sobota, 22 lipca 2017

Rozdział 29 – Nowa nadzieja

               Zakluczyła drzwi pokoju, który dzieliła z Uriel. Rozglądnęła się, czy nie powinna jeszcze o czymś pamiętać. Zerknęła niepewnie w stronę okna. Westchnąwszy ruszyła w jego stronę. Chwytając za materiał firanki, spojrzała na ulicę. W mieście panował wesoły gwar, co dało się słyszeć poprzez głośną muzykę i śpiew. Zasunęła ją do końca, chcąc się upewnić, że na pewno nikt nie zobaczy co robi. Usiadła, na łóżku, wyciągając z torby gruby zeszyt. Nie wiedziała czy powinna czytać zapiski matki, lecz tylko to mogło ją naprowadzić ma trop. Przejechała jeszcze raz dłonią, po chropowatej okładce. Niepewnie odczepiła zabezpieczający zeszyt, guzik. Przygryzła wargę, widząc na pierwszej stronie herb swojego rodu. Dotknęła go opuszkami palców, zastanawiając się, czy sama go namalowała. Przerzuciła kolejną kartkę, chcąc dojść do sedna.

_______

Później wpiszę rok, w tej chwili zdecydowanie nie mam na to czasu.
Teraz, gdy Ilfirin został moim małżonkiem, czuję się spełniona. Wiem, że to jest właśnie moje przeznaczenie. Nie wybaczyłabym ojcu, gdybym została żoną tego… zdrajcy. Obiecał mu pokój… Karmi go złem, a on go nie widzi. Starość przyćmiła mu wzrok. Matka miała rację, mówiąc, że mam się strzec, gdy nadejdą niespokojne czasy. Jest moim ojcem i bardzo go kocham, jednak… To do czego on zmierza jest niedopuszczalne. Jest odpowiedzialny za całe Smocze Królestwo. Myśl o jego upadku nadal napawa nie przerażeniem i smutkiem. Postanowiliśmy, więc wynieść księgi i zwoje z całego królestwa. Początkowo miały znaleźć się w Rivendell, jednakże postanowiliśmy, umieścić je w podziemiach Tharbad’u. Może to choć trochę zaradzi w tej sytuacji. Ojciec od bardzo dawna do nich nie zaglądał, nawet do tych najważniejszych. Jeśli się nie uda… W tedy będziemy o tym myśleć. Teraz muszę się skupić na dokończeniu księgi: „ Upadek Smoczego Królestwa”. Sama jestem zlękniona czytając to wszystko, a co z ludźmi, którzy nadal to przeżywają. Chociaż, mojego królestwa już nie ma, zostało stracone przez najeźdźców. Główny prowokator, którego imienia, nie wymienię, zdenerwował się na wieść o mojej ucieczce z Ilfirin'em. Tak powiedziała mi pewna staruszka, której były to ostatnie słowa: „Kazał pojmać po jednym z każdego domu, a następnie połowę zabić na oczach całego ludu. Pozostałych zamknięto w niewoli”. Mam łzy w oczach, gdy o tym wspominam. Powinnam być tam z nimi, jestem ich prawowitą władczynią. Nie mogę jednak tego uczynić, chociażby przez wzgląd na moją rodzinę. Draco powiedział mi, że spodziewam się dziecka i będzie to dziewczynka. Uczynił mi i memu mężowi mówiąc to, wielką radość. Jest jednak również smutna prawda. Wspomniał również o tym, że zginie ona w Krwawej Bitwie, by… Tego zakazał mi mówić komukolwiek. Kiedy wspomniałam o moim dzienniku, zgromił mnie mówiąc, że to niebezpieczne.
