przewidzieć każdy możliwy jego ruch.
 - Elion – zaczął, odchrząkując Luthias – zapewne swój pierwszy atak rozpocznie przechodząc pomiędzy Północnymi i Wichrowymi wzgórzami. Dotarłby w ten sposób, bez przeszkód pod bramę – poprawił się w fotelu.
 - Masz racje, jednakże nie jest on głupcem. Nie zaatakuje tylko z jednej strony. To bardzo ryzykowne – zauważył Shapiro. – Nie wiemy również, jak dużą armią dysponuje nasz przeciwnik.
 - To jest nasz największy problem – westchnął Mentis. – Musimy zebrać jak największą armię. Połowa liczby dorosłych mieszkańców, składa się ze zbrojnych mężczyzn. Obawiam się jednak, że mimo to armia złożona z wszystkich królestw będzie za mała – stwierdził smętnie.
 - Trzeba pamiętać, że możemy liczyć na pomoc drzewca – uśmiechnęła się Alwina. – Przyrzekł to – oparła się o fotel.
 - Będzie nam trzeba ustawić łuczników na murach – stwierdził Gimli. - W ten sposób, będziemy przygotowani na nadejście ataku z każdej strony. Będą nam jednak potrzebne cztery sygnały, dzięki którym będziemy mogli rozpoznać, z której strony nadchodzi atak.
 - Świetny pomysł, przyjacielu – poklepał go po plecach Legolas. – Musimy jednak spisać wszystkich, którzy chcą walczyć przeciw Elionowi, wtedy będziemy mogli rozważyć twój pomysł – zauważył. – Mroczna Puszcza stanie po stronie dobra.
 - Rivendell oraz Isengard również – odparła Uriel.
 - Jeżeli dywersja Firina, zakończy się sukcesem, otrzymamy wsparcie ze strony Edoras – przypomniał Shapiro, krzywiąc się na wspomnienia związane z tym miastem.
 - Razem z Fornost i Tharbadem, będzie nas łącznie siedmiu – mruknął Mentis. – Proponuje by na północnych murach umieścić łuczników z twego królestwa Legolasie, a na południowych zaś z mego miasta – zaproponował, marszcząc brwi. – Na zachodnich mógłby stanąć Gondor, a na wschodnich… Rivendell – zerknął na Shapiro. – Uważam, że to byłoby najlepsze rozwiązanie.
 - Zgadzam się z tobą – przytaknęła Alwina. – Część naszych wojsk, moglibyśmy umieścić na skraju wzgórz – przesunęła pionki – by osłabić ich atak na twierdzę.
 - Armia, która zostanie we Fornost, mogłaby podzielić się na dwie części. Jedna z nich zostałaby w murach, a druga wyszła przed twierdzę – dołączył do niej Gimli.
 - Nie ważne, z której strony Elion zaatakuje, będziemy przygotowani – uśmiechnął się zadowolony Mentis. – Jestem zmuszony ogłosić obowiązkowy pobór do wojska. Wspólnie z Radą Miasta, ustaliliśmy, że warunkiem będzie ukończenie wieku jedenastu lat – spuścił wzrok.
 - Nie godzę się na to – zaprzeczyła Alwina. – To są jeszcze dzieci! Nie wiedzą nic o wojnie! – wstała gorączkowo. – Nie potrafią dobrze posługiwać się bronią! Czeka ich niechybna śmierć. Mentisie, proszę rozważcie to jeszcze raz – podeszła do okna.
 - Z całym szacunkiem, ale nie mamy wyboru, pani – począł się tłumaczyć.
 - Nie po to mam zginąć, by i one ginęły – warknęła. – Ponownie proszę, rozważcie tę decyzję… zanim będzie za późno. Wojna to nie miejsce dla dzieci. Ona nie ulega nikomu, nie patrzy na wiek – spojrzała na niego – Nie pomogą nam, jeżeli przy fali pierwszego ataku, one zginą. Wręcz przeciwnie. To one w niedalekiej przyszłości, będą sprawowały władzę. Od nich zależy to co nastanie.
