niedziela, 8 października 2017

Epilog


                Po Krwawej Bitwie, w której ostatecznie wzięły udział smoki, los armii Eliona był przesądzony. Sam mężczyzna chciał uciec, lecz jeden z węży pożarł go. Nikt się nie podjął nowej odbudowy Fornost. W bitwie poległo wielu mężczyzn, toteż ogłoszono bezinteresowną pomoc pomiędzy królestwami oraz miastami. Osieroconym dzieciom, które zostały bez rodzin, znaleziono nowe kochające. Wspólnymi siłami powoli wracano do nowej rzeczywistości.

Uriel wraz z Shapiro także przyjęli dzieci swojej przyjaciółki, jako swoje. Elfka bardzo przeżyła kolejna śmierć przyjaciółki, to też one przynosiły jej ukojenie w bólu. Para narzeczeńska wspólnie postanowiła pobrać się w Amannie, do którego mieli odpłynąć wraz z Elrondem i innymi elfami z Rivendell.

Mentis przejął władzę nad Smoczym Ludem, jednak sam nigdy nie wiedział, że istnieje biblioteka. Hobbit (który jej strzegł) wraz z Gandalfem postanowili wspólnie, że powinna pozostać ona tajemnicą. W nowym królestwie ogłoszono żałobę po stracie przyszłej królowej, lecz mimo to starano się wrócić do normalnego życia.

Po śmierci Aragorna, Legolas wraz z Gimlim (których łączyła głęboka przyjaźń), postanowili również odpłynąć do Amnnanu. Książę pragnął znów poczuć spokój. Siedział przy biurku wpatrując się w portret martwej Alwiny. Mimo, że od początku wpajał swoje, że czas leczy rany - tak się nie stało. Nadal czuł pustkę i rozpacz. Nie potrafił przyznać się przed sobą, że ona nigdy nie wróci. Na Początku obwiniał ojca, że pozbawił go w dzieciństwie jej obecności. Omijał go na tyle ile potrafił. Władca Mrocznej Puszczy bezskutecznie próbował rozmawiać z synem. Legolas pewnej bezsennej nocy, postanowił wybrać się nad jezioro (gdzie wspólnie znaleźli szkatułkę), ściskając w dłoni medalion, który pozostawiła po sobie. Tam też go Thranduil znalazł. Nieoczekiwanie opowiedział on swojemu pierworodnemu o jego matce. Księcia zaskoczyło jego zachowanie. To był pierwszy raz, kiedy dobrowolnie o niej wspomniał. Oboje podczas tej rozmowy płakali, ściskając się wzajemnie.

Następnie był wściekły na siebie za to, że nie potrafił być czujny. Myśl o tym, że ukochana poświeciła swoje życie przez nieuwagę, wprawiała go we wściekłość. Siedział całymi dniami w komnacie, w której była goszczona, dotykając sukni, których nosiła. Wtedy postanowił popełnić samobójstwo, lecz kiedy miało do tego dojść, ujrzał roześmiane oczy blondynki. Upuścił ostrze, a sam łkał z rozpaczy i bezradności.

Kiedy legł w jej łożu, na pościeli znalazł jej włos, gdyż król zakazał wcześniej wchodzić służbie do komnaty. Ściskał go w dłoni, dochodząc do wniosku, że Elrond jest winny jego rozpaczy. To za jego sprawą ponownie się spotkali. Był na niego wściekły, toteż wobec niego opryskliwy. Szybko jednak zrozumiał swój błąd. Zmuszony, przeprosił brązowowłosego za swoje zachowanie.

Ostatecznie zaczął nienawidzić nią samą. Miała przecież wybór, którego sama dokonała. Począł się odcinać od wszystkiego co łączył się z osobą zmarłej. Rozkazał zamknąć komnatę na klucz.

Jednakże, kiedy wpatrywał się w jej zdjęcie było mu wstyd za swoje niedojrzałe zachowanie. Oddałby wiele, by znów poczuć jej ciepło. Uśmiechnął się, kiedy opuszkami palców, dotknął jej portretu. Z myśli wyrwało go pukanie do drzwi, w których zaraz pojawił się kransolud.

 - Kobieta stoi na kładce i uniemożliwia nam odpłynięcie, Legolasie.

 - Niech dadzą jej czego żąda – westchnął poirytowany.

 - Chce spotkania z tobą.

 - A więc powiedz, że to nie możliwe.

Chwila spokoju, jednak nie była mu dana. Krasnolud ponownie wszedł do środka, próbując powstrzymać swój uśmiech.

 - Dlaczego straże się nią nie zajmą – zmarszczył brwi.

 - Boją się do niej podejść – zakrztusił się śmiechem.

 - Zaraz przyjdę.

Odprowadził przyjaciela wzrokiem. Westchnąwszy, udał się w stronę pokładu, nie spuszczając oczu z jej twarzy. Bał się, że kiedyś zapomni o niej zapomni. Podniósł wzrok z nad portretu, głośno wzdychając. Kartka, który trzymał, opadła swobodnie na ziemię. Zdezorientowany wybałuszył oczy, a jego serce przyspieszyło. Przełknął ślinę, skanując jej ciało. Kobieta była bosa, ubrana w śnieżnobiałą suknie do kostek. Kiedy natknął się na jej roześmianą twarz, w oczach poczuł zbierające się łzy. Ruszyli ku sobie. Wpadła mu w ramiona, kładąc głowę na jego ramieniu. Położywszy dłoń na jej jasnym policzku, złączył usta w tęsknym pocałunku.

****

Cześć i czołem!

To jest ostatnia notka, jaką tu publikuje. Postanowiłam, że poprawie tę historię i w przyszłe wakacje zacznę jeszcze raz opowieść o Smoczej Książnice, jednak tym razem tak jak należy.

Bloga znajdziecie pod adresem     à smoczaksiezniczka.blogspot.com

Dziękuję za wszystkie komentarze i wyświetlenia. Jesteście cudownie i ogromnym motywatorem do dalszego pisania. Bardzo dziękuję, że poświęciliście czas, by tu czytać.

Wiem, że epilog może nie spełniać waszych oczekiwań. Sama nie jestem z niego zadowolona, ale uważam jednak, że powinnam go napisać.

Blog będzie aktywny trochę ponad tydzień, po czym go zamknę. Tak, jak mówiłam, wrócę do niego w przyszłe wakacje pod nowym adresem. Dodam nowe wątki. Ogółem wszystko będzie lepsze.

Do zobaczenia!

Xo :*

sobota, 7 października 2017

Rozdział 33 – Krwawa Bitwa cz.III


~~*~~

Wtem elf z Rivendell dął w róg, roznosząc niosące się echo. Część wrogi wojsk, którą powstrzymywał liczny oddział pod wodzą Geralda Szlachetnego, przedostała się pod mury twierdzy, gdzie czekała defensywa zniecierpliwionych wojowników. Z okrzykiem na ustach zerwali się do ataku. Pierwsze cięcia uśmierciły kolejnych ludzi, którzy pod wodzą Luthiasa bronili swoich praw. Wielu z nich nigdy nie zdobyło dużego doświadczenia związanego z fechtunkiem. Szewc musiał opuścić swoją rodzinę, nie wiedząc, czy kiedykolwiek do niej wróci, jednocześnie mając nadzieję, że kilka dni nauki starczy, by przetrwać. Wojna nigdy nie miała swoich reguł. Oczywiście poziom umiejętności, jaki posiadali wojownicy, nigdy nie dawał pewności na przeżycie. Będąc w posiadaniu ogromnego doświadczenia, wystarczyła chwila nieuwagi, by skończyć z wbitym ostrzem w plecy. Toteż wielu tak poległo już w pierwszych minutach walki. Nie jednego opuściły siły, pod naporem potężnych Uruk-hai. Stwory dzierżyły nie tylko ciężkie miecze, ale również topory oraz siekiery. Okrzyki rozdzieranych w pół ciał, przedzierały się przez chmury, by dotrzeć do samego Eru - stwórcy świata. W powietrzu unosił się zapach krwi, która spływała stróżkami pomiędzy martwymi ciałami wraz z wnętrznościami. Bowen, który rozprawiał się jedną z kreatur, poślizgnął się o wątrobę jednego z trupów. Przebiegły ork wykorzystał sytuację, biorąc zamach toporem, by zmiażdżyć jego czaszkę. Mężczyzna, jednak nie poddał się tak łatwo, przeturlając się w bok. Po zimnej stali spłynęła ciecz, która ubiła dwóch przeciwników jednocześnie. Tak oto włócznia przebiła jego pierś oraz czaszkę. Z połamanych kości wystawał mózg, na który stwór rzucił się z wilczym głodem, ponieważ nie karmiono ich od kilku dni. Pożerał w szybkim tempie narząd, który powoli zaspokajał głód. Przez swoją nieuwagę stracił życie, podeptany przez przedstawicieli swojej rasy. Grady strzał padały z wysokich murów, przebijając wrogie ciała, lecz i wśród nich napotkano zbłąkanego człowiek. Musiano donosi im systematycznie strzał, ponieważ kołczany elfów stawały się co rusz puste. Wtem usłyszano róg Tharbadu, który zabrzmiał potężnym basem. Nowy oddział wojsk przybył z Morii, która znów opustoszała wraz z opuszczeniem przez nią orków. Maszerowali równym tempem, tak że ich chód dało się słyszeć na północnej stronie. Zaniepokojone istoty z Mrocznej Puszczy z lękiem wpatrywały się w stronę czarnoksięskiego Królestwa Angmar, z której nadchodził wojsko około sześćdziesięciu tysięcy orków oraz dziesięciu tysięcy ludzi, zaślepionych rządami Eliona. Zlękniony elf dął w trąbę, informując (ku nieszczęściu innych) o nadchodzącym ataku. Pozostali prawie całkowicie otoczeni przez swego wroga. Księżniczka spojrzała na zaniepokojone twarze swych towarzyszy. Przeskoczyła schody kilkoma susami, udając się na północy mur. Przed nią roztaczał się ogrom wojaka, które prowadził siedzący na karym ogierze - Elion, którego wykradł z Rohanu jego szpieg. Uśmiechał się przebiegle na widok przerażonej i rannej kobiety. Dobrze wiedział, że takiego obrotu sprawy nie spodziewał się żaden z nich. Posiadał z tyłu głowy jednak istotniejszy plan.
Szarpnął za lejce, by znaleźć się bliżej muru. Przewidział, że żaden z nich nie odważy się go zaatakować.
 - Głupcy! Poddajcie się, a może będę łaskawy!
Alwina patrzyła na niego uważnie, zastanawiając się co powinni uczynić. Podniosłą rękę, na co elfy napięły swe łuki.
 - Traf blisko kopyta – szepnęła do jednego z nich. – Puścić cięciwy!

Grad strzał uniósł się w powietrzu, niczym chmara rozwścieczonych os. Pióra strzał trzepotały na wietrze, by w końcu pokierować grot w dół. Wielu z pierwszych szeregów uszło z życiem, gdyż ich cielska chroniła drewniana tarcza, którą się osłaniali. Pojedynczy bełt wbił się tuż przy kopycie, płosząc zwierzynę mężczyzny. Koń stanął nieoczekiwanie dęba, nieomal zrzucając go. Rozwścieczony, podał sygnał go ataku. Kilkutysięczna armia, biegła wprost na mur twierdzy. Ziemia drżała, a w powietrzu unosił się zapach smrodu. Księżniczka z przerażeniem zauważyła machiny oblężnicze podążające ku nim. Wielkie katapulty posuwały się z wolna na swych kołach. Przed nimi podążał z tłumem, taran z żelazną głową węża.