Bardzo boli mnie, że moja mała córeczka, będzie musiała przypłacić za to życiem. Czeka ją ogromny trud, zwłaszcza, że ma odziedziczyć po mnie długowieczność. Draco wspomniał mi w tajemnicy przed Ilfirin'em, że zrodzę ją w gwiaździstą noc. Nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła wziąć Alwinę – bo tak daliśmy jej na imię, w ramiona. Chciałabym, żeby znalazła przyjaciół, w których będzie miała oparcie. Bowiem, żaden człowiek nie zasługuje na to, by być samotnym. Nie ważne czy zawinił czy nie. Ojciec stał się inny po śmierci matki, nie poradził sobie sam. Słyszałam kiedyś tylko jego płacz, kiedy wołał moją matkę o pomoc, bo nie ma wystarczająco sił, by mnie wychować na wrażliwą kobietę. Uważam jednak, że doskonale sobie poradził. Wychowywał mnie sam, ale zawsze mogłam na nim polegać, dopóty nie pojawił się On.
Ostatnio odwiedziła nas Galadriela, za co jestem jej dozgonnie wdzięczna. Przywiozła mi szmacianą lalkę odzianą w niebieskawobiałą suknie, mówiąc, że to prezent dla przyszłej królowej. Nie chciałam jej wspominać o przyszłości mojego dziecka, ponieważ doskonale wiedziałam, że ona o tym wie. Pozostało mi się z tą prawdą tylko pogodzić. Nie chciałabym tylko na to patrzeć. Serce by mi pękło, widząc ostrze, przeszywające pierś mego dziecka. Obiecała mi jednakże, że będzie jej chronić, nawet za cenę własnego życia. Nie wiedziałam co miała w tedy na myśli. Dobrze wiem, że nie chodziło jej o Krwawą Bitwę i, że miała widzenie, o którym nie chciała mi powiedzieć. Bardzo zasmuciły ją jej własne myśli. Widziałam w jej oczach łzy przepełnione bólem i cierpieniem.

Míri


Zmarszczyła brwi. To co przeczytała wprawiło ją w osłupienie. Nie wiedziała, że matka wiedziała o jej przeznaczeniu. Nagle zdała sobie sprawę, dlaczego tamtej nocy płakała w ramionach ojca. Kiedy ją zapytała, co się stało, zbywała ją odpowiedzią, że nic. Choć była mała, wiedziała, że z elfką dzieje się coś niedobrego. Martwiła się o nią przez długi czas. Po niespełna dwudziestu dniach, jej humor poprawił się jednak. Chodziła uśmiechnięta jak dawniej, więc postanowiła nie ciągnąć dalej tematu. Nadal dobrze pamiętała tamtą rozmowę.

Nie mogąc spać, wpatrywała się w gwiazdy za oknem. Uwielbiała na nie patrzeć, ale nie widziała dlaczego. Zawsze fascynowało ją to, jak rodzą się gwiazdy oraz jak to się dzieje, że świecą tak jasno na niebie. Ojciec powiedział jej kiedyś, że muszą świecić tak jasno, ponieważ wskazują w ten sposób drogę zbłąkanym. Od tamtej pory, wypytywała go o każdy gwiazdozbiór jaki znał. Nie mogła się doczekać, kiedy na przełomie lata i jesieni, zacznie się ich małe święto. Co noc siadali w tedy pod rozgwieżdżonym niebem i oczekiwali spadających gwiazd. Często zastanawiała się, gdzie one lecą, lecz nigdy o to nie zapytała, chcąc by pozostało to tajemnicą.
Położyła swoje małe stópki na zimnej drewnianej podłodze, nie spuszczając wzroku z nieba. Powolnym krokiem ruszyła w stronę sypialni rodziców, widząc snop światła dochodzący z ich pokoju. Spostrzegając uchylone drzwi, zatrzymała się.
 - Myślałam, że już się z tym pogodziłam – mówiła, łkając. – Jakże się myliłam – tuliła się w ramię ojca.
 - Wiem, kochanie. Jestem pewny, że sobie z tym poradzi, jest dzielna jak na swój wiek. Wiesz, że od zawsze ciągnęło ją do nich – uśmiechnął się do niej smutno. – Ciągle pyta o tą samą konstelację.