 - Przyrzekam ci, że dołożę wszelkich starań, by zmieć decyzje rady – odrzekł po chwili.
W komnacie zapadła cisza, przerywana przez pojedyncze chrząknięcia. Wpatrywali się w stół, mając w pamięci ogrom strat spowodowany walką z Sauronem. Utrata materialna wydawała się nikłym ubytkiem, w porównaniu do śmierci ojców, dziadów i braci. Rodziny długo nie mogły otrząsnąć się po stracie bliskich osób. Matki musiały nauczyć się, jak samotnie wychowywać swe dzieci. Wraz z wygraną, rodziny poczęły się wspólnie wspierać, budując swe życie na nowo.
Drzwi otworzyły się z hukiem, przerywając głuchą ciszę. Spojrzenia zebranych powędrowały w stronę nowo przybyłego.
****
Cześć i czołem!
Koniec tej historii jest bliski końca. Tak właściwie, zostały jeszcze cztery rozdziały i epilog. Przede mną zdecydowanie najtrudniejsza część, ponieważ muszę opisać bitwę, co nie należy do łatwych zadań, jednak mam nadzieję, że podołam temu zadaniu i nie zepsuje końca tej historii.
Przepraszam za te przecinki. Staram się, jak mogę. Naprawdę. Czytam, czytam i jeszcze raz czytam zasady interpunkcji, ale mi to nie wychodzi.
Pozdrawiam!
Do zobaczenia!

piątek, 4 sierpnia 2017

Rozdział 30 – Światło ze wschodu

Echo kroków niosło się po korytarzu, odbijając się od przeszkód. Spóźniony mężczyzna przemierzał korytarz wykonany z jasnego marmuru. Jego ściany zdobiły obrazy smoków, rodziny królewskiej jak również scen z codziennego życia. Z zaciekawieniem przyglądał się kolejnym obrazom, przeciągając swoje spóźnienie. Spoglądał na sianokosy i kucharza, ugniatającego ciasto. Wszystko wyglądało nienagannie. Wydawał się oczarowany domem swego gospodarza. Stanął nagle widząc… siebie. Siedział jako mody chłopak pod drzewem. W zębach trzymał źdźbło trawy. Zdezorientowany nie mógł się poruszyć. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek malarz wykonał obraz z nim w roli głównej. Na jego twarzy widniał szeroki uśmiech, a oczy błyszczały jakby od śmiechu. Ocknąwszy się, ruszył z powrotem w kierunku sali jadalnianej. Zerknąwszy ostatni raz w kierunku srebrnej ramy obrazu, wpadł na coś. Zdezorientowany spojrzał przed siebie. Mężczyzna nie należał do niski osób, wręcz przeciwnie. Wzrost jego osiągnął już w bardzo młodym wieku dwa metry. Zaskoczony spojrzał w dół na rzecz, która zagrodziła mu drogę. Tą rzeczą okazał się… krasnolud. Potarł dłonią nerwowo kark, spostrzegając, że to nie mężczyzna, ale kobieta. Miała długie kręcone kasztanowe włosy. Patrzyła na niego swoimi piwnymi oczami, w których dostrzegł brązowe plamki, srogim wzrokiem. W tej chwili zorientował się, że postać ubrana po męsku, leży na ziemi.
 - Przepraszam najmocniej, pani – schylił się, chcąc pomóc jej wstać. – Powinienem być bardziej uważny – spojrzał na nią ze skruchą. – Nazywam się Luthias, Lady. Pragnę wynagrodzić ci moją nieuwagę. Czy jest coś co mógłbym dla ciebie uczynić, pani? – ukłonił się, chcąc wyrazić szacunek.