 - Katapulty! Tarany!
Zgromadzeni spojrzeli na nią z lękiem. Taki obrót sprawy, (choć spodziewany) stawiał ich na przegranej pozycji. Lęk jednak przerodził się w determinację w obronie swojej ojczystej ziemi. Gotowi spięli mięśnie, a część z nich ruszyła ku murom.
Twierdza zadrżała pod pierwszym uderzeniem taranu. Zgormadzeni obrońcy, zachwiali się. Wkrótce postawiono na nim drabiny, po których wspinały się kreatury. Kiedy ludzie odrzucali je z powrotem na dół, one znów pojawiały się oparte na północnym murze. Grady elfickich strzał co rusz wzlatywały ku górze. Tym razem z większym skutkiem. Taka obrona jednak nie na za wiele się zdała. Fornost ponownie zadrżało uderzone głową węża, który zostawił w nim pęknięcie.
 - Uciekać!
Wrzask dobiegł do uszu Armii Dobra. Reakcja była natychmiastowa. Nim jednak zdążyli wszyscy zbiec, wąż ponownie uderzył. Kamienna ściana z łoskotem uderzyła w ziemię. Dym podrażniał im oczy i nos. Z niego wyłoniły się czarne postacie. Topory poszły w górę, uśmiercając oniemiałych broniących, którzy nie pojęli co się właśnie stało.
 - Bronić się! Podnieść kraty! Otworzyć wrota!
Otrząsnąwszy się z amoku, ruszyli do obrony. Klingi skrzyżowały się z ostrzami toporów. Pikinierzy przebijali co rusz czarne cielska grotami. Shapiro mimo walki z przeciwnikiem, starał się nie tracić z oczu swej ukochanej. Był gotów poświęcić za nią życie. To też walcząc z przeciwnikiem, starał się atakować tych, który byli w jej pobliżu. Odparł atak sztyletu, wbijając swoje ostrze w sam środek oka. Ruszył, więc na kolejnego. Ten jednak uparcie bronił swego życia. Atakował zwinnymi i szybkimi ruchami, nie pozwalając elfowi zaatakować. Brazowowłosy, odskoczył na bok, zaskakując przeciwnika, który był w trakcie wykonywania manewru. Nie tracąc chwili odciął mu rękę, która władała bronią. Padła ona na ziemię, zalewając ją swą krwią. Rozwścieczony ryk, dobiegł jego uszu. Ork nie miał chwili na rekcję, bowiem ostrze dzidy przebiło go na wskroś, powalając jego towarzysza, tuż za nim. Elf odszukał wzrokiem swą wybrankę, która zwinnie przecinała powietrze. Ociężały wróg nie miał szans. Mimo to miała przecięte ramię oraz udo. Odskoczyła, unikając odcięcia jednego z kolan. Nie czekając, oderznęła ostrzami, jak nożycami głowę kreatury. Poczuła piekący ból w swym boku. Jedna ze strzał wbiła się w jej biodro. Zaciskając zęby, pozbyła się jej, atakując nią kolejnego przeciwnika. Rana utrudniła jej walkę, gdyż promieniujący ból, ograniczał jej swobodne ruchy. Dziękowała w duchu Eru, za to, że grot nie przebił jej serca. Uchyliła się przed kolejnym ciosem, nadchodzącym z prawej. Przed nią padł martwy mężczyzna. Zdezorientowana, straciła swą czujność, przypłacając nieomal życiem. Od niechybnej śmierci wybawił ją narzeczony, który pchnął jednego z orków wprost pod ostrzał. Uśmiechnęła się do niego, wracając do walki.


Krasnolud schylił się, by uniknąć kolejnego ataku. Wziąwszy zamach swym toporem – spudłował, tracąc równowagę. Podtrzymał się na swym toporze, by nie upaść. Uśmiechnął się pod nosem wpadając na genialny pomysł. Spuścił ciężką broń na nogę przeciwnika, który zawył z bólu. Nie tracąc czasu, wbił w jego pierś ostrze, które trzymał za pasem. Jeden z armii Uruk-hai padł martwy na ziemi. Nim zdołał natrzeć na kolejnego, w jego ramię wbiła się strzała. Krasnolud zatoczył się do tyłu. Zacisnął zęby, wyrywając wbite ostrze. Rana pulsowała, uniemożliwiając podniesienie broni. Topór obusieczny okazał się niemożliwy do uniesienia. Nie zamierzał się, jednak poddawać. Rozerwał sztyletem kawał tkaniny i owiązał krwawiącą ranne. Kolejne ataki utrudniały mu jednak to zadanie. Pomoc Luthiasa okazała się niezbędna. Mężczyzna pilnował, by w ten czas zapewnić przyjacielowi bezpieczeństwo.
Niespodziewanie jeden z łuczników, spostrzegł zbliżające się gigantyczne więżę. Sunęły one niespiesznie, w stronę Krwawej Bitwy. Ich ciemnooliwkowe ubarwienie zdobiły czarne plamy. Na widok stworzeń Armia Dobra zlękła się. 
Brązowowłosy widząc, że krasnolud sobie poradzi, począł przemieszczać się w stronę bestii. Siekł w pień przeciwnika, który co rusz stawał mu na drodze. Zręcznie przycinał swym ostrzem powietrze. Wziął zamach, by ściąć kolejną głowę, jednak blok, jakiego dokonał ork, uniemożliwił mu działanie. Odskoczył w bok, umykając ostrzu. Z pół obrostu, powalił go na ziemię, przebijając jego pierś. Bezzwłocznie ruszył przed siebie. Pragnął wykazać się odwagą oraz pokazać, że nie można ulec nawet takiej bestii. Jedna z nich, wysunęła się bardziej do przodu, by najpierw zabić, a potem zjeść mężczyznę, który również ruszył ku niej. Gigantyczny wąż uniósł swój łeb, poruszając niespokojnie jeżykiem. Zaatakował zwinnie, otwierając paszczę. Człowiek jej umknął. Zdenerwowana, ponowiła swój atak, lecz tym razem wysuwając tylko język. Luthias wskoczył na jej łeb, utrzymując się na mieczu wbitym w czaszkę. Istota uniosła się do góry, próbując zrzucić przeciwnika. Spowodował to jednak to, że ostrze zatopiło się w mózgu. Zamachnął się ponownie, uśmiercając potwora. W ten czas wroga włócznia przebiła go na wskroś, odbierając życie. Martwe ciało, spoczęło obok wężowego cielska.

Elf odepchnął przeciwnika, który tym samym wpadł na sterczącą włócznie. Odskoczył, słysząc za plecami świst powietrza. Strzała przeznaczona dla niego, wbiła się w zdeptaną ziemię. Zwinnym ruchem zaatakował Uruk-hai. Plugastwo wziąwszy zamach, chciało odciąć księciu rękę, jednakże nie zdołał, gdyż cofnął ramię. Pchnął do przodu ostrze, ale ruch był chybny. Pociągnął Legolasa do przodu, unosząc go w powietrzu (a nie był on chuderlakiem). Blondwłosy odepchnął się od sterty martwych ciał, wpadając na oprawcę z ostrzem skierowanym w miejsce jego serca. Oboje padli na ziemię. Zwycięzca podniósł się, wyciągając ostrza sztyletów. Nim zdążył natrzeć na kolejnego z wrogów, poczuł ciężar ciała padającego na jego plecy. Zdezorientowany odwrócił się, chwytając w ramiona ciało Alwiny, które przebiły dwie strzały. Kobieta widzą celującego w plecy księcia orka, zasłoniła go własnym ciałem. Zastygł w miejscu, wytrzeszczając oczy. Widząc uchodzące z niej życie, otrząsnął się. Biorąc ją na ręce i szukając tymczasowego schronienia, unikał wszelkich starć. W końcu udało się mu dotrzeć do w połowie zrujnowanego budynku. Trzymał w ramionach jej słabnące ciało i nie spuszczał wzroku z jej oczu. Zagryzł wargę, czując spływające po polikach łzy. Przywarł wargami do jej, nie dopuszczając do siebie tej myśli. Czekał aż odwzajemni pocałunek, lecz tak się nie stało. Głaskał ją po policzku, dopóki zmarła nie zaczęła się skrzyć. Przerażony cofnął rękę, nie rozumiejąc co się dzieje. Zamknął oczy, pod wpływem łuny światła, która wypłynęła z jej rany (docierając od Hobbitonu aż po same Rivendell). Kiedy otworzył oczy, nie znalazł jej. Oszołomiony podniósł się niczym oparzony i podparł o ścianę. Nie rozumiał co się stało.
Thranduil jako jeden z nielicznych, powrócił do walki (przerwanej oślepiającym światłem). Natarł na rozproszonego przeciwnika, odcinając mu głowę. Nie pozostał jednak bezkarny. Uchylił się, by uniknąć niechybnej śmierci od poszczerbionego od walki topora. Przechodząc zwinnie z prawej na lewą, wbił ostrze w bok kreatury, obracając nim o sto osiemdziesiąt stopni. Uruk-hai ryknął z bólu, padając potem na ziemię. Nie czekając niczyjej reakcji, zaatakował następnego. Odepchnęli się klingami, odrzucając się w tył. Ku nieszczęściu elfa, potknął się o wystającą ludzką rękę. Padł na ziemię, widząc błysk ostrza. Cios jednak nie nadszedł. Elrond wybawił go od śmierci, zabijając kreaturę od tyłu.
Walka trwała w najlepsze, nie oszczędzając nikogo. Po długim czasie nad pozostałościami muru pojawiły się węże. Śmiałkowie idąc za przykładem Luthiasa rzucali się na nie, lecz nie zawsze udało się je zgładzić. Oczy wpatrywały się z przerażeniem w istoty. W ten czas chmury, rozstąpiły się. Złota łuna błysnęła z nieba, a z niej przybyły na pomoc smoki.
****
Cześć i czołem!
Witam was w ostatniej części. Wiem, że narobiłam błędów, więc za nie przepraszam.
Przepraszam również za moją nieobecność, jednak szkoła daje w kość, ale znalazłam rozwiązanie wszystkiego. Mam nadzieję, że rozdział się podoba.
Do zobaczenia!

niedziela, 1 października 2017

Rozdział 33 – Krwawa Bitwa cz.II


                Ciemne chmury przesłoniły jasnoniebieskie niebo, jakby para wodna miała oszczędzić jemu straszliwego i bezlitosnego krajobrazu śmierci, która miała obficie zebrać swe żniwo, jakby było dla niej prezentem na jej kolejną wiosnę. Wszelkie ptactwo i zwierzęta leśne opuściły góry i lasy, przelęknione nadchodzącymi wydarzeniami. Czuły ciągle narastające napięcie i dymy wydobywające się z czeluści Morii, która została zajęta przez sługusy Eliona syna Ethera Odważnego, który zmarł zanim jego syn osiągnął lat czternaście. Młody mężczyzna wychowywany od tamtej pory przez swą matkę popadł w obłęd, chcąc zagarnąć dla siebie całe Śródziemie oraz przejąć władze nad Amannem. Zawładnęła nim chciwość i żądza bogactw, tak duża, by zabić swa matkę cięciem w krtań przy swym zebranym na głównym dziedzińcu, zmizerniałym ludzie. Gdy jej ciało opadło bez tchnienia na ziemię, rechotał diabelskich śmiechem, którego lękali się nawet rośli mężczyźni. Nie pisnęli jednak ani słówka, tworząc się przed okrutną karą. Ether miał zgoła inne oblicze od swego pierworodnego. Był szlachetnym i godnym podziwu władcą, który rządził sprawiedliwie. Popełniał błędy, których nie móc było nie uczynić, lecz szkodziły one w mniejszym stopniu. Zawsze wyrozumiale wysłuchiwał próśb swego ludu i te, które uważał za stosowne wprowadzał w życie, umiejętnie rozdysponowując zasobami, których był w posiadaniu. Gardził chciwością oraz rozpustą, która prowadziła do upadku nie jedno królestwo. Był dumny, widząc, że jego panowanie prowadzi ku nowemu dobru. Wielu władców pozostałych królestw przybywało w progi jego zamku, by zobaczyć na własne oczy jego potęgę. Życie kulturalne obywateli rozwijało się z każdym rokiem. Z czasem wzniesiono tam niewielki teatr, w którym każdej wiosny było odgrywane widowisko, związane z legendą, która została wybierana przez samego władcę. W całym Śródziemiu chwalono wyborne sery, które zostały przygotowane w murach domu Ethera, który pragnął całą swą wiedzę przekazać swej dziatwie, lecz wroga włócznia przeszyła jego serce. To właśnie wtedy Elion ogłosił swe rządy, które rychło przyniosły śmierć, chaos i strach.
Z dala dało się słyszeć tubalny i zarazem potężny odgłos wrogich trąb. Ich echo niosło się aż po sam Hobbiton, wprawiając w przerażenie tamtejszych mieszkańców, którzy zlęknieni chowali się w swoich norach, zamykając wszelkie okiennice i drzwi na wszystkie spusty. Ziemia drżała pod stopami potężnej armii, kraczącą ku Fornost w stronę Północnych oraz Wichrowych Wzgórz. Obleczeni w zbroje, uśmiechali się drwiąco, oczekując defensywy pomiędzy wzgórzami. Elion spodziewał się, że wróg zastawi na nich pułapkę tuż przed samą twierdzą. Nie liczyły się ze stratami, ponieważ armia, którą władał służyła mu za mięso armatnie, które miało pomóc osiągnąć mu wyśniony cel. Toteż nie dowodził tym oddziałem, lecz wysłał najsłabszego ze swych generałów, by odciągnął uwagę od ciosu, który wkrótce miał nadejść i rozgromić przeciwnika.
Oddział mający na celu defensywę, czekał w zniecierpliwieniu momentu, w którym wyłoniwszy się z ukrycia, mieli pozbawić plugastwa życia. Do ich nozdrzy docierał smród orkowych cielsk, które głównie tworzyły wrogi oddział. Dokoła zapanowała wszędobylska cisza, podsycając napiętą atmosferę. Wraz z zerwaniem się czarnych wron, po lewej zamajaczył obraz maszerujących ścierw. Mięśnie ludzi spięły się w oczekiwaniu, na ustalony sygnał. Obserwowali w ukryciu uzbrojenie oraz liczebność wroga. Jak się okazało nie był to oddział nie do pokonania. Słabe zbroje oraz poszczerbione ostrza, zwiększały szansę na wygraną. Ku zdziwieniu przewodniczącego, dowódca plugastw nie oczekiwał ataku, wręcz przeciwnie maszerował spokojnie, jakby śmierć miała nie nadejść. Była to sprawka Eliona, który poinformował go, że nie odbędzie się tam defensywa ze strony Fornost. Kiedy generał broniący twierdzy był pewien, że oddział nieprzyjaciela znalazł w samym centrum, ruszyli do ataku.
Jakież było zdziwienie na twarzy napastnika, kiedy spostrzegł uzbrojonych ludzi wyłaniający się ze wzgórz. Pierwszy cios padł ze strony dobra, uśmiercając jednego z orków. Ciężki miecz, który dzierżył ów rycerz, spłynął czarną posoką, plamiącą mu dłonie. Nazywano go Wiliam Waleczny. Nim zbrojny spostrzegł się, napadło na niego kolejne plugastwo. W ostatniej sekundzie, skrzyżował swą klingę z poszczerbionym toporem, który miał przebić mu czaszkę. Nie czekając, dopadł go, przeskakując nad martwym cielskiem. Zwinnym ruchem odciął głowę, przytwierdzoną do reszty ciała. Ta potoczyła się pod nogi jego przyjaciela, który rozprawiał się z dwoma orkami. Śmiał się im w twarz, gdy z obrotu, nożem przebił oko pierwszego, a drugiemu podciął krtań, z której obficie trysnęła posoka. Z zadowoleniem napadł na kolejnego, ratując tym samym swego sprzymierzeńca, którego miała przebić wroga włócznia. Oblizał wargi, naskakując na jeszcze jednego. Tamten, jednak pozostawał nie ugięty. Odepchnął od siebie człowieka. Padał na niego, robiąc okręg swym toporem w powietrzu, który miał się zderzyć z ludzką czaszką. Manewr jednak się nie udał, ponieważ mężczyzna odskoczył, powodując śmierć kolejnego orka. Zaskoczony napastnik, zginął, gdy ostrze przebiło jego pierś. Wzniósł klingę w powietrze, chcąc strącić kolejnego. Nie zdołał jednak, gdyż włócznia z czarnymi piórami przebiła go na wskroś. Rozwarł oczy, wydając z siebie głuchy jęk, nim padł martwy na ziemię, osieracając dwójkę swych synów. Całe zajście widział Gerald Szlachetny (dowodzący defensywą), który znajdował się w pobliżu. Włócznia, która przebiła jego żołnierza należała do wrogiego dowódcy. W mężczyźnie wezbrała wściekłość na widok martwego brata. Zacisnął szczękę, ściskając w dłoni rękojeść miecza aż po zbielałe kostki. Ruszył ku napastnikowi, siekąc w pień czarne cielska kreatur. Przemieszczał się najzwinniej, jak potrafił, by sięgnąć po zemstę. Mimo licznych ran i obrażeń, jakich dostał, nie czuł bólu. Wściekłość podniosła w nim poziom adrenaliny, która go zniwelowała do minimum. Zrobił zamach w powietrzu, by przeciąć przeciwnika, lecz ten w ostatnim momencie spostrzegł nadchodzący atak. Odskoczył na bok, łapiąc utraconą równowagę. Podniósł swe ostrze, by zablokować kolejny atak. Przeciwnik okazał się silniejszym niż mu się wydawało. Skrzyżowane ostrza niebezpiecznie zbliżały się ku jego twarzy. Czuł na skórze chłód, jaki od nich bił. Padł na ziemię, pod siłą przeciwnika. Gerald Szlachetny wziął zamach, by przebić go na wskroś, jednak ten podkosił swego przeciwnika, chwytając za broń. Naskoczył na niego z ostrzem wyciągniętym ku niemu, lecz dowódca defensywy, chwyciwszy natychmiastowo za włócznie, leżącą na ziemi, przebił go na wskroś. Nie czekając chwili dłużej, napadł na kolejnego napastnika.

Bitwa wydawała się nigdy nie skończyć. Poległo stosunkowo więcej sprzymierzeńców dobra niźli zła. Walka zaczynała być przesądzona. Ludzie poczęli z lękiem patrzeć na swoją przyszłość, widząc nie zmniejszającą się armię wroga. Okazało się bowiem, że Elion wysłał tamtędy liczniejszą armię niż na początku obstawiano. Część z nich zdołała przedostać się do dalszej części ku samej twierdzy. Potrzebowali posiłków, a ku nim kroczył nowy oddział maszerujący z Helmowego Jaru. Nie był on liczny, tak jak pierwszy, lecz nie był też zupełnie mały. Było ich około pięciu tysięcy, w tym trzech tysięcy orków. Widok ten wzbudził w nich nową zawziętość, dzięki której odzyskali utracone siły. Siekli w pień nie przyjaciela, choć i ten zadawał potężne ciosy. Coraz to nowe ciała padały na ziemię, a wśród nich przechadzała się śmierć. Zbierała ona lekkie dusze, zadowolona z podarku, jaki zgotował jej Elion. Z politowaniem patrzyła na niektóre zwłoki, które pozostawiły rodziny same. Była rad z tego, że nie ważyły one wiele, dzięki temu mogła zebrać ich więcej. Z obrzydzeniem wpatrywała się w czarne cielska kreatur, które swoje początki miały od elfów. Była przy tym, kiedy torturowano, wieziono i upodlano pierwszych orków, którzy zostali zniewoleni wolą Czarnego Władcy. Ale nie wszyscy powstali w ten sposób. Wielu z nich stworzył jeden z Valarów (Morgoth), którego motywowała złość oraz chęć zakpienia z Dzieci Iluvatara. Szła dalej, uważnie przyglądając się zmasakrowanym ciałom. Wielu mężczyzn, z którym odebrano życie - pozbawiono głowy. Widziała ciała, którym odcięto kończyny lub w których sterczał topór. Z obrzydzeniem patrzyła na leżące poza ciałami organy. Jelita ciągnęły się nieraz przesz dwa trzy metry, biorąc swój początek w ciała. Nachyliła się, by podnieść kolejną duszę – młodego mężczyzny. Spostrzegła, że nie miał on palcu u rąk, ponieważ prawdopodobnie jeden z orków mu je odgryzł. Podniósłszy ją, ruszyła dalej.

Gerald Szlachetny z przerażeniem patrzył, jak kolejny oddział wrogi wojsk przyłączył się do trwającego starcia. Orkowie ruszyli pędem z niecnymi uśmiechami, powodując kolejne straty. Kończyny wyrywane z ciał, przemieszczały się w powietrzy. Potężniejsi Uruk-hai, wyrywali serca z piersi, by się nimi pożywić. Okrzyki bólu i cierpienia unosiły się w powietrzu, niczym pyłki. Posoka, spływała pomiędzy jego trzewikami, stróżkami. Widok, który się przed nim roztaczał był przerażający.

W ten nastąpiła rzecz bardzo dziwna. Ludzie, który znajdowali w samum środku przybyłego oddziału, poczęli atakować nędzne kreatury. Zaskoczenie, które malowała się na twarzach, szybko ustąpiło odwadze. Z nową siłą, zwiększyli swoje szansę na wygraną. Klingi cięły powietrze, a kolejne cielska padały na ziemię zbroczoną krwią, która płynęła strumieniami.

Firin, który zdołał przekonać swych współtowarzyszy do przeciwstawieniu się złu, siekł kolejnego przeciwnika. Nie zorientował się nim, włócznia drasnęła jego ramię. Syknął z bólu, wyjąc swój miecz z czaszki pokonanego wroga. Odskoczył w tył, widząc Uruk-hai, który wziął kolejny zamach. Mężczyzna okazał się, jednak zwinniejszy, ponieważ powalił go z pół obrotu, ostatecznie przebijając jego czarne serce. Wtem strzała obleczona w pasiaste pióra, wbiła się w jego ramię. Wyjąwszy ją ze swego naramiennika, wbił w oko orka, który padł martwy, trzęsąc się w ostatnich konwulsjach. Mimo bólu podniósł ostrze, by uchronić swego przyjaciele od niechybnej śmierci ze strony rywala. Zaskoczony mężczyzna odskoczył, czując ciężar cielska na swoich barkach. Kiwnął w podzięce do przyjaciela, lecz zaraz wrócił do walki.

Mimo nowych posiłków, wróg wciąż miał nad nimi przewagę. Szansę na zwyciężenie dobra, jednak wzrosły, wraz z pojawieniem się Wielkich Orłów, które podrywały kreatury w powietrze, by je spuścić na ziemie, gdzie upadały z hukiem lub zgnieść w szponach. Nie były chętne do brania w tym widowisku udziału, jednakże wiedziały o planie Eliona, który mógł zaważyć o również ich dalszych losach. Władca pragnął je zniewolić i uczynić swymi. Ponadto pragnął piór, które były dla niego drogocenne. Z tej przyczyny zginęło wielu łowców, którym się to nie udało, a inni uciekli.


****
Nie mam zbytnio czasu na pisanie, wiec nwm kiedy kolejny rozdział.

piątek, 15 września 2017

Rozdział 33 – Krwawa Bitwa cz.I

W ciągu ostatnich dni do Fornost przybyły licznie sprzymierzone wojska miast i królestw Śródziemia, by stoczyć walkę o wolności i pokój, który miał szasnę na nieokreślony czas zapanować. Przywódcy swych armii byli świadomi tego, że ład i porządek, który miał zostać wywalczony, nie będzie trwał wiecznie po wsze czasy. W przyszłości miano stoczyć jeszcze wiele bitew, które będą warzyły istnieniu nie jednego królestwa. Wiedziano, że niektóre z nich mogą upaść, jednakże rzecz była warta podjęcia tego ryzyka. Wiele zależało od wyniku Krwawej Bitwy. Ostatniej bitwy, w której brały udział oddziały elfów.
Jako pierwsi do twierdzy, leżącej na terenie królestwa Arnor oraz na stokach Północnych Wzgórz, przybyły elfy w swych srebrnych zbrojach z Rivendell, na których czele stał Elrond. Władca pięknej osady Tajar z obawą zostawił pociechy opieką opiekunek. Niepokoiła go sytuacja, która coraz częściej miała miejsce, zwłaszcza bacząc na to, że były one udziałem dzieci. Często bowiem przyłapywał je na tym, że rozmawiały z powietrzem, uważając, że widzą rodziców. Alyaseldo zarzekał się, że nie kłamie i nie ma tak wybujałej wyobraźni jak siostra, która potrafiłaby to zmyślić czując tęsknotę względem swych rodziców. Uriel widząc nowo przybyłego, nie odstępowała go na krok, pytając o stan zdrowia dzieci. Elf podzielił się z nią i jej narzeczonym o dziwnych sytuacjach. Postępowanie dzieci oraz uporczywa wiara w to co widzą, wskazywały na to, iż była to prawda. Brązowowłosa elfka bała się, że dziwne spotkania z rodzicami, zwiastują ich śmierć. Mimo braku pokrewieństwa krwi, traktowała je, jak swe pociechy, mając na uwadze również to, że niedługo miała poślubić Shapiro. Pragnęła stworzyć rodzinę, na który wszyscy zasługiwali.

Wielu mężczyzn po długiej wędrówce, dotarło także z Bree. Ich zmęczone twarze były smagane smutkiem i determinacją. Widzieli bowiem, że to od nich samych zależy jaki los, spotka ich bliskich. Dezercja była hańbą, nie tylko dla dezertera, ale i dla całej rodziny do końca jej istnienie, zawsze ciążyło na niej piętno jednej osoby. Mimo, iż serca przybywających ciągnęły z powrotem do beztroskiego życia, odważnie kroczyli do przodu na stoczenie pojedynku ze śmiercią, która szczerzyła do nich swoje długie kły, zadowolona, że już wkrótce rozpocznie swe żniwa, zagarniając dla siebie ich życia. Była rad z prezentu, który sprawił jej los, posyłając młodych na pewne zatracenie. Rzadko kto, wydostawał się z jej zimnych i ciemnych objęć, odbierających ostatnie tchnie. Nie stała, jednakże ona po żadnej stronie. Nie pragnęła niczyjego zwycięstwa poza niej. Wiadomym było, że gdy pochłaniała duszę, nigdy jej już nie utraciła. Była pewna, że nie zależnie od wyniku Krwawej Bitwy, ona i tak wygra, ponieważ po za nią nie ma zwycięscy, który zwyciężyłby bez strat. Nigdy nie rozumiała jak ludzie mogą się cieszyć ze swej wygranej, wiedząc o stratach jakie na nich padły.
Następnymi wojskami, które przybyły do twierdzy, okazały się zastępy elfów z Mrocznej Puszczy, na których czele stał sam król – Thranduil. Władca czuł niewielki dyskomfort w prawym ramieniu, ponieważ tamtej nocy ugodziło go ostrze drugiego z napastników. Toczył z nim zaciekłą walkę. Niewątpliwie przegrałby, gdyby nie odwaga małej elfki, która wychyliwszy się spod łoża, rzuciła w mężczyznę pluszowym misiem. Wróg spłoszył się na ten gest i zanim oprzytomniał, został brutalnie pchnięty nożem przez swoją ofiarę. Był jednak rad z tego, że Lira została nietknięta. Sam nie wiedział, co by się stało, gdyby nie nocny lęk swej córki. Jedyne czego pragnął, przejeżdżając przez wielką bramę, to ujrzeć swego syna zdrów. Obawiał się, że go nie zastanie lub zobaczy go pokiereszowanego. Znalazł go pośród łuczników, ćwiczących swą celność. Poczuł dumę, widząc jak trzy strzały wbijają się w sam środek tarczy. Uśmiechnął się, zsiadając ze swego wierzchowca. Otworzył swe ramiona, spostrzegając kraczącemu ku niemu Legolasa. Oboje zakleszczyli się w silnym uścisku. Byli rad ze swego spotkania. Oboje długo rozmawiali o dzielnej Lirze, śmierci straży oraz nocnej napaści. W księciu zawrzała krew słuchając o poczynaniach sługusa Eliona, który panoszył się po ziemiach, jakby już należały do niego.




wtorek, 5 września 2017

Rozdział 32 – Naznaczenie

Słońce poczęło wschodzić zza horyzontu, okalając swymi promieniami Śródziemie. Przebijało się przez chmury, chcąc ponownie plątając spojrzeniem każdy kraniec. Najpierw powolnie z małym skutkiem, lecz w miarę upływu czasu, ognista kula niespiesznie podnosiła się coraz wyżej. Ciemny granat nieba rozbłysnął kolorami różku, błękitu, żółci, fioletu oraz pomarańczu. Barwy chmur zmieniały się wraz z nim, tworząc coraz to nowe odcienie. Wszystko wyglądało bardzo majestatycznie. Jakby anioły malowały misternie pędzlami, dbając o każdy skrawek swego płótna. Kwiaty poczęły ponownie otwierać swe pąki, ukazując piękno i wdzięk swoich płatków, zasypując łąki kolorowym dywanem. Wraz z kwiatami budziły się do życia owady, które biorąc się do pracy, przelatywały z kwiatka na kwiatek. Co jakiś czas płoszyły je zbudzone zwierzęta, które przechadzały się pośród gęstych traw, skubiąc ja co chwilę.
Patrząc z góry, widniała Zielona Ścieżka, porośnięta z każdej strony drzewami. Większością wśród nich były dęby, jednak wraz z jej rozwidleniem (jednym w lewo prowadzącym do Buckland, natomiast drugim w prawo do Bree), pojawiły się o wiele młodsze, drzewa owocowe. Pomiędzy nimi chodziły zwierzęta, konsumując opadłe jabłka i gruszki. Wraz z owym rozwidleniem, łańcuch utworzony z dębów dobiegł końca, jakby zabrakło sadzonek na dalszą drogę. Prawda była jednak inna. Ojciec Mentisa, kazał je zasadzić, by tworzyły znak, że miasto, w którym władał miało się niebawem pojawić i ugościć w swych murach.
Lecieli nad rozciągającymi się łąkami i wzgórzami. Teren stawał się coraz bardziej górzysty, nad którym osiadła mgła, uniemożliwiająca widoczność. Wkrótce na horyzoncie pojawiły się pierwszy zarys szczytów. Z daleka wydawały się małe i nie tak potężne, jak w rzeczywistości, jakby małe dziecko usypało górkę ciemnego piasku. Obraz ten wydawał się bardzo pozorny, o czym wkrótce mogło się przekonać. „Górka piasku” przeobraziła się w duże i potężne góry z ostrymi szczytami.
Patrząc na ten widok, poczuła bolesne ukłucie, które z każdą minuta stawało się coraz mocniejsze. Z całych sił powstrzymywała się przed zwinięciem się w „kłębek”. Trzymałą się kurczowo, próbując nie myśleć o przeszywającym jej ciało bólu. Wciągnęła gwałtownie powietrze, tłamsząc w sobie krzyk.
 - Ląduj, błagam – syknęła błagalnie.
Zdezorientowany orzeł obniżył swój lot, próbując znaleźć miejsce, by móc swobodnie wylądować. Zaniepokoił się zachowaniem swojej towarzyszki, jednak postanowił wykonać jej błagalna prośbę. Przeszukiwał teren swoim dokładnym wzrokiem. Każde z miejsc, które dostrzegał, okazywało się nie wygodnym. Po paru minutach, słysząc głośny jęk, wydobywający się z jej ust, postanowił bezzwłocznie lądować. Skierował swój dziób w stronę ziemi, machając raz po raz skrzydłami. Przyspieszył, czując jak kobieta powoli ześlizguje się z jego grzbietu. Nie mógł pozwolić na to, by coś się jej stało. Skupił swój wzrok na łąkę, która była jego celem. Zniżając swój lot coraz niżej, próbował pomóc utrzymać jej równowagę. Wiedział, że upadek z tak wysoka grozi jej pewna śmiercią. Kobieta czuła jak ktoś próbuje zawładnąć jej ciałem. Krzyknęła, kuląc się na prawą stronę. Próbując trzymać się mocno orła, zamknęła oczy. Ból rozdzierał jej klatkę piersiową, serce i piekł w płuca. Z całych sił, próbowała walczyć o życie, lecz wzięcie głębszego oddechu było niemożliwe. Wiedziała, że nie może się poddać, kiedy już prawie wypełniła swoją przepowiednie.
 - Świeć gwiazdeczko ma – jęknęła, próbując uśmierzyć ból – Rozjaśnij drogi me/Zaprowadź tam gdzie/chcesz bym udała się/Jestem tu, spójrz tu/Czy widzisz kruchą mnie?/Czekam na Ciebie. Prowadź tam gdzie chcesz/Do jaśnistych twych/W niebiosach bram [i]– załkała, nie mogąc znieść bólu.
Czując jak traci swe siły, puściła się grzbietu swego towarzysza, upadając na ziemię. Legła na plecach, prężąc się jak struna. Walczyła z ciemnością, która chciała opanować jej duszę i ciało. Widziała przed oczyma pędzącą ciemność na swych czarnych koniach, które rżały. Ziemia trzęsła się pod ich ciężkimi kopytami, tak że kamienie podskakiwały nad ziemi, jak skaczące na łóżku dzieci. Patrzyła na nich z przerażaniem. Nie wyobrażała sobie takiego końca. Bez namysłu postanowiła im uciec, czołgając się po trawiastym podłożu. Obdzierała sobie łokcie i koszulę chcąc znaleźć się w bezpiecznym miejscu. Płakała, próbując zapomnieć o bólu. Czuła oddech ciemności na swoim karku. Podjęła decyzję. Wyjęła z bólem miecz ze swej pochwy, ustawiając się w swojej pozycji. Rozwarła szeroko oczy, powiększając źrenice. Byli tuż przy niej. Przygryzała trzęsąco się dolną wargę, próbując wyzbyć się strachu jaki odczuwała. Nie powinna się bać, jednakże świadomość tego co miało się za chwile stać, przerażała. Patrzyła na pędzące koniec, które ją otoczyły.
 - To nie możliwe, one nie żyję. Zabito je – mówiła sama do siebie.
Analizowała wzrokiem postacie w czarnych obszarpanych szatach. Podczas wojny o pierścień zastanawiała się jak wyglądają ich twarze, jednak nigdy ich nie dostrzegła. Zdawała sobie sprawę, że byli oni niegdyś władcami ludzi, pragnącymi władzy, którzy zostali zniewoleni przez Saurona, który dzięki ich dziewięciu pierścieniom władzy, przemienił je w bezwzględne oraz pozbawione własnej woli stworzenia. Starła się stronić od nich, co przychodziło jej z niemałą łatwością. Czy pragnęła czy też nie, czekała na nią śmierć. Rzuciła się na oślep na jednego z nich, raniąc swym ostrzem jego konia. Zwierzę zawyło z przerażenia i bólu, spowodowanego pulsującą raną. Stanęło dęba, chcąc jak najszybciej uciec. Nazgûl dopadłszy swego miecza, skrzyżował klingi z księżniczką. Odepchnął ją z siła, tak, że opadła na plecy. Patrzyła z przerażeniem jak jeden z trzech Czarnych Jeźdźców, trzyma ostrze przy szyi Legolasa.
 - Nie pozwolę wam! – wrzasnęła z determinacją. – Już raz was zgładzono – wstawszy na nogi, przygotowała się do kolejnego ataku.
Wiedziała, że Czarny Jeździec śmieje się jej w twarz. Książę patrzył na nią przerażonym wzrokiem, nie wiedząc co zrobić. Jej oddech przyspieszył, kiedy klinga miecza znalazła się tuż przy jego gardle. Rzuciła się pędem do ataku. Było już za późno. Nazgûl przeszył jego krtań. Zachłysnęła się powietrzem, widząc szkarłatną ciesz spływając po jego skórze i ubraniu. Upadła na ziemie, wstrzymując oddech. Zabił go. Zabił. Legolas został zabity. Z jej piersi wydostał się krzyk rozpaczy, a z oczu toczyły się łzy.

Wiedziała, że Czarny Jeździec śmieje się jej w twarz. Książę patrzył na nią przerażonym wzrokiem, nie wiedząc co zrobić. Jej oddech przyspieszył, kiedy klinga miecza znalazła się tuż przy jego gardle. Rzuciła się pędem do ataku. Było już za późno. Nazgûl przeszył jego krtań. Zachłysnęła się powietrzem, widząc szkarłatną ciesz spływając po jego skórze i ubraniu. Upadła na ziemie, wstrzymując oddech. Zabił go. Zabił. Legolas został zabity. Z jej piersi wydostał się krzyk rozpaczy, a z oczu toczyły się łzy.
Patrzyli na nią z przerażeniem w oczach, kiedy rzucała się na ziemi i uciekała, czołgając się. Kobieta toczyła walkę z powietrzem, miotając się na wszystkie strony. Bojące się o życie orły, wzniosły się ku niebu, krążąc nad nimi i obserwując całe zajście. Zaniepokoiły się jej zachowaniem, co wywołało u nich wątpliwości, czy dobrze robią pomagając dostać się im do Fornost. Widząc jak upada na kolana, książę pobiegł do niej, zakleszczając w mocnym uścisku, uniemożliwiającym jej ruch rękoma.
 - Zbiliście go! – wrzasnęła poprzez łzy. – Zabiliście! Legolasie– jęknęła.
 - Legolasie, trzymaj ją – Gandalf chwycił jej dłoń, podwijając rękaw białej koszuli.
 - Alwino, jestem tutaj – szepnął do jej ucha. – Jestem.
Kobieta próbowała wyrwać się z żelaznego uścisku, lecz jej starania na nic się zdały.. Czarny Jeździec okazał się nazbyt krzepki. Drugi z nich począł podwijać jej biały rękaw koszuli. Z każdym jego ruchem, bała się coraz bardziej. Z cały sił starała się, nie patrzeć na martwe ciało przyjaciela. Zamknęła oczy, czekając na nadchodzącą śmierć. Miała nadzieję, że taki obrót sprawy nie zaważy na losach Krwawej Bitwy. Czyż nie miała polec z rękę swego wroga? Zacisnęła usta w wąską linie.
 - Tak myślałem. Została naznaczona znakiem węża – zmarszczył brwi Gandalf. – Muszę się go jak najszybciej pozbyć. Jeżeli zostanie zabita w swoim umyśle, polegnie i tu.
Wziąwszy swój kostur dotknął nim naznaczenia w postaci węża. Zamknął oczy, wypowiadając słowa znane tylko jemu. Blondynka krzyczała z bólu, próbując się wyrwać. Nabierała łapczywie powietrze, chcąc załagodzić ból, lecz na nic się to zdało. Błagała o śmierć, nie potrafiła znieść tysiąca ostrzy przeszywających jej serce. Nie mając siły, poddała się mrokowi. Jej głowa bezwładnie opdała do przodu. Uśmiechnęła się, czując ciepło. Uchyliła powieki, nie wiedząc co się dzieje. Widziała jak ciemność odstępuje, a otula ją wszędobylska jasność. Zamknęła oczy, czując jak miękną jej kolana. Upadłaby, gdyby nie silne ramiona otulające jaj talię.
 - Żyjesz – szepnęła, tuląc się niego. – Widziałam jak Nazgûl przeszył twoją krtań – dotknęła opuszkami jego policzek, by utwierdzić się w przekonaniu, że to naprawdę on.
Uśmiechnęła się do przyjaciółki z wdzięcznością, gdy ta dała jej pić. Zamknęła oczy, wyczerpana. Pragnęła zasnąć, była taka słaba. Czuła się bezpiecznie w otoczeniu przyjaciół i jego objęciach. Wypuściła ze świstem powietrze, zasypiając. Zaniepokojona Uriel spojrzała na Gandalfa, jednak ten uśmiechnął się tylko, dając jej do zrozumienia, że właśnie tego teraz potrzebuje najbardziej.

Wraz z minięciem dwóch godzin, byli gotowi do dalszej podróży. Wznieśli się wysoko, ponad ziemię, otoczeni pierwszą warstwą chmur. Lecąc nad Południowymi Wzgórzami podziwiali piękne jezioro o kolistej budowie z przejrzystą wodą i otoczone zielonymi trawami i skałami. Lecąc nad nim ujrzeli w tafli wody odbicie nieba, które wyglądało jak przejście do nieznanej krainy, jakby pod wodą czekało kolejne nieodkryte jeszcze przez nikogo królestwo. Tuż za wzgórzami dostrzegli w oddali miasto, które z każdą chwilą stawało się coraz większe, aż w końcu mogli podziewać je w całej okazałości. Bree było piękne, ale opustoszało przez zbliżającą się wojnę. Lecąc nad nim mogli dostrzec żegnające się żony, siostry i dzieci z ich mężami, ojcami oraz braćmi. Pośród nich panowało wielkie poruszenie. Nie jedni płakali nad swym losem, nie wiedząc, czy zdołają kiedyś zobaczyć swoją rodzinę. Widowisko było bardzo przygnębiające, tylko człowiek z sercem zatwardziałym, przeszedłby obojętnie obok tylu łez i pożegnań. Kiedy wreszcie minęli miasto, mogli dostrzec pochód składający się ze zbrojnych mężczyzn. Niejeden z nich nie trzymał nigdy broni, a w krótce miał walczył o życie swoich bliskich. Teraz jednak, musieli zmierzyć się z tą trudną do przyjęcia prawdą. Patrzyli na ziemię, która już niedługo miała zostać zalana przez szkarłatną oraz czarną posoką. Ziemię, która stanie się udziałem Krwawej Bitwy, wysysającej życie z żywych ciał. Wojny od zawsze pochłaniały wszystko, nie patrząc na skutki i emocje. Zagarniała wszystko, czego zapragnęła, nie oddając niczego w zamian. Zostawiała po sobie czarny ślad, przypominając, że wróci i być może z dwojoną lub czterokrotna siłą. Śródziemie stawało się po woli ziemią ludzi, co oznaczało, że czeka je jeszcze nie jedna bitwa i wojna.
Na horyzoncie zamajaczyła pierwsze wierze i dwa ogromne posągi umieszczone po obu stronach bramy wjazdowej, przedstawiające konie ze swymi jeźdźcami, którzy dzierżyli w dłoniach broń. Z oddali zdało się to wyglądać znikomo majestatycznie. Jednak ten, kto zdołali podziwiać twierdzę w całej swej okazałości (co miało im przypaść w krótkim czasie), widzieli pałającą od niej potęgę oraz majestat. Jej mury stawały się dla drużyny coraz wyraźniejsze. Dostrzegli wyskokową wierzę, znajdującą się w jej centrum. Tuż przed samą bramą, orły postanowiły władować na ziemi. Przyjaciele zszedłszy z nich, zgodnie ukłonili się im, dziękując za pomoc. Majestatyczne stworzenia nie zostały im dłużne – pochwaliwszy głowy, odleciały pospiesznie.
Przeszli przez mur grubości czterech metrów. Ku ich zdziwieniu żelazna krata była podniesiona, a drewniane wrota otwarte na oścież, jakby czekały na kolejnych przybywających. Przechodząc przez nie, znaleźli się głównym placu, gdzie trwały gorączkowe przygotowania do zbrojnego starcia. Kowale w pośpiechu kuli podkowy dla koni, które miały stać się udziałem walki o pokój i wolność, choć los niechybnie przeznaczyła dla większości z nich, śmierć. Mężczyźni poganiali swych pomocników, bojąc się, że nie zdąż na czas. Stajenni, trzymając zniecierpliwione wierzchowce, pomagali je podkuwać. Mężczyźni zdolni do walki, ćwiczyli pchnięcia, a łucznicy zwinność strzelania w sam środek tarczy. Inni natomiast przemierzali zbroję, by znaleźć odpowiednią i wygodną.
 - Witam, przyjaciele – podszedł do nich uśmiechnięty Eldarion. – Oczekujemy was w sali, gdzie odbywają się obrady – wskazał, by ruszyli za nim. – Wybaczcie ten pośpiech, jednakże jest on jak najbardziej wskazany.
Prowadzeni przez syna Aragorna, podziwiali potęgę twierdzy. Patrzyli na główny budynek z wysoką wierzą. To właśnie w nim podejmowano najważniejsze decyzję dotyczące samej twierdzy jak i w tamtym czasie, Krwawej Bitwy. Jego korytarze były puste. Nie zawieszono na jego ścianach żadnych obrazów przedstawiających twierdzę. Ich szarość przełamywało światło, wpadające przez średniej wielkości okna, które znajdowały się od siebie w odległości pięciu metrów. W końcu po długiej wędrówce stanęli przed drewnianymi drzewami z półokrągłą górą. Po obu stronach stały dwie złote zbroje, jakby pilnujące wejścia. Młody następca tronu, otworzył je wprowadzając swych gości do dużej przestronnej sali, której ścinany były pokryte mapami oraz obrazami. Wzrok mężczyzn spoczywający na mapie, uniósł się na nowoprzybyłych.
 - Chciałbym wam przedstawić Gandalfa Białego, Uriel i Shapiro, Legolasa – Ksiecia Leśnego Królestwa, Luthiasa, Gimli’iego oraz Alwinę, Smoczą Księżniczkę – wskazywał na nich kolejno. – Przenoszą nam strategię, o którą poprosiliśmy Mentisa. – Mężczyźni skinęli głowami.
 - Proszę ją przedstawić – podjął jeden z nich.
 - Postanowiliśmy wspólnie – podjął Luthias – że każda strona warownego muru przypadnie każdemu królestwu. Północy mur zajmie Mroczna Puszcza, wschodni Rivendell, zachodni Gondor natomiast południowy Tharbad. Każdy z wytypowanych jest w posiadaniu rogu. Ich dźwięki różnią się od siebie, więc w ten sposób, będziemy wiedzieć z wyprzedzeniem, z której strony nadejdzie atak wroga.
 - Ponadto – wtrącił Gandalf – część swych wojsk rozdysponujemy na Północne i Południowe Wzgórza – przesunął dwa pionki na mapie w ich kierunku. – Zyskamy mniejszą siłę natarcia na twierdzę.
 - Pozostała część wojsk, podzielimy na dwa odziały. Jeden będzie znajdował się w, natomiast drugi po za murami Fornost – przypomniał Legolas.
 - Wasza strategia wydaje się być logiczna – zauważył rosły mężczyzną o posiwiałych włosach. – Jednakże obawiam się, że liczba naszych wojsk, nie jest wystarczająca.

