niedziela, 2 kwietnia 2017

Rozdział 27 – Czas dobiega końca część II

        Przez kolejne cztery dni, wyczekiwali z niecierpliwością Gandalfa, który wyruszył wraz z Shapiro. Czas biegł nieubłaganie, dając drużynie coraz większe powody do lęku, o życie przyjaciół. Zamknięta w sobie Uriel, siedziała codziennie w koncie gospody, obserwując nowo wchodzących klientów. Żywiła ogromną nadzieję, że za którymś razem wejdzie jej narzeczony. W tedy rzuci się mu w ramiona, dziękując Eru, że żyje. Czuła na sobie troskliwe spojrzenia swoich przyjaciół i choć pragnęła powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, sama nie wiedziała czy będzie. Westchnęła, zrezygnowana, udając się do dzielonej z Alwiną komnaty. Spojrzała na przyjaciółkę, pytającym wzrokiem. Jasnowłosa trzymała talerz z jedzeniem, którego nie zjadła. Spojrzała na przyjaciółkę z politowaniem.
 - Nie mam ochoty jeść – odparła beznamiętnie. – Nic nie przełknę, dopóki nie dowiem się, gdzie jest Shapiro. Po prostu nie mogę – usiadła na łóżku, chowając twarz w dłoniach.
 - Chociaż spróbuj coś w siebie wmusić, wszystko się ułoży – przytuliła ją. – Zobaczysz – wyszedłszy, dosiadła się do samotnie siedzącego Legolasa. – Gdzie Luthias? – zapytała zdezorientowana.
 - Wyszedł na chwilę do stajni – uśmiechnął się. – Gimli jeszcze śpi? – zapytał, śmiejąc się.
 - Tak – zawtórowała mu. – Słuchać go już na korytarzu – zwróciła wzrok, w kierunku drzwi, przez które weszła rudowłosa kobieta. – To były elfy z Mrocznej Puszczy, prawda? – zapytała zmieniając temat. – Stało się coś? – spojrzała na niego uważnie.
 - Tak – odparł lekko, wyjmując list. – Podczas jednej z nocnych zabaw, zostali napadnięci przez niewielki oddział Uruk-hai. Ojciec ratując małą elfkę, został bardzo poważnie zraniony. Z tego co mi napisał, wynika, że jej rodzice zostali zamordowani, więc wziął ją za córkę. Wychodzi na to, że mam siostrę – uśmiechnął się. – Zdołali pojmać jednego z tych kreatur. Kiedy ojciec go przesłuchiwał, dowiedział się o tym, co zaszło w Edroas. Zaniepokojony wysłał tu posłańców, by oczekiwali mojego przybycia – podał jej list, który uważnie prześledziła wzrokiem. – Czują się coraz pewniej. Nigdy przedtem nie wkraczały do Mrocznej Puszczy, bynajmniej nie tak daleko. Coś się święci – nastała cisza.– Jak się miewa Uriel? Nadal nic? – zapytał po chwili.
 - Mam nadzieję, że zje chociaż obiad. Nawet nie mogę sobie wyobrazić, co teraz czuje – westchnęła zrezygnowana. – Jeżeli Shapiro nie wróci, załamie się. Nie wiem czy zdoła wychować sama dzieci Nivis – oddała mu list. – Jeśli nie, zostaną po raz drugi osierocone – spuściła wzrok.
 - Jeżeli miałoby się tak stać, zapewne Elrond okazałby jej wielkie wsparcie – chwycił ją za łokieć. - Jednakże do tego nie dojdzie, ponieważ wrócą – spojrzał jej w oczy. – Gandalf pokonał Barloga, gobliny zresztą też. Shapiro jest w dobrych rękach – uśmiechnął się, chcąc dodać jej otuchy.
 - Masz rację. Gandalf nie pozwoliłby na to, by coś mu się stało – odwzajemniła uśmiech, prostując się. – Legolas - zaczęła niepewni – co zamierzasz po Krwawej Bitwie? – zapytała, przyglądając się mu z uwagą. Zaskoczony elf, wpatrywał się w nią niezrozumiale.
 - Jeżeli przeżyje? – skinęła. – Cóż… Odpłynę do Amanu – odparł, wpatrując się w jej oczy. – A ty wiesz, co stanie się po… no wiesz – przygryzł wargę.
 - Wiem, ale nie mogę tego wydać – westchnęła. – Grozi to bezpowrotnym upadkiem – spuściła wzrok. – Zostanę ukarana, a w tedy nadzieja przepadnie – podniosła na niego wzrok. – Pójdę sprawdzić czy Uriel zjadła chociaż trochę – wstawszy, odeszła od stołu.
        Słońce zaczęło powoli zachodzić. Ruch w mieście znacznie osłabł. Handlarze zwijali swoje stoiska, porozstawiane najczęściej przed domami. Patrzyli na swoje zarobione pieniądze, ciesząc się udanym dniem lub mówiąc do siebie, że jutro będzie lepiej. Matki wołające swoje pociechy do domu, zamykały okna, chcąc ograniczyć wchodzące do środka zimno. Dzieci widząc, zbierające się szaroczarne chmury, posłusznie spełniały prośby swych matek. Za oknem, w które wpatrywał się zamyślony Luthias, spadł deszcz. Czuł panującą napiętą atmosferę w drużynie. Wyczekiwanie Gandalfa wraz z elfem, zabierało im siły. Niepewność o powodzeniu misji, męczyła umysł jego i przyjaciół. Słysząc skrzypnięcie drzwi, odwrócił w ich stronę wzrok. Wstrzymał oddech. Nim zdążył zareagować, w ramionach przybysza znajdowała się Uriel. Elfka widząc narzeczonego z sypialnianego okna, rzuciła się pędem w stronę drzwi. Shapiro zacisnął mocniej ramiona, w około jej drobnego ciała. Bał się, że oddział, który wyruszył z Morii, mógł rzeczywiście natknąć się na drużynę. Elf objąwszy jej twarz dłońmi, pocałował czule.
Luthias wstał z zamiarem podejścia do przyjaciela, jednakże do gospody wszedł uśmiechnięty Gandalf. Mężczyzna podszedł do czarodzieja i uścisnął go przyjaźnie. Na jego twarzy malowało się zmęczenie, ale i ulga. Ich obecność zwiastowała o pomyślnym przebiegu misji.
 - Gandalfie, jesteś! – krzyknęła uradowana Alwina, idąc w ich stronę. – Cieszę się, że jesteście już z nami – przytuliła go. – Mam nadzieje, że misja powiodła się – uśmiechnęła się.

 - Inaczej być nie mogło – zaśmiał się Shapiro. – Dzięki za przywitanie – rozłożył w jej kierunku ramiona. Parsknęła śmiechem, ściskając go. – Tak już lepiej – zaśmiał się.

Kilka minut później, siedzieli zebrani przy jednym stole. Nowo przybili zajadali się specjałem kucharza. Gimli patrzył ze smakiem, jak zjadają ostatnie łyżki zupy. Mimo, że niedawno jadł, na widok jedzenia zrobił się głodny. Marzył o pieczonym dziku, nasmarowanym miodem, którego niegdyś przygotowywała jego matka. Uśmiechnął się, na wspomnienie swojej rodzicielki, stojącej przy pieczącym się cielsku dzika. Rodzice krasnoluda bardzo się kochali. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek kłócili się o coś.

 - Co z palantírem? – zapytała cicho Alwina. Nie chciała, by ktoś wtrącał się w ich sprawy. Ściany „miały” uszy, co oznaczało, że musieli zachować ostrożność.

 - Jest bezpieczny. Odebraliśmy go – uśmiechnął się z zadowoleniem czarodziej. – Co prawda przypłacilibyśmy to życiem, ale najważniejsze teraz jest to, że nie dostanie się w łapska Eliona – pochylił się nad stołem, odsuwając miskę.

 - Jak to? – Uriel zmarszczyła brwi.

 - Kiedy Gandalf podniósł palantir, ściany w małym pomieszczeniu, do którego było ukryte wejście, zaczęły się nagle trząść – zaczął Shapiro. – Spadające kamienie, zatrzasnęły nam otwór przez, który weszliśmy. Hałas zwabił gobliny, ale nie mogły się do nas przedostać, więc stwierdziły, że czas zrobi swoje. Nie mieliśmy dużo czasu na wydostanie się, ponieważ jak się okazało, Uruk-hai strzegły każdego znanego im wejścia. Nie mogliśmy wydostać się górą, ponieważ nad nami znajdowały się komnaty. Po kilku minutach, Gandalf wpadł na pomysł sprawdzenia ścian. Nie pomylił się. Przed nami otworzyła się droga ucieczki. Ciągnęła się ona przez długi korytarz. Idąc nim w głąb, napotykaliśmy się na szczątki goblinów. Musieli odnaleźć tamto przejście. Jednakże nie mogąc go otworzyć stwierdzili najwyraźniej, że to ślepy zaułek. Szliśmy nim, oświetlając drogę kosturem Gandalfa. Droga dłużyła się i ciągnęła w nieskończoność. Po jakimś czasie jednak, dobiegły nas słabe głosy. Byliśmy coraz bliżej wyjścia. Jak się okazało, tego wyjścia pilnowało trzech Uruk-hai. Podczas walki, w korytarzu pojawił się goblin, który pobiegł po pomoc. Po kilku minutach szukania wyjścia znaleźliśmy je, w miejscu… Nie spodziewaliśmy się wyjść tuż za plecami strażników – westchnął.

****

Cześć i czołem!

Znowu po długiej przerwie. Mam nadzieje, że pod koniec roku sytuacja się poprawi.

Wiem, wiem, że dużo tu Legolasa i Alwiny, ale już niedługo to się zmniejszy. Rozwinie się wątek główny, jeżeli chodzi o ród.

A głównie tu też chodzi o Alwinę, ponieważ to jest główna planowa postać.

Mam nadzieję, że rozdział się podoba oraz przepraszam za wszystkie błędy.

Dziękuję za rady i wskazówki, które pomogą mi się poprawić.

Pozdrawiam!