 - Bryluen – odparła bez namysłu, zapominając o zaistniałej sytuacji. – Jak najbardziej jesteś mi coś winien – rzekła bez ogródek. – Pragnęłabym pójść z tobą na spacer – zilustrowała go od góry do domu.
Luthias był rosłym mężczyzną o barczystych ramionach. Przyciągał wzrok kobiet, powodując zazdrość u innych mężczyzn. Jednak żadna z dam nigdy nie opanowała jego serca. Pragnął tylko tej jedynej, z którą mógłby spędzić resztę życia. Nie znalazł jej jednak. Teraz jednak wolałby zostać sam. Nie wiedział co przyniesie jutro. Wiedział, że w obecnej sytuacji śmierć jest bardzo prawdopodobna.
 - A teraz wybacz, ale spieszę się. Spotkajmy się po wieczerzy przy wejściu – rzekła na odchodnym.
Zdezorientowany mężczyzna, potrząsnął głową. Bryluen nie wywarła na nim dobrego wrażenia. Nie zachowywała się jak przykładna kobieta. Co więcej, swoim zachowaniem równała się z mężczyzną. Niezadowolony ruszył w oznaczonym kierunku. Czuł niesmak po swojej obietnicy, jednakże słowo pozostaje słowem. Zawsze uważał się za człowieka honoru, to też musiał pogodzić się z losem. W końcu sam zaproponował wynagrodzenie. Westchnął przeczesując swoje za długie już włosy. Gdyby nie sytuacja, w której się obecnie znajdował, dawno by już podciąłby je do należytej wysokości. Nieznaczne loki opadały mu na twarz podczas marszu. Przeszkadzało mu to, jednak musiała to zaakceptować. Wszedł do sali, przyciągając tym samym uwagę swoich przyjaciół.
 - Wybaczcie moje spóźnienie – rzekł ze skruchą, zasiadając pomiędzy Shapiro i Gimli’m.
 - Nic się stało, przyjacielu. Zaczęliśmy jednak bez ciebie – uśmiechnął się przyjaźnie Mentis.
Mężczyzna skinął głową na znak, zgody. Wrócili do przerwanej jego przybyciem rozmowy. Ku zaskoczeniu Luthiasa, krasnolud począł prawić o Bryluen i jej wdziękach. Zachwycał się nad jej pięknem i prostota bijącą od jej osoby. Przekonywał przyjaciela do tego, że słowem potrafi uwieźć mężczyznę. Luthias gryzł sobie policzki, wpychał jak najwięcej jedzenia do ust, by nie parsknąć śmiechem. Wiedział bowiem, że to mogłoby urazić krasnoluda, który po raz pierwszy zachwycał się nad kobietą. Przytakiwał mu, czując na sobie rozbawione spojrzenie Uriel. Słysząc kolejne pochlebstwa skierowane w stronę Bryluen, wpadł na pomysł.
 - Przyjacielu, muszę cię zasmucić – zaczął pewny siebie. – Bryluen zaproponowała mi spacer po wieczerzy – spojrzał na zdenerwowanego krasnoluda. – Jednak – przerwał mu nim zdążył coś powiedzieć – chciałbym, żebyś mnie zastąpił – uśmiechnął się przyjaźnie. – Oczywiście jeśli Bryluen zgodzi się na to – uprzedził jego zapał.
 - Świetny pomysł przyjacielu – poklepał go po plecach, wpychając do ust pieczonego kurczaka.
Luthias skomentował zachowanie przyjaciela, śmiechem. Cieszył się, że sprawił mu radość. Sam nie miał ochoty na spacery. Pragnął wypytać Mentisa o obraz, który nie dawał mu spokoju. Dlaczego jego portret miałby wisieć w jego pałacu, skoro nawet nie należał do jego rodu. Był tego pewny, ponieważ nie posiadał znamienia. Dobrze znał swoje dzieciństwo, które nie zawsze było łatwe. Jednakże za każdym razem, potrafił stawić czoło problemom. Westchnął nie rozumiejąc.
Po skończonej wieczerzy, gdy służka wyniosła ostatnią tacę, zamykając za sobą drzwi, pan domu podparł się łokciami o stół. Trzymając się za mostek nosa, westchnął ociężale. Nie chciał ich smucić, jednakże był zmuszony im o tym powiedzieć, zważając na więź jaka go z nimi łączyła. Wiedział, że prędzej czy później sami by się o tym dowiedzieli. Nie widział więc potrzeby, utrzymywania tego w tajemnicy. Nawet jeśli miałoby to zepsuć im wieczór. Westchnąwszy, wyprostował się.
 - Dotarły do mnie przykre wieści – zaczął, szukając odpowiednich słów – o złym stanie zdrowia, naszego przyjaciela Aragrona – przyjrzał się ich twarzom. – Ostatnimi czasy jego choroba bardzo postąpiła, zmuszając go do pozostania w łożu. Spodziewa się, że wkrótce tron obejmie jego syn, Eldarion – skończył ze smutkiem.
 - Dziękujemy, że nas o tym poinformowałeś – uśmiechnął się smutno Legolas.
 - Druga mniej przyjemną sprawą jest Bree. Wojska Elion’a, które zgromadził w Morii, zaatakują pewnie od wschodu. Podejrzewamy, że miasto popadnie w ruinę, kiedy jego wojska przez nie przejdą – westchnął, opierając się o oparcie krzesła.
 - Nie możemy na to pozwolić – rozgrzmiała zdenerwowany głos Alwiny. – Tam mieszkają rodziny! Musimy im pomóc – wciągnęła gwałtownie powietrze. – Istnieje możliwość by udali się do Tharbad’u? – zapytała, oczekując pozytywnej odpowiedzi.
 - Oczywiście – zapewnił ją. – Nie możemy jednak ich do tego zmusić – spojrzał na nią wymownie.
 - Jeżeli się nie zgodzą, czeka ich śmierć – zaprotestowała. – Wojna nie zważa na szlachetne poczynania – zgromiła go wzrokiem. – Musimy dołożyć wszelkich starań by przystali na naszą propozycje. Nie będzie to ławę, wiem – uprzedziła Shapiro. – Zdaję sobie sprawę z tego, że hobbici nie chętnie podróżują, ale to jedyne wyjście z tej sytuacji.
 - Nie możemy ich do niczego zmuszać, Mentis ma racje – zauważył Gandalf. – Postaram się jednak, by zmienili decyzję. A teraz, przeproszę was. Muszę udać się bezzwłocznie w podróż – wstawszy od stołu, podszedł do stojącego już Mentisa. – Dziękuję za wieczerze, mam nadzieje, że nasze drogi spotkają się jeszcze – uścisnąwszy go przyjaźnie, wyszedł w pośpiechu.
Luthias postanowił bezzwłocznie rozwiać sprawę z Bryluen. Szanował ją jak każdą kobietę. Nic więcej nie powinna oczekiwać. Żywił nadzieję, że kobieta wykaże większe zainteresowanie jego przyjacielem z uwagi, że pochodzą z tej samej rasy. Odstąpiwszy od stoły, począł zmierzać do swej komnaty. Musiał uwzględnić to, że Bryluen nie zgodzi na spędzenie tego wieczoru z Gimli’m. Mimo iż była piękną kobieta, nie zauroczyła go swoim zachowaniem. Była zbyt pewna siebie i opryskliwa, co nie podobało się mężczyźnie. Pragnął umówić się z kobietą delikatną, wymagającą opieki, by czuł się potrzebny. Oczywiście nie wykluczało to tego, że powinna być zaradna. Nie ścierpi kobiet, które nie potrafią zrobić niczego bez mężczyzny. Nie rozumiał mężczyzn, którym się to podobało. Wiedział jednak, że o gustach się nie dyskutuje. Uśmiechnąwszy się, stanął przed lustrem oglądając na swój strój. Miał na sobie ciemnobrązowe spodnie oraz ciemnozielony frak, pod którym znajdowała się śnieżnobiała koszula. Całość kończyły wysokie czarne buty. Zadowolony ruszył w kierunku umówionego miejsca. Przechodząc korytarzem, zatrzymał się przed drzwiami swego przyjaciela. Zapukał dwa razy czekając na odpowiedź, lecz jej nie dostał. Pewnie śpi. Wzruszywszy ramionami, ruszył w stronę wyznaczonego celu. Nim zdążył wyjść na dziedziniec, drzwi otworzyły się. Spojrzał na śmiejącą się Bryluen, idącą w towarzystwie Gimli’ego. Kobieta przeniosła na niego wzrok.
 - Wybacz Luthiasie, lecz…
 - Nie szkodzi – przerwał jej, kłaniając się. – Pozwolicie, że odstąpię od was – uśmiechnąwszy się, wyszedł do ogrodu.
Słońce chyliło się ku wieczorowi, otulając ziemię swym blaskiem. Ognista gwiazda nagrzewała powierzchnię ziemi. Drzewa kołysały się nieznacznie od delikatnego podmuchu wiatru, który sprawiał, że gorąc wydawał się mniejszy. Patkom jakby to nie przeszkadzało. Przeskakiwały z gałęzi na gałąź. Zbierały patki by uzupełnić swoje gniazdo, w którym już niedługo miały się pojawić pisklęta. Miały dzióbki pełne roboty. Mimo, że mijały się często z owadami, zapylającymi kolorowe kwiaty drzew i krzewów, nie zwracały na nie uwagi, skupiając się na swoim celu. Owady również jakby nie zainteresowane pośpiechem swoich sąsiadów, siadały na kolorowych kwitkach, które tworzyły niesamowite kompozycję. Krzewy formowały niesamowite kształty, tworząc pierścienie, kwadraty, koła. Niektóre z nich przypominały nawet zwierzęta. Wzdłuż alejki, usypanej z białego kamienia, rosły drzewa wiśni, które były w fazie kwitnięcia. Korony drzew, zaplatały się u góry tworząc łuki. Ogród zapierał dech w piersiach. Alejka dobiegła końca, zatrzymując się przy pierścieniu usypanym z tych samych kamieni. W jego środku porośniętym zielona trawą, znajdowało się drzewo. Spojrzał niepewnie na drzewo, widząc, że każdy kolor kwiatu jest inny. Mógł powiedzieć więcej. Drzewo poczęło lśnić wraz z znikającym już słońcem. Podszedł niepewnie do drzewa, wyciągają w jego kierunku rękę. Zachwycony położył dłoń na korze. Prze jego ciało przebiegł nieznany mu dreszcz.
 - Pięknie tu, prawda? – zagadnął stojący za nim Mentis.
 - Tak – odrzekł odchodząc od drzewa. – Niesamowite miejsce – uśmiechnął się, rozglądając na boki.
 - Ojciec zasadził to drzewo – uśmiechnął się do mężczyzny. – Lśni każdej nocy, nie tracąc swoich kwiatów – usiadł na trawie.
 - Mogę cię o coś zapytać? – zaczął niepewnie Luthias, przysiadając się.
Mężczyzna w odpowiedzi skinął głową, marszcząc brwi.
 - Chciałbym się zapytać o obraz, na którym znajduje się młody chłopak, trzymający kłos w zębach – przeniósł na niego wzrok. – Kogo on przedstawia?
 - Hm… - mruknął Mentis. – Mogę się mylić, lecz wydaje mi się, że kuzyna księżniczki. Odkąd zaginał nie możemy go znaleźć – przyjrzał się mu uważnie. – Dlaczego pytasz?
 - Pytam, ponieważ jest łudząco podobny do mnie za młodu – westchnąwszy, przeczesał ręką włosy.
 - Kim byli twoi rodziciele? Oczywiście nie musisz odpowiadać – zapewnił.
 - Nie znam swoich prawdziwych rodziców. Wychowało mnie starsze państwo, któremu zginął syn spośród dziesięciu – odparł niepewnie. – Nie posiadam znamienia – przerwał Mentis’owi, nim zdążył się odezwać.

 - Nie trudno użyć zaklęcia by je zakryć. Moje też było zakryte – przyznał. – Udamy się do Gandalf’a, opóźnił swoją podróż. Z pewnością zaradzi tej sytuacji – uśmiechnąwszy się, pomógł mu wstać.
Ostatnie słoneczne promienie przedzierały się przez cienką zasłonę rozwianą przez wiatr, nieznacznie oświetlając komnatę. Cisza panująca w pomieszczeniu przynosiła błogi spokój. Odpoczynek od zgiełku i problemów zwianych z przygotowaniem armii. Wiedział, że syn jest gotowy objąć tron, mimo jego licznych protestów. Widział strach w oczach syna, kiedy rozmawiał z nim o przyszłości królestwa. Uśmiechnął się na wspomnienie niemowlęcia, trzymanego w rękach Arwen. Już w tedy wiedział, że jego latorośl wyrośnie na silnego mężczyznę. Niejednokrotnie słyszał jak władcy chwalą go za kunszt i opanowanie. Wiedział jednak, że jest wrażliwy, co odziedziczył po swojej matce. Często patrzył na swoje nowo narodzone siostry, nie mogąc się im zachwycić. Zaśmiał się przypominając sobie jego słowa. Są całkowicie łyse, ale moją takie malutkie rączki! I malusi nosek! Jak one mogą przez niego oddychać! Mimo zewnętrznego podobieństwa do ojca, większość cech odziedziczył po jego żonie. Przeniósł spojrzenie na patka, który przysiadł na oknie. Przyglądał się mu, przechylając swój łepek. Objął mocniej żonę, całując ją w czoło.
 - Le melin, Aragorn (Kocham cię, Aragorn) – szepnęła wtulając się w niego.
 - Le melin, Arwen – szepnął.                        
Położyła swoja głowę na jego klatce piersiowej, wsłuchując się w spokojne bicie serca. Bolało ją serce, widząc jak cierpi i zmaga się z bólem. Choć nie dawał po sobie tego poznać, ciało zdradzało, w jak szybkim tępię choroba postępowała. Zapalenie płuc na początku nie wydawało się groźne, więc zbagatelizował jej obawy, mówiąc, że lud go potrzebuje. Mimo iż starała się o najlepszych medyków i zielarzy, starania niewiele pomagały. Z dnia na dzień jego ciało słabło na jej i dziatw oczach. Córki bardzo często starały się rozweselić ojca swoim śpiewem czy grą. Ustanowiły nawet przy nim warty, by nigdy nie doskwierała mu samotność.
 - Eldarion będzie dobrym władcą – westchnął z uśmiechem. – Jest gotów objąć tron i stanąć na czele naszego królestwa.
Arwen poruszyła się niespokojnie na jego słowa. Nie chciała by zadręczał się w swoim stanie sprawami królestwa. Pragnęła by choć raz przejął się swoim zdrowiem. Nie zareagowawszy na jego słowa, przymknęła powieki. Nie chciała słyszeć o śmierci swego męża, wręcz odgradzała się od tej poruty. Śmierć ukochanego równała się z jej śmiercią, nawet jeśli nie fizyczną.
 - Niewątpliwie. Jednakże, będzie musiał wstrzymać się. Odzyskasz siły i rozpoczniecie naukę, by go należycie przygotować – szepnęła ze łzami.
 - Wiem, że jesteś świadoma tego, że mój czas dobiega końca. Dasz sobie redę – otarł jej policzek mokry od łez.

 - Nie jestem już młodzieńcem – ucałował jej usta. – Le melin, Arwen – wtuliła się w niego, łkając.