Patrzył na dwójkę bawiących się dzieci, siedząc na misternie zdobionej, kamiennej ławce. Odkąd Nivis wyruszyła z Rivendell, jej latorośle znacznie urosły. Córka elfki często pytała o matkę, jednakże Elrond nie miał serca mówić im okrutnej prawdy. Postanowił, że uczyni to Uriel, jako ich prawowita opiekunka. Mała odziedziczyła urodę po matce, będąc do niej bardzo podobna. Nie potrafiła patrzeć, jak jej bart rozdeptuje robaki i znęca się nad nimi. Starała się każde z nich ratować. Nie zawsze przyszło jej zostać wybawicielką. Każde zwłoki owada, grzebała w ogródku, pośród kwiatów. Uśmiechnął się, widząc jak poprawia swoją błękitną sukienkę, by móc wziąć lalkę na rączki. Kątem oka zauważył, jednak jej buntowniczego brata, który dzierżąc drewniany mieczyk w dłoni, miał zamiar zabić zabawkę. Rzeczywiście tak się stało. Alyaseldo wbił końcówkę miecz w sam środek lalki, śmiejąc się tym samym do siostry. Ellir zapłakana odepchnęła brata, tuląc ją do siebie. Podniosła załzawione oczka, pokazując wyrządzoną jej krzywdę.
 - Mamusiu – pisnęła – on zabił Isil – przetarla dłonią oczka.
 - Ellir, nie ma tu mamy – zaniepokojony Elrond kucnął przy dziecku, obejmując je ramieniem.
 - Plzeciez tam stoi – wskazała paluszkiem w pustkę.
 - Pseplaszam, muse na kimś ćwicyć – burknął niezadowolony chłopiec, spuszczając głowę.
Elf patrzył na nie, niezrozumiałym wzrokiem. Bał się, że jeden ze służących mógł dosypać im czegoś, chociażby do ulubionego soku z jabłek. Rozejrzał się po ogrodzie w poszukiwaniu obserwatora, jednakże nikogo poza nimi nie dostrzegł. Wziął dziewczynkę na ręce, podając lalkę.
 - Alyaseldo, przyjdź do mnie – wyciągnął w jego stronę dłoń, którą chłopiec chwycił. – Wracamy do środka – zmarszczył brwi.
 - Kocham cie, mamusiu – dziewczynka pomachała, zza pleców swego wuja. – Ciebie tez tatusiu – ułożyła główkę na ramieniu elfa, ziewając.

               Patrzyła na północne wzgórza, ciesząc się ciszą. Nocą ich majestat wydawał się jeszcze większy, kiedy gwiazdy górowały na nieboskłonie wraz z księżycem, który odbijał światło, oświetlając nieznacznie ziemię. Moment śmierci wydawał się znacznie odleglejszy, podziwiając piękno i tajemniczość Matki Natury. Starała się, nigdy sobie go nie wyobrażać, by jej strach nie rósł. Nie mogła się wycofać, bądź stchórzyć i przyczynić się tym razem do śmierci niewinnych osób. Jej wyobraźnia jednak dała górę. Przełknęła ślinę, wyobrażając sobie, jak ostrze przyszywa jej ciało na wylot. Obraz krwi, plamiący jej i tak brudna koszulę i palący wzrok wroga, spowodował bolesny dreszcz przeszywający jej ciało. Westchnęła cicho, podpierając się z tyłu rękami. Żałowała, że nie podzieliła się swoimi uczuciami z blondwłosym elfem, który nadal czekał na jej dopowiedź.
 - Pięknie, prawda? – zapytał, dosiadający się Legolas.
 - Tak. Żałuję, że niszczycielska wojna, zniszczy to, co powstawało przez wiele lat.
Trwali w milczeniu, wpatrując się przed siebie. Oboje zlęknieni wykonać pierwszy ruch, który mógł wszystko zapoczątkować. Wydawałoby się, jakby gwiazdy chcąc dodać im odwagi, poczęły jaśniej skrzyć. Wierząc, że dodadzą im w ten sposób odwagi. Położył dłoń na jej, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Kobieta spojrzała niepewnie na ich splecione palce. Przysnęła się bliżej, kładąc głowę na jego ramieniu. Książę, jakby czytając w jej myślach, objął ją.
 - Będę tęsknił – wyznał.
Podniosła głowę, patrząc mu w oczy. Próbowała wyczytać z nich jakiekolwiek uczucia. Dostrzegła w nich strach, determinacje i… miłość. Uśmiechnęła się, kiedy nachylił się w jej stronę tak, że ocierali się nosami. Była świadoma, dokąd dąży jego zachowanie. Chciała tego. Przymknęła oczy, czując jego ciepłe wargi na swoich. Położyła rękę na jego policzku, czując przyjemne mrowienie.
 - Amin mela lle, Alwino (Kocham cię, Alwino) – szepnął, opierając swoje czoło o jej.
 - Lle vesta? (Przysiegasz?)
Uśmiechnął się, całując ją ponownie. Pragnął odłożyć chwilę jej śmierci choć na chwilę w zapomnienie. Widział, jak cierpiał jego ojciec po tracie matki i choć nie był na to gotowy, nie potrafił nie wyznać jej uczuć, kiedy miała odejść na zawsze.
 - Amin mela lle, Legolas.


[i]Chronione prawami autorskimi

Cześć i czołem!
Tak, wiem, wiem... Zawaliłam sprawę z dwoma ostatnimi scenami. No cóż, jak już zacznę poprawiać tę historię, postaram się bardziej. Mam taką nadzieję.
Postanowiłam, że zrobię, jednak tylko jeszcze jeden rozdział (33) i epilog.
Pozdrawiam!
Do zobaczenia!

czwartek, 10 sierpnia 2017

Rozdział 31 – Nadciąga ciemność

Podniósł się zdenerwowany ze swego tronu. Od jego oblicza pała wściekłość. Przechadzał się po komnacie, karcąc w myślach wszystkich swych poddanych. Nieudacznicy! Plugastwa! Nie potrafią niczego dobrze wykonać! Czego się spodziewałem, po tych starcach! Żaden z nich nie zasługuje na miano mędrca! Kazałbym przygotować dla nich szubienice, jednakże mogą być te stare próchna do czegoś przydatne. Znają się na mapach i starych strategiach, o których nikt już nie pamięta. Tak… To potrafią! Jednakże, kiedy byliśmy w posiadaniu Palantíra, niczego nie wiedzieli! Każe ich wszystkich powiesić, kiedy już zasiądę na tronie Śródziemia. Toron również jest do niczego! Miał ją złapać! Żałuje, że nie wykonałem tego zadania sam. Leżałaby teraz w lochach i gniła. Już wkrótce mrok, rozleje się po wszystkich zakątkach zmieni. Nadciąga ciemność. Rozwścieczony, cisnął złotym świecznikiem w ścianę. Złożywszy ręce z tyłu, począł na nowo krążyć. Przystanął przed herbem znienawidzonego rodu, patrząc na niego z pogardą. Miał za złe swojemu pradziadowi to, że w tak szybkim tempie wyssał ze Smoczego Królestwa życie. To przysporzyło jego ojcu, wielu utrapień związanych ze znalezieniem blondwłosego plugastwa. Chciał pojąć ją za żonę, ale nikt nie wiedział, gdzie się ona znajduje. Podszedł do stołu, odkładając na nim koronę. Upił łyk wina, przyglądając się swojemu pierścieniowi. Napawał się dumą, gdy wpatrywał się w wizerunek węża. Pamiętał jak udusił on, a potem pożarł jednego z latających ścierw. Odkroił kawałek kromki chleba, grubo posmarowanej miodem. Odwracając się z powrotem w stronę herbu, rzucił w niego ostrzem. Brzeszczot wbił się w pierś smoka. Zaśmiał się gromko, mając w pamięci tchnienie ostatniego smoka. Pałał dumą ze swego czynu. Wrzask potwora, poprawił mu tamtego dnia humor. Mężczyzna był pewny swej wygranej. Posiadał w zanadrzu broń, której nikt - jak sądził, nie mógł pokonać. Pragnął widzieć śmierć wroga, ponoszoną za sprawą jego armii, o której nikt po za nim i kilku zaufanych podwładnych, nie wiedział. Uśmiechnął się w duchu ze swego podstępu.
Drzwi niespodziewanie stanęły otworem, a zza nich wyłoniła się postać, jednego z głównych dowódców. Mężczyzna ukłonił się, pozostając w tej pozycji.
 - Królu – zaczął niepewnie – rozkaz został wykonany.
 - Zatem, czas rozpocząć egzekucje tych wieśniaków – zaśmiał się skrzekliwie.
Na niebie zebrały się czarne chmury, zwiastujące rychłą burzę. Panująca szarość i mrok, zagęszczały panującą atmosferę. Wiatr, który się zerwał, przeganiał słomę oraz kołysał wiszące sznury. Ich grubość wprawiała w lęk. Kruki, obserwując tłoczący się na dziedzińcu lud, krążyły nad nimi. Czekały w milczeniu na swoją część obiadu. Otwarte z hukiem, z prawej strony drzwi, omal nie wyleciały z zawiasów. Na placu wywołało to szmer i ogólne poruszenie. Szli zakuci w łańcuchy, podnosząc dumnie głowy. Nie żałowali ani jednej ze swoich decyzji. Każdy z nich postąpiłby ponownie tak samo, gdyby zdarzyła się ku temu sposobność. Wierzyli w wolność i sprawiedliwe panowanie. Wiedzieli jednak, że niewielu z ich ludu, zdoła się zdobyć na taki heroizm, jakim oni zasłynęli. Wręcz przeciwnie. Niektórzy z nich, uparcie powtarzali o hojnej dobroci Elion’a, zaćmieni przez szerzącą się przez niego propagandę. Wkroczyli dumnie na podest, będący ich ostatnim wspomnieniem. Uśmiechali się do wpatrującego się w nich tłumu. Pragnęli zostać wzorem dla przyszłych młodych pokoleń.
Rozradowany Elion, stanął przy balustradzie tarasu. Widział przerażenie w oczach motłochu, który musiał znosić. Stanowili oni dla niego społeczność, służącą do wyzyskiwania.
 - Niech to będzie przestrogą dla wszystkich – wskazał na więźniów, którym zakładano stryczki – którzy ośmielą przeciwstawić się mnie, waszemu panu i królowi. Dbam o was, poświęcam całe dnie, by rozwijać nasze królestwo! Oni! – krzyknął, wskazując na jednego z nich. – Ośmielili się przeciwstawić! Działali przeciw naszej społeczności! Spiskowali i zakłócali spokój waszego życia! Stając tym samym w szeregach wroga – dodał ciszej z powagą. – Moje dobre serce, ułaskawiłoby ich lecz… wiem, że tylko będzie w stanie ich powstrzymać przed szerzeniem oszczerstw – spuścił wzrok, słysząc przychylne głosy ludu. – Powiesić! – krzyknął ostro.
Przestraszone ptaki, popadły w panikę, wpadając na siebie.
 - Chwała Smoczej Księżniczce! Chwała jej królestwu! – krzyknęli skazańcy jednym tchem.
Klapa opadła, a ich ciała zawisły na grubych sznurach. Ostatkami sił, próbowali wciągnąć powietrze do płuc. Marzyli o takiej śmierci, więc witali ją z szeroko otwartymi ramionami. Wierzyli, że to śmierć honorowa. Wkrótce martwe ciała wisiały bez życia, trzymane przez sznur. W tłumie dało się słyszeć szloch matek, żon i dzieci. Płakali nad okrutnym losem, który spadł na rodzinę. Wielu z nich było jedynymi mężami w domach. Od tamtej pory, kobiety musiały poradzić sobie same. Wiedziały, że nie mogą liczyć na pomoc Eliona, który w rzeczywistości nie zważał na potrzeby ludu. Niejednokrotnie samotne matki, wdowy opuszczały wraz z dziećmi rodzinny dom, podążając ku nowemu życiu. To samo, a więc czekało i je. Plac powoli pustoszał, a w tedy pozostały tylko one i ciała ich mężów, braci i ojców.

               Półmrok otulił las. Przez gęste korony drzew przedzierały się nikłe, odbijane przez księżyc promienie. Zapadła cisza, przerywana przez pojedyncze odgłosy. Wiatr kołysał liściaste gałęzie. Szum lasu dało się słychać już przed nim. Mimo iż zapadła noc, puszcza nie przestawał tętnić życiem. Zwierzęta uśpione w dzień, budziły się do życia. Młoda lisica wyszła z nory, zwabiona szelestem opadłych liści. Trochę przygarbiona, nastawiła uszu i wytężyła wzrok. Zauważyła. Nieopodal grasował szczur. Zbyt zajęta poszukiwaniem jedzenia, nie zważała na niebezpieczeństwa. Lisica skradając się, przystanęła na tyle blisko, by móc w każdej chwili skoczyć. Wyczekiwała cierpliwie momentu, który byłby odpowiedni do ataku. Przygotowała swe ciało do sprężystego skoku, nie spuszczając wzroku ze zdobyczy. Czekała, aż podejdzie bliżej. Ku nieszczęściu gryzonia, przysunął się w stronę drapieżnika. Lisica skoczyła ku niemu, by po chwili, trzymać go w pysku. Całe zdarzenie obserwował stary puchacz, którego ubiegł drapieżca. Niezadowolony, wrócił do wypatrywania swojej kolejnej ofiary. Ptak począł cicho pohukiwać. Wiedział, że prędko, nie wypatrzy swojej ofiary. Mrugnął swoimi oczyma, rozglądając się na boki. W oddali dostrzegł borsuka, który również poszukiwał pożywienia. Jego głównym celem były ślimaki i dżdżownice. Zwierzę węszyło z nosem przystawionym do ziemi. Lecz, jakby nagle spłoszone, poczęło uciekać w kierunku, z którego przyszedł.
Nie uszło to uwadze wartowników, patrolujących teren. Siła straży patrolujących, została potrojona ze względu na zwiększone niebezpieczeństwo. Cisza panująca wokół nich, pozwoliła im bardziej wyostrzyć słuch. Ruszyli w stronę dobiegającego hałasu. Poruszali się bezszelestnie, nie chcąc zdradzić swej obecności. Wiedzieli, że od ich starań, zależy życie mieszkańców królestwa. Przechodzili pomiędzy drzewami, wypatrując epicentrum hałasu. Zauważywszy borsuka, odetchnęli z ulgą. Uśmiechnęli się do siebie pocieszająco. Żaden z nich nie chciał tracić życia. Mieli swoje rodziny. Wiedzieli, że dzieci czekają, aż wrócą nad ranem do domu, by błagać ich o zabawę. A oni? Po długich namowach, znów ulegną urokowi mały istot.
Dwie strzały z czarno-białymi lotkami, wbiły się w jeszcze żywe ciała. Ich źrenice rozszerzyły się. Zdezorientowani, wstrzymali oddech. Runęli na ziemię, trzęsąc się w ostatnich konwulsjach, będą w objęciach śmierci. Uśmiechając się do białych trupów, ruszyli w stronę bramy. Upewniwszy się, że nikogo przy niej nie ma, przeszli przez nią radując swe skamieniałe serca. Dobrze znali każdy zakamarek pałacu. Długo przygotowywali się do powierzonego mi zadania. Wiedzieli, że misja zakończona niepowodzeniem, równa się z ich śmiercią. Natomiast, taka śmierć równała się z hańbą, która nie tylko okryłaby ich, ale i cały dom. Mimo, iż rodziny często namawiały swych bliskich do ucieczki, oni pragnęli pozostać wierni swemu królowi. W końcu stanęli po obu stronach drzwi sypialnianych. Porozumiewawczo skinęli do siebie głowami, pchając delikatnie drzwi z obawy przed skrzypnięciem. Wkroczyli do komnaty, zastając puste łoże.
Otulał ją ramieniem, chcąc by zasnęła. Mała elfka, obudziła go krzykiem w środku nocy. Śnił się jej koszmar. Niepokoił go jej stań, gdyż takie pobudki w nocy, stawały się coraz częstsze. Niejednokrotnie pytał córkę, czy boi się czegoś. Ona nie potrafiła, jednak odpowiedzieć na to pytanie. Było jej przykro, że budził się w nocy przez jej koszmary. Wiedziała jednakże, że jego obecność odgoni te sny. Uśmiechnął się, czując jak jej mała rączka, obejmuje go mocniej. Ucałowawszy jej głowę, przymknął oczy. Nie potrafił zasnąć. Wytężył słuch, chcąc się upewnić, czy jego obawy maja rzeczywiste potwierdzenie. Wstrzymał powietrze w płucach, słysząc kroki na korytarzu. Zbudził Lirę, pokazując by zachowała spokój. Wyciągnąwszy dwa długie sztylety spod jej łoża, pokazał jej gestem ręki, by się tam schowała. Sam przywarł plecami do ściany, stając blisko drzwi. Serce biło mu w niewyobrażalnym tępię, mając przed oczami obraz martwej dziewczynki. Jeżeli jego obawy miały się spełnić, oznaczało to śmierć jego straży. Przymknął oczy, słysząc kroki tuż pod drzwiami. Widząc, jak się one otwierają, przygotował się do ataku.
Do pomieszczenia wkroczyło dwóch rosłych mężczyzn. Ciała tych zabójców, pokrywała jasna, cienka zbrojna. Na ich piersiach gościł wizerunek czarnego węża z białym okiem i wystającym językiem. Połowę głowy mieli ogoloną, a na drugiej włosy sięgały do ich uszu. Przyjrzawszy się im jeszcze raz dokładnie, napadł na nich. Głowa jednego z nich, zsunęła się z ciała, wpadając pod łóżko. Lira, podskoczyła przestraszona widokiem bezwładnej głowicy.

               Siedzieli przy okrągłym stole w milczeniu, pochyleni nad ogromną mapą Fornost i okolic. Mentis otrzymał list, w którym poproszono go, by wraz ze swymi gośćmi rozważył strategię, którą mieli wszystkim przedstawią. Pismo okazało się niemałym zdziwieniem, jednakże postanowili spełnić prośbę Eldariona. Pogrążeni w myślach, wpatrywali się w pionki ustawione na blacie. Próbowali przewidzieć ruch czarnych pionków, jednakże możliwości było zbyt wiele, a każda z nich wydawała się bardzo prawdopodobna. Zdawali sobie sprawę, że Elion mógł mieć ukryte wojska na wschodzie. Mężczyzna był nie obliczalny, toteż musieli przewidzieć każdy możliwy jego ruch.
 - Elion – zaczął, odchrząkując Luthias – zapewne swój pierwszy atak rozpocznie przechodząc pomiędzy Północnymi i Wichrowymi wzgórzami. Dotarłby w ten sposób, bez przeszkód pod bramę – poprawił się w fotelu.
 - Masz racje, jednakże nie jest on głupcem. Nie zaatakuje tylko z jednej strony. To bardzo ryzykowne – zauważył Shapiro. – Nie wiemy również, jak dużą armią dysponuje nasz przeciwnik.
 - To jest nasz największy problem – westchnął Mentis. – Musimy zebrać jak największą armię. Połowa liczby dorosłych mieszkańców, składa się ze zbrojnych mężczyzn. Obawiam się jednak, że mimo to armia złożona z wszystkich królestw będzie za mała – stwierdził smętnie.
 - Trzeba pamiętać, że możemy liczyć na pomoc drzewca – uśmiechnęła się Alwina. – Przyrzekł to – oparła się o fotel.
 - Będzie nam trzeba ustawić łuczników na murach – stwierdził Gimli. - W ten sposób, będziemy przygotowani na nadejście ataku z każdej strony. Będą nam jednak potrzebne cztery sygnały, dzięki którym będziemy mogli rozpoznać, z której strony nadchodzi atak.
 - Świetny pomysł, przyjacielu – poklepał go po plecach Legolas. – Musimy jednak spisać wszystkich, którzy chcą walczyć przeciw Elionowi, wtedy będziemy mogli rozważyć twój pomysł – zauważył. – Mroczna Puszcza stanie po stronie dobra.
 - Rivendell oraz Isengard również – odparła Uriel.
 - Jeżeli dywersja Firina, zakończy się sukcesem, otrzymamy wsparcie ze strony Edoras – przypomniał Shapiro, krzywiąc się na wspomnienia związane z tym miastem.
 - Razem z Fornost i Tharbadem, będzie nas łącznie siedmiu – mruknął Mentis. – Proponuje by na północnych murach umieścić łuczników z twego królestwa Legolasie, a na południowych zaś z mego miasta – zaproponował, marszcząc brwi. – Na zachodnich mógłby stanąć Gondor, a na wschodnich… Rivendell – zerknął na Shapiro. – Uważam, że to byłoby najlepsze rozwiązanie.
 - Zgadzam się z tobą – przytaknęła Alwina. – Część naszych wojsk, moglibyśmy umieścić na skraju wzgórz – przesunęła pionki – by osłabić ich atak na twierdzę.
 - Armia, która zostanie we Fornost, mogłaby podzielić się na dwie części. Jedna z nich zostałaby w murach, a druga wyszła przed twierdzę – dołączył do niej Gimli.
 - Nie ważne, z której strony Elion zaatakuje, będziemy przygotowani – uśmiechnął się zadowolony Mentis. – Jestem zmuszony ogłosić obowiązkowy pobór do wojska. Wspólnie z Radą Miasta, ustaliliśmy, że warunkiem będzie ukończenie wieku jedenastu lat – spuścił wzrok.
 - Nie godzę się na to – zaprzeczyła Alwina. – To są jeszcze dzieci! Nie wiedzą nic o wojnie! – wstała gorączkowo. – Nie potrafią dobrze posługiwać się bronią! Czeka ich niechybna śmierć. Mentisie, proszę rozważcie to jeszcze raz – podeszła do okna.
 - Z całym szacunkiem, ale nie mamy wyboru, pani – począł się tłumaczyć.
 - Nie po to mam zginąć, by i one ginęły – warknęła. – Ponownie proszę, rozważcie tę decyzję… zanim będzie za późno. Wojna to nie miejsce dla dzieci. Ona nie ulega nikomu, nie patrzy na wiek – spojrzała na niego – Nie pomogą nam, jeżeli przy fali pierwszego ataku, one zginą. Wręcz przeciwnie. To one w niedalekiej przyszłości, będą sprawowały władzę. Od nich zależy to co nastanie.
 - Przyrzekam ci, że dołożę wszelkich starań, by zmieć decyzje rady – odrzekł po chwili.
W komnacie zapadła cisza, przerywana przez pojedyncze chrząknięcia. Wpatrywali się w stół, mając w pamięci ogrom strat spowodowany walką z Sauronem. Utrata materialna wydawała się nikłym ubytkiem, w porównaniu do śmierci ojców, dziadów i braci. Rodziny długo nie mogły otrząsnąć się po stracie bliskich osób. Matki musiały nauczyć się, jak samotnie wychowywać swe dzieci. Wraz z wygraną, rodziny poczęły się wspólnie wspierać, budując swe życie na nowo.
Drzwi otworzyły się z hukiem, przerywając głuchą ciszę. Spojrzenia zebranych powędrowały w stronę nowo przybyłego.
****
Cześć i czołem!
Koniec tej historii jest bliski końca. Tak właściwie, zostały jeszcze cztery rozdziały i epilog. Przede mną zdecydowanie najtrudniejsza część, ponieważ muszę opisać bitwę, co nie należy do łatwych zadań, jednak mam nadzieję, że podołam temu zadaniu i nie zepsuje końca tej historii.
Przepraszam za te przecinki. Staram się, jak mogę. Naprawdę. Czytam, czytam i jeszcze raz czytam zasady interpunkcji, ale mi to nie wychodzi.
Pozdrawiam!
Do zobaczenia!

piątek, 4 sierpnia 2017

Rozdział 30 – Światło ze wschodu

Echo kroków niosło się po korytarzu, odbijając się od przeszkód. Spóźniony mężczyzna przemierzał korytarz wykonany z jasnego marmuru. Jego ściany zdobiły obrazy smoków, rodziny królewskiej jak również scen z codziennego życia. Z zaciekawieniem przyglądał się kolejnym obrazom, przeciągając swoje spóźnienie. Spoglądał na sianokosy i kucharza, ugniatającego ciasto. Wszystko wyglądało nienagannie. Wydawał się oczarowany domem swego gospodarza. Stanął nagle widząc… siebie. Siedział jako mody chłopak pod drzewem. W zębach trzymał źdźbło trawy. Zdezorientowany nie mógł się poruszyć. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek malarz wykonał obraz z nim w roli głównej. Na jego twarzy widniał szeroki uśmiech, a oczy błyszczały jakby od śmiechu. Ocknąwszy się, ruszył z powrotem w kierunku sali jadalnianej. Zerknąwszy ostatni raz w kierunku srebrnej ramy obrazu, wpadł na coś. Zdezorientowany spojrzał przed siebie. Mężczyzna nie należał do niski osób, wręcz przeciwnie. Wzrost jego osiągnął już w bardzo młodym wieku dwa metry. Zaskoczony spojrzał w dół na rzecz, która zagrodziła mu drogę. Tą rzeczą okazał się… krasnolud. Potarł dłonią nerwowo kark, spostrzegając, że to nie mężczyzna, ale kobieta. Miała długie kręcone kasztanowe włosy. Patrzyła na niego swoimi piwnymi oczami, w których dostrzegł brązowe plamki, srogim wzrokiem. W tej chwili zorientował się, że postać ubrana po męsku, leży na ziemi.
 - Przepraszam najmocniej, pani – schylił się, chcąc pomóc jej wstać. – Powinienem być bardziej uważny – spojrzał na nią ze skruchą. – Nazywam się Luthias, Lady. Pragnę wynagrodzić ci moją nieuwagę. Czy jest coś co mógłbym dla ciebie uczynić, pani? – ukłonił się, chcąc wyrazić szacunek.
 - Bryluen – odparła bez namysłu, zapominając o zaistniałej sytuacji. – Jak najbardziej jesteś mi coś winien – rzekła bez ogródek. – Pragnęłabym pójść z tobą na spacer – zilustrowała go od góry do domu.
Luthias był rosłym mężczyzną o barczystych ramionach. Przyciągał wzrok kobiet, powodując zazdrość u innych mężczyzn. Jednak żadna z dam nigdy nie opanowała jego serca. Pragnął tylko tej jedynej, z którą mógłby spędzić resztę życia. Nie znalazł jej jednak. Teraz jednak wolałby zostać sam. Nie wiedział co przyniesie jutro. Wiedział, że w obecnej sytuacji śmierć jest bardzo prawdopodobna.
 - A teraz wybacz, ale spieszę się. Spotkajmy się po wieczerzy przy wejściu – rzekła na odchodnym.
Zdezorientowany mężczyzna, potrząsnął głową. Bryluen nie wywarła na nim dobrego wrażenia. Nie zachowywała się jak przykładna kobieta. Co więcej, swoim zachowaniem równała się z mężczyzną. Niezadowolony ruszył w oznaczonym kierunku. Czuł niesmak po swojej obietnicy, jednakże słowo pozostaje słowem. Zawsze uważał się za człowieka honoru, to też musiał pogodzić się z losem. W końcu sam zaproponował wynagrodzenie. Westchnął przeczesując swoje za długie już włosy. Gdyby nie sytuacja, w której się obecnie znajdował, dawno by już podciąłby je do należytej wysokości. Nieznaczne loki opadały mu na twarz podczas marszu. Przeszkadzało mu to, jednak musiała to zaakceptować. Wszedł do sali, przyciągając tym samym uwagę swoich przyjaciół.
 - Wybaczcie moje spóźnienie – rzekł ze skruchą, zasiadając pomiędzy Shapiro i Gimli’m.
 - Nic się stało, przyjacielu. Zaczęliśmy jednak bez ciebie – uśmiechnął się przyjaźnie Mentis.
Mężczyzna skinął głową na znak, zgody. Wrócili do przerwanej jego przybyciem rozmowy. Ku zaskoczeniu Luthiasa, krasnolud począł prawić o Bryluen i jej wdziękach. Zachwycał się nad jej pięknem i prostota bijącą od jej osoby. Przekonywał przyjaciela do tego, że słowem potrafi uwieźć mężczyznę. Luthias gryzł sobie policzki, wpychał jak najwięcej jedzenia do ust, by nie parsknąć śmiechem. Wiedział bowiem, że to mogłoby urazić krasnoluda, który po raz pierwszy zachwycał się nad kobietą. Przytakiwał mu, czując na sobie rozbawione spojrzenie Uriel. Słysząc kolejne pochlebstwa skierowane w stronę Bryluen, wpadł na pomysł.
 - Przyjacielu, muszę cię zasmucić – zaczął pewny siebie. – Bryluen zaproponowała mi spacer po wieczerzy – spojrzał na zdenerwowanego krasnoluda. – Jednak – przerwał mu nim zdążył coś powiedzieć – chciałbym, żebyś mnie zastąpił – uśmiechnął się przyjaźnie. – Oczywiście jeśli Bryluen zgodzi się na to – uprzedził jego zapał.
 - Świetny pomysł przyjacielu – poklepał go po plecach, wpychając do ust pieczonego kurczaka.
Luthias skomentował zachowanie przyjaciela, śmiechem. Cieszył się, że sprawił mu radość. Sam nie miał ochoty na spacery. Pragnął wypytać Mentisa o obraz, który nie dawał mu spokoju. Dlaczego jego portret miałby wisieć w jego pałacu, skoro nawet nie należał do jego rodu. Był tego pewny, ponieważ nie posiadał znamienia. Dobrze znał swoje dzieciństwo, które nie zawsze było łatwe. Jednakże za każdym razem, potrafił stawić czoło problemom. Westchnął nie rozumiejąc.
Po skończonej wieczerzy, gdy służka wyniosła ostatnią tacę, zamykając za sobą drzwi, pan domu podparł się łokciami o stół. Trzymając się za mostek nosa, westchnął ociężale. Nie chciał ich smucić, jednakże był zmuszony im o tym powiedzieć, zważając na więź jaka go z nimi łączyła. Wiedział, że prędzej czy później sami by się o tym dowiedzieli. Nie widział więc potrzeby, utrzymywania tego w tajemnicy. Nawet jeśli miałoby to zepsuć im wieczór. Westchnąwszy, wyprostował się.
 - Dotarły do mnie przykre wieści – zaczął, szukając odpowiednich słów – o złym stanie zdrowia, naszego przyjaciela Aragrona – przyjrzał się ich twarzom. – Ostatnimi czasy jego choroba bardzo postąpiła, zmuszając go do pozostania w łożu. Spodziewa się, że wkrótce tron obejmie jego syn, Eldarion – skończył ze smutkiem.
 - Dziękujemy, że nas o tym poinformowałeś – uśmiechnął się smutno Legolas.
 - Druga mniej przyjemną sprawą jest Bree. Wojska Elion’a, które zgromadził w Morii, zaatakują pewnie od wschodu. Podejrzewamy, że miasto popadnie w ruinę, kiedy jego wojska przez nie przejdą – westchnął, opierając się o oparcie krzesła.
 - Nie możemy na to pozwolić – rozgrzmiała zdenerwowany głos Alwiny. – Tam mieszkają rodziny! Musimy im pomóc – wciągnęła gwałtownie powietrze. – Istnieje możliwość by udali się do Tharbad’u? – zapytała, oczekując pozytywnej odpowiedzi.
 - Oczywiście – zapewnił ją. – Nie możemy jednak ich do tego zmusić – spojrzał na nią wymownie.
 - Jeżeli się nie zgodzą, czeka ich śmierć – zaprotestowała. – Wojna nie zważa na szlachetne poczynania – zgromiła go wzrokiem. – Musimy dołożyć wszelkich starań by przystali na naszą propozycje. Nie będzie to ławę, wiem – uprzedziła Shapiro. – Zdaję sobie sprawę z tego, że hobbici nie chętnie podróżują, ale to jedyne wyjście z tej sytuacji.
 - Nie możemy ich do niczego zmuszać, Mentis ma racje – zauważył Gandalf. – Postaram się jednak, by zmienili decyzję. A teraz, przeproszę was. Muszę udać się bezzwłocznie w podróż – wstawszy od stołu, podszedł do stojącego już Mentisa. – Dziękuję za wieczerze, mam nadzieje, że nasze drogi spotkają się jeszcze – uścisnąwszy go przyjaźnie, wyszedł w pośpiechu.
Luthias postanowił bezzwłocznie rozwiać sprawę z Bryluen. Szanował ją jak każdą kobietę. Nic więcej nie powinna oczekiwać. Żywił nadzieję, że kobieta wykaże większe zainteresowanie jego przyjacielem z uwagi, że pochodzą z tej samej rasