piątek, 4 sierpnia 2017

Rozdział 30 – Światło ze wschodu

Echo kroków niosło się po korytarzu, odbijając się od przeszkód. Spóźniony mężczyzna przemierzał korytarz wykonany z jasnego marmuru. Jego ściany zdobiły obrazy smoków, rodziny królewskiej jak również scen z codziennego życia. Z zaciekawieniem przyglądał się kolejnym obrazom, przeciągając swoje spóźnienie. Spoglądał na sianokosy i kucharza, ugniatającego ciasto. Wszystko wyglądało nienagannie. Wydawał się oczarowany domem swego gospodarza. Stanął nagle widząc… siebie. Siedział jako mody chłopak pod drzewem. W zębach trzymał źdźbło trawy. Zdezorientowany nie mógł się poruszyć. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek malarz wykonał obraz z nim w roli głównej. Na jego twarzy widniał szeroki uśmiech, a oczy błyszczały jakby od śmiechu. Ocknąwszy się, ruszył z powrotem w kierunku sali jadalnianej. Zerknąwszy ostatni raz w kierunku srebrnej ramy obrazu, wpadł na coś. Zdezorientowany spojrzał przed siebie. Mężczyzna nie należał do niski osób, wręcz przeciwnie. Wzrost jego osiągnął już w bardzo młodym wieku dwa metry. Zaskoczony spojrzał w dół na rzecz, która zagrodziła mu drogę. Tą rzeczą okazał się… krasnolud. Potarł dłonią nerwowo kark, spostrzegając, że to nie mężczyzna, ale kobieta. Miała długie kręcone kasztanowe włosy. Patrzyła na niego swoimi piwnymi oczami, w których dostrzegł brązowe plamki, srogim wzrokiem. W tej chwili zorientował się, że postać ubrana po męsku, leży na ziemi.
 - Przepraszam najmocniej, pani – schylił się, chcąc pomóc jej wstać. – Powinienem być bardziej uważny – spojrzał na nią ze skruchą. – Nazywam się Luthias, Lady. Pragnę wynagrodzić ci moją nieuwagę. Czy jest coś co mógłbym dla ciebie uczynić, pani? – ukłonił się, chcąc wyrazić szacunek.
 - Bryluen – odparła bez namysłu, zapominając o zaistniałej sytuacji. – Jak najbardziej jesteś mi coś winien – rzekła bez ogródek. – Pragnęłabym pójść z tobą na spacer – zilustrowała go od góry do domu.
Luthias był rosłym mężczyzną o barczystych ramionach. Przyciągał wzrok kobiet, powodując zazdrość u innych mężczyzn. Jednak żadna z dam nigdy nie opanowała jego serca. Pragnął tylko tej jedynej, z którą mógłby spędzić resztę życia. Nie znalazł jej jednak. Teraz jednak wolałby zostać sam. Nie wiedział co przyniesie jutro. Wiedział, że w obecnej sytuacji śmierć jest bardzo prawdopodobna.
 - A teraz wybacz, ale spieszę się. Spotkajmy się po wieczerzy przy wejściu – rzekła na odchodnym.
Zdezorientowany mężczyzna, potrząsnął głową. Bryluen nie wywarła na nim dobrego wrażenia. Nie zachowywała się jak przykładna kobieta. Co więcej, swoim zachowaniem równała się z mężczyzną. Niezadowolony ruszył w oznaczonym kierunku. Czuł niesmak po swojej obietnicy, jednakże słowo pozostaje słowem. Zawsze uważał się za człowieka honoru, to też musiał pogodzić się z losem. W końcu sam zaproponował wynagrodzenie. Westchnął przeczesując swoje za długie już włosy. Gdyby nie sytuacja, w której się obecnie znajdował, dawno by już podciąłby je do należytej wysokości. Nieznaczne loki opadały mu na twarz podczas marszu. Przeszkadzało mu to, jednak musiała to zaakceptować. Wszedł do sali, przyciągając tym samym uwagę swoich przyjaciół.
 - Wybaczcie moje spóźnienie – rzekł ze skruchą, zasiadając pomiędzy Shapiro i Gimli’m.
 - Nic się stało, przyjacielu. Zaczęliśmy jednak bez ciebie – uśmiechnął się przyjaźnie Mentis.
Mężczyzna skinął głową na znak, zgody. Wrócili do przerwanej jego przybyciem rozmowy. Ku zaskoczeniu Luthiasa, krasnolud począł prawić o Bryluen i jej wdziękach. Zachwycał się nad jej pięknem i prostota bijącą od jej osoby. Przekonywał przyjaciela do tego, że słowem potrafi uwieźć mężczyznę. Luthias gryzł sobie policzki, wpychał jak najwięcej jedzenia do ust, by nie parsknąć śmiechem. Wiedział bowiem, że to mogłoby urazić krasnoluda, który po raz pierwszy zachwycał się nad kobietą. Przytakiwał mu, czując na sobie rozbawione spojrzenie Uriel. Słysząc kolejne pochlebstwa skierowane w stronę Bryluen, wpadł na pomysł.
 - Przyjacielu, muszę cię zasmucić – zaczął pewny siebie. – Bryluen zaproponowała mi spacer po wieczerzy – spojrzał na zdenerwowanego krasnoluda. – Jednak – przerwał mu nim zdążył coś powiedzieć – chciałbym, żebyś mnie zastąpił – uśmiechnął się przyjaźnie. – Oczywiście jeśli Bryluen zgodzi się na to – uprzedził jego zapał.
 - Świetny pomysł przyjacielu – poklepał go po plecach, wpychając do ust pieczonego kurczaka.
Luthias skomentował zachowanie przyjaciela, śmiechem. Cieszył się, że sprawił mu radość. Sam nie miał ochoty na spacery. Pragnął wypytać Mentisa o obraz, który nie dawał mu spokoju. Dlaczego jego portret miałby wisieć w jego pałacu, skoro nawet nie należał do jego rodu. Był tego pewny, ponieważ nie posiadał znamienia. Dobrze znał swoje dzieciństwo, które nie zawsze było łatwe. Jednakże za każdym razem, potrafił stawić czoło problemom. Westchnął nie rozumiejąc.
Po skończonej wieczerzy, gdy służka wyniosła ostatnią tacę, zamykając za sobą drzwi, pan domu podparł się łokciami o stół. Trzymając się za mostek nosa, westchnął ociężale. Nie chciał ich smucić, jednakże był zmuszony im o tym powiedzieć, zważając na więź jaka go z nimi łączyła. Wiedział, że prędzej czy później sami by się o tym dowiedzieli. Nie widział więc potrzeby, utrzymywania tego w tajemnicy. Nawet jeśli miałoby to zepsuć im wieczór. Westchnąwszy, wyprostował się.
 - Dotarły do mnie przykre wieści – zaczął, szukając odpowiednich słów – o złym stanie zdrowia, naszego przyjaciela Aragrona – przyjrzał się ich twarzom. – Ostatnimi czasy jego choroba bardzo postąpiła, zmuszając go do pozostania w łożu. Spodziewa się, że wkrótce tron obejmie jego syn, Eldarion – skończył ze smutkiem.
 - Dziękujemy, że nas o tym poinformowałeś – uśmiechnął się smutno Legolas.
 - Druga mniej przyjemną sprawą jest Bree. Wojska Elion’a, które zgromadził w Morii, zaatakują pewnie od wschodu. Podejrzewamy, że miasto popadnie w ruinę, kiedy jego wojska przez nie przejdą – westchnął, opierając się o oparcie krzesła.
 - Nie możemy na to pozwolić – rozgrzmiała zdenerwowany głos Alwiny. – Tam mieszkają rodziny! Musimy im pomóc – wciągnęła gwałtownie powietrze. – Istnieje możliwość by udali się do Tharbad’u? – zapytała, oczekując pozytywnej odpowiedzi.
 - Oczywiście – zapewnił ją. – Nie możemy jednak ich do tego zmusić – spojrzał na nią wymownie.
 - Jeżeli się nie zgodzą, czeka ich śmierć – zaprotestowała. – Wojna nie zważa na szlachetne poczynania – zgromiła go wzrokiem. – Musimy dołożyć wszelkich starań by przystali na naszą propozycje. Nie będzie to ławę, wiem – uprzedziła Shapiro. – Zdaję sobie sprawę z tego, że hobbici nie chętnie podróżują, ale to jedyne wyjście z tej sytuacji.
 - Nie możemy ich do niczego zmuszać, Mentis ma racje – zauważył Gandalf. – Postaram się jednak, by zmienili decyzję. A teraz, przeproszę was. Muszę udać się bezzwłocznie w podróż – wstawszy od stołu, podszedł do stojącego już Mentisa. – Dziękuję za wieczerze, mam nadzieje, że nasze drogi spotkają się jeszcze – uścisnąwszy go przyjaźnie, wyszedł w pośpiechu.
Luthias postanowił bezzwłocznie rozwiać sprawę z Bryluen. Szanował ją jak każdą kobietę. Nic więcej nie powinna oczekiwać. Żywił nadzieję, że kobieta wykaże większe zainteresowanie jego przyjacielem z uwagi, że pochodzą z tej samej rasy. Odstąpiwszy od stoły, począł zmierzać do swej komnaty. Musiał uwzględnić to, że Bryluen nie zgodzi na spędzenie tego wieczoru z Gimli’m. Mimo iż była piękną kobieta, nie zauroczyła go swoim zachowaniem. Była zbyt pewna siebie i opryskliwa, co nie podobało się mężczyźnie. Pragnął umówić się z kobietą delikatną, wymagającą opieki, by czuł się potrzebny. Oczywiście nie wykluczało to tego, że powinna być zaradna. Nie ścierpi kobiet, które nie potrafią zrobić niczego bez mężczyzny. Nie rozumiał mężczyzn, którym się to podobało. Wiedział jednak, że o gustach się nie dyskutuje. Uśmiechnąwszy się, stanął przed lustrem oglądając na swój strój. Miał na sobie ciemnobrązowe spodnie oraz ciemnozielony frak, pod którym znajdowała się śnieżnobiała koszula. Całość kończyły wysokie czarne buty. Zadowolony ruszył w kierunku umówionego miejsca. Przechodząc korytarzem, zatrzymał się przed drzwiami swego przyjaciela. Zapukał dwa razy czekając na odpowiedź, lecz jej nie dostał. Pewnie śpi. Wzruszywszy ramionami, ruszył w stronę wyznaczonego celu. Nim zdążył wyjść na dziedziniec, drzwi otworzyły się. Spojrzał na śmiejącą się Bryluen, idącą w towarzystwie Gimli’ego. Kobieta przeniosła na niego wzrok.
 - Wybacz Luthiasie, lecz…
 - Nie szkodzi – przerwał jej, kłaniając się. – Pozwolicie, że odstąpię od was – uśmiechnąwszy się, wyszedł do ogrodu.
Słońce chyliło się ku wieczorowi, otulając ziemię swym blaskiem. Ognista gwiazda nagrzewała powierzchnię ziemi. Drzewa kołysały się nieznacznie od delikatnego podmuchu wiatru, który sprawiał, że gorąc wydawał się mniejszy. Patkom jakby to nie przeszkadzało. Przeskakiwały z gałęzi na gałąź. Zbierały patki by uzupełnić swoje gniazdo, w którym już niedługo miały się pojawić pisklęta. Miały dzióbki pełne roboty. Mimo, że mijały się często z owadami, zapylającymi kolorowe kwiaty drzew i krzewów, nie zwracały na nie uwagi, skupiając się na swoim celu. Owady również jakby nie zainteresowane pośpiechem swoich sąsiadów, siadały na kolorowych kwitkach, które tworzyły niesamowite kompozycję. Krzewy formowały niesamowite kształty, tworząc pierścienie, kwadraty, koła. Niektóre z nich przypominały nawet zwierzęta. Wzdłuż alejki, usypanej z białego kamienia, rosły drzewa wiśni, które były w fazie kwitnięcia. Korony drzew, zaplatały się u góry tworząc łuki. Ogród zapierał dech w piersiach. Alejka dobiegła końca, zatrzymując się przy pierścieniu usypanym z tych samych kamieni. W jego środku porośniętym zielona trawą, znajdowało się drzewo. Spojrzał niepewnie na drzewo, widząc, że każdy kolor kwiatu jest inny. Mógł powiedzieć więcej. Drzewo poczęło lśnić wraz z znikającym już słońcem. Podszedł niepewnie do drzewa, wyciągają w jego kierunku rękę. Zachwycony położył dłoń na korze. Prze jego ciało przebiegł nieznany mu dreszcz.
 - Pięknie tu, prawda? – zagadnął stojący za nim Mentis.
 - Tak – odrzekł odchodząc od drzewa. – Niesamowite miejsce – uśmiechnął się, rozglądając na boki.
 - Ojciec zasadził to drzewo – uśmiechnął się do mężczyzny. – Lśni każdej nocy, nie tracąc swoich kwiatów – usiadł na trawie.
 - Mogę cię o coś zapytać? – zaczął niepewnie Luthias, przysiadając się.
Mężczyzna w odpowiedzi skinął głową, marszcząc brwi.
 - Chciałbym się zapytać o obraz, na którym znajduje się młody chłopak, trzymający kłos w zębach – przeniósł na niego wzrok. – Kogo on przedstawia?
 - Hm… - mruknął Mentis. – Mogę się mylić, lecz wydaje mi się, że kuzyna księżniczki. Odkąd zaginał nie możemy go znaleźć – przyjrzał się mu uważnie. – Dlaczego pytasz?
 - Pytam, ponieważ jest łudząco podobny do mnie za młodu – westchnąwszy, przeczesał ręką włosy.
 - Kim byli twoi rodziciele? Oczywiście nie musisz odpowiadać – zapewnił.
 - Nie znam swoich prawdziwych rodziców. Wychowało mnie starsze państwo, któremu zginął syn spośród dziesięciu – odparł niepewnie. – Nie posiadam znamienia – przerwał Mentis’owi, nim zdążył się odezwać.

 - Nie trudno użyć zaklęcia by je zakryć. Moje też było zakryte – przyznał. – Udamy się do Gandalf’a, opóźnił swoją podróż. Z pewnością zaradzi tej sytuacji – uśmiechnąwszy się, pomógł mu wstać.
Ostatnie słoneczne promienie przedzierały się przez cienką zasłonę rozwianą przez wiatr, nieznacznie oświetlając komnatę. Cisza panująca w pomieszczeniu przynosiła błogi spokój. Odpoczynek od zgiełku i problemów zwianych z przygotowaniem armii. Wiedział, że syn jest gotowy objąć tron, mimo jego licznych protestów. Widział strach w oczach syna, kiedy rozmawiał z nim o przyszłości królestwa. Uśmiechnął się na wspomnienie niemowlęcia, trzymanego w rękach Arwen. Już w tedy wiedział, że jego latorośl wyrośnie na silnego mężczyznę. Niejednokrotnie słyszał jak władcy chwalą go za kunszt i opanowanie. Wiedział jednak, że jest wrażliwy, co odziedziczył po swojej matce. Często patrzył na swoje nowo narodzone siostry, nie mogąc się im zachwycić. Zaśmiał się przypominając sobie jego słowa. Są całkowicie łyse, ale moją takie malutkie rączki! I malusi nosek! Jak one mogą przez niego oddychać! Mimo zewnętrznego podobieństwa do ojca, większość cech odziedziczył po jego żonie. Przeniósł spojrzenie na patka, który przysiadł na oknie. Przyglądał się mu, przechylając swój łepek. Objął mocniej żonę, całując ją w czoło.
 - Le melin, Aragorn (Kocham cię, Aragorn) – szepnęła wtulając się w niego.
 - Le melin, Arwen – szepnął.                        
Położyła swoja głowę na jego klatce piersiowej, wsłuchując się w spokojne bicie serca. Bolało ją serce, widząc jak cierpi i zmaga się z bólem. Choć nie dawał po sobie tego poznać, ciało zdradzało, w jak szybkim tępię choroba postępowała. Zapalenie płuc na początku nie wydawało się groźne, więc zbagatelizował jej obawy, mówiąc, że lud go potrzebuje. Mimo iż starała się o najlepszych medyków i zielarzy, starania niewiele pomagały. Z dnia na dzień jego ciało słabło na jej i dziatw oczach. Córki bardzo często starały się rozweselić ojca swoim śpiewem czy grą. Ustanowiły nawet przy nim warty, by nigdy nie doskwierała mu samotność.
 - Eldarion będzie dobrym władcą – westchnął z uśmiechem. – Jest gotów objąć tron i stanąć na czele naszego królestwa.
Arwen poruszyła się niespokojnie na jego słowa. Nie chciała by zadręczał się w swoim stanie sprawami królestwa. Pragnęła by choć raz przejął się swoim zdrowiem. Nie zareagowawszy na jego słowa, przymknęła powieki. Nie chciała słyszeć o śmierci swego męża, wręcz odgradzała się od tej poruty. Śmierć ukochanego równała się z jej śmiercią, nawet jeśli nie fizyczną.
 - Niewątpliwie. Jednakże, będzie musiał wstrzymać się. Odzyskasz siły i rozpoczniecie naukę, by go należycie przygotować – szepnęła ze łzami.
 - Wiem, że jesteś świadoma tego, że mój czas dobiega końca. Dasz sobie redę – otarł jej policzek mokry od łez.

 - Nie jestem już młodzieńcem – ucałował jej usta. – Le melin, Arwen – wtuliła się w niego, łkając.