 - Nie wie o tym. Przeklęłaby się, gdyby wiedziała – otarł jej łzy.
 - Mamusiu – weszła niepewnie do pomieszczenia. – Coś się stało? – zapytała, patrząc zmartwiona na matkę. Nie czekając na odpowiedz, przytuliła się do nich.
 - Nic skarbie – pocałowała ją w główkę. – Zrozumiesz, jak będziesz starsza.


Przeczytała jeszcze raz słowa swojej matki, które zapisała: „Bardzo boli mnie, że moja mała córeczka, będzie musiała przypłacić za to życiem”. Nawet gdyby mogła zmienić przyszłość, a musiałaby wpłynąć na przeszłość, nie zrobiłaby tego. Zmienienie jej przeszłości, oznaczałoby, zmianę jej teraźniejszego życia, za żadne skarby świata nie chciała stracić swoich przyjaciół. To właśnie jej życie, nauczyło ją wielu rzeczy, mimo, że nie było ono często łatwe i przyjemne. Cieszyła się nim, mimo trudu, który musiała pokonać. Schowała do toby z powrotem pamiętnik matki. Podeszły do okna, odsłoniła firanę. Gdy już chciała odejść, zauważyła na ulicy coś nadzwyczaj dziwnego. Jej uwagę przykuł czarnowłosy mężczyzna, kłócący się z Gandalf’em. Miał do czarodzieja wyraźni żal i pretensje. Wymachiwał gorączkowo dłońmi, co jakiś czas przeczesując swoje włosy do ramion. Starzec próbował go uspokoić, kładąc mu dłoń na ramieniu, ale on pozostawał nieugięty. Niespodziewanie mężczyzna podniósł oczy ku oknie. Spostrzegłszy ją, zaniemówił. Wpatrywał się w nią, jakby zobaczył jednego z Valarów. Zaskoczona jego zachowaniem, odsunęła się od okna. Upewniwszy się, że pamiętnik jest dobrze schowany, zeszła do karczmy. Została tam przywitana przez tajemniczego mężczyznę, który nadal wpatrywał się w nią z niedowierzaniem. Oprócz czarnym jak smoła włosów, miał niebieskie oczy. Spuścił wzrok, klękając przed nią na jedno kolano. Patrzyła zdezorientowana na jego czyny. Nikt nigdy wcześniej, nie kłaniał się przed nią jak królowi, ta czynność leżała w jej zwyczajach. Otrząsnąwszy się z amoku, pomogła mu wstać.
 - Powstań – spojrzała na niego podejrzliwie. – Kim jesteście? – patrzyła mu twardo w oczy. – Kim ja dla was jestem, że zasługuje na ukłony? – powiedziała ostro.
 - Nazywam się Mentis – ukłonił się lekko. – Jesteś pani tą, która dzierży berło smoka. Tą, którą twój lud szukał od lat. Jedyną nadzieję, dawała nam legenda, zwiastująca Twoje przybycie.
Patrzyła na niego z niedowierzaniem, nie mogąc wydobyć z siebie ani słowa. Przenosiła wzrok z niego na Gandalf’a i na odwrót, nie mogąc pojąc tego co właśnie usłyszała. Wraz z Thomas’em jej nadzieja na to, że nie pozostała sama ze swego rodu, umarła. Pogodziła się z rzeczywistością, choć było jej trudno to zrobić, widząc innych władców, którzy cieszyli się radością swych poddanych. Uśmiech jednak, szybko znikł z jej twarzy, zdając sobie sprawę, że nadejdzie czas, gdy przyjdzie jej ich opuścić. Nie chcąc jednak działać nader pochopnie, przypomniała sobie o znaku, który posiadała osoba należąca do jej rodu. Przełknęła ślinę, patrząc na Gandalf’a.
 - Pokaż mi swoje znamię, a uwierzę ci – powiedziała hardo, patrząc mu oczy.
Mężczyzna podniósłszy koszulę, stanął do niej bokiem. Na wysokości jego żeber, znajdowało się znamię w kształcie smoka. Zaskoczona uniosła brwi.
 - Mówi prawdę – uśmiechnął się Gandalf, gdy na niego spojrzała.
 - Większość naszego społeczeństwa, należy do Rodu Smoków. Niemalże wszyscy siedzący w tej karczmie, do niego należą – uśmiechnął się mężczyzna.
Zainteresowani, którzy przyglądali się całemu zajściu, siedzieli w milczeniu, ze skupieniem wpatrując się w jej postać. Każdy z nich, przywołał do siebie pieśń, która mówiła o jej przybyciu.
 - To prawda? – zapytał z niedowierzaniem gospodarz. – Jesteś tą, która ma zmazać winę, twego dziada? – wybałuszył oczy.
 - Jestem ta, która wydając ostatnie tchnienie, zmaże winę swego dziadka – odparła z powagą, patrząc na niego.
Nim zorientowała się co się dzieje, ludzie z gospody padli na kolana, spuszczając głowy. Patrzyła zmieszana na zgromadzony lud, nie wiedząc jak zareagować. Nie mogła się nadziwić ich zachowaniu. Mimo, że jej nigdy nie widzieli, oddali jej cześć. Jej uwagę przykuła dość istotna sprawa. Żaden ze zgromadzonych nie żył w całkowitej biedzie, co musiało oznaczać, że władca tego miasta dbał o swoich poddanych.
 - Alwina powiedz coś – rozbawiony całą sytuacją Shapiro, szturchnął ją w ramie. – Nie każ im tu wiecznie klęczeć – objął Uriel w pasie.
 - Powstańcie – powiedziała donośnie, otrząsając się z amoku. – Nie jestem królową i nigdy nią nie będę. Jednakże raduję się me serce, ponieważ nie ostałam sama. Proszę, powstańcie – pomogła starcowi wstać.
 - Mogę teraz w spokoju odejść, pani – podniósł na nią wzrok przepełniony radością. - Traciłem nadzieje, że spojrzę na królewskie dziecię – uśmiechnął się promiennie.
 - Zapraszam pani ciebie i twych przyjaciół do mego domu – wtrącił Mentis. – Zeszytem będzie dla mnie, jeśli pozwolicie mi zostać waszym gospodarzem – ukłonił się. – Mamy wiele spraw do omówienia – wyprostował się.
 - Nie wątpię to, jednakże decyzja nie należy tylko do mnie, ale i do mych przyjaciół.
 - Chętnie przystaniemy na tą propozycję – uśmiechnął się Luthias.
 - A więc postanowione – uradował się Mentis. – Zapraszam was na wieczerze, każe przyszykować komnaty. Do zobaczenia wkrótce, mam nadzieję – ukłoniwszy się, wyszedł.
               Oparł się plecami o zimną ścianę. Zdobycie zaufania żołnierzy, okazało się w rzeczywistości dużo trudniejsze, niż się mu na początku wydawało. Bał się, że zdradzi się choćby najmniejszym gestem, mimo, iż starał s zachowywać się jak najnaturalniej. Dowódca oddziału przyjął go, nie sprawdzając niczego. Na początku powodziło mu się bardzo łatwo. Pewnego dnia jednak jeden z żołnierzy, począł wypytywać go czy zna prawowitego władcę. Zbywał go, mówiąc, że Toron jest prawowitym władcą, jednak tamten pozostawał nieugięty. Podczas ostatniej wizyty Toron’a, który co jakiś czas kontrolował swoje oddziały, poprosił dowódcę o dodatkową pracę po ty by nie spotkać się ze swym bratem. Cieszył się jednak faktem, że zdobył zaufanie żołnierzy, co nie należało do najłatwiejszych zadań.
Lęk o Amice nie ułatwiał mu, doprowadzenia misji do końca. Wiedział, że kobieta podobała się bratu i nie jednokrotnie wspominał, że w końcu zostanie jej małżonkiem. Nad to dowiedział się, że podczas obchodów, obecny władca, chełpił się, że już niedługo odbędzie się jego ślub. Przymknął oczy, czując narastającą w nim złość. Mimo jego namowy, kobieta nie wyjechała, mówiąc, że nie zostawi go. Zupełnie jak w tedy, gdy postanowili związać się, kiedy Toron straci tron. Na przypieczętowanie tej obietnicy, podarowała mu pierścień, który zawsze nosił na szyi.
Wyprostował się, słysząc dudniące kroki na korytarzu. Wstawszy, położył obie dłonie na rękojeści miecza. Miał być sam. Toron zaprosił swych żołnierzy na ucztę. Pot wstąpił na jego czoło, a źrenice rozszerzyły się. Gotów do ataku, wyjął miecz z pochwy. Drzwi lekko skrzypnęły, a w nich pojawił się… Sam, który był jego dobrym przyjacielem. Uśmiechnął się do niego, widząc jego postawę.
 - Toron zaprosił na ucztę wszystkich dowódców, a nam wysłała piwo i świeżą pieczeń, dołączysz? – zapytał śmiejąc się, widząc z jaką ulgą wzdycha jego przyjaciel.
 - Tak, chodźmy – położył dłoń na jego ramieniu, chowając broń.
Przemierzali korytarz w zupełnej ciszy. Sam’a niepokoiło zachowanie przyjaciela, który od pewnego czasu stał się bardziej nerwowy. Próbował dojść do przyczyny, lecz za każdym razem, próby kończyły się niepowodzeniem. Zastanawiał się, czy powinien zapytać go o jego zachowanie. Rezygnował jednak z tego tak szybko, jak wpadł na taki pomysł. Nie chciał zezłościć dodatkowo przyjaciela. Mimo to, chciał mu pomóc, nawet jeśli miałby za to przypłacić życiem.
 - Przyjacielu – zaczął – lękam się o twoje samopoczucie. Czy ostatnio, wydarzyło się coś niepokojącego? – zapytał, patrząc na buty.
 - `Nic szczególnego, Sam – uśmiechnął się, chcąc dodać mu otuchy. – Myślę nad snem z ostatniej nocy. Śnił mi się ogień i ogarniający wszystko mrok. Pochłonął on moich najbliższych, a gdy miał już dopaść mnie, zerwałem się z łoża – westchnął na jego wspomnienie.
 - Myślę, że nie masz się czego obawiać. Kiedy już nasz przeciwnik zginie, udamy się spokojnie do naszych rodzin – spojrzał na niego.
 - O to mi chodzi, Toron was okłamuje… - przerwał, gdy weszli do sali jadalnianej.
 - Wygrałem! – krzyknął Edgar. – Biorę podwójną ilość! – zaśmiał się.
 - Jak to władca nas okłamuje?! – zapytał zdezorientowany Sam za głośno.
 - O czym ty mówisz, Sam’ie. Starczy ci chyba…
 - Mówi prawdę – podjął Firin. –Nazywam się Firin – zdjął perukę.
****
Cześć i czołem!
Jadę jutro na wakacje, więc nie będzie mnie przez tydzień. Może to spowodować to, że będę musiała nadgonić do przodu rozdziały, które będą do końca wakacji pojawiać się co dwa tygodnie.
Mam nadzieję, że rozdział nie jest zły.
Przepraszam was za wszystkie błędy, jeśli jakieś widzicie, możecie śmiało mi napisać, nie obrażę.
Aktualnie nie mam wany na trzy ostatnie rozdziały (32,5-35), więc mam nadzieję, że nad morzem wpadnie mi coś do głowy.
Bardzo wam dziękuję :*.
Do zobaczenia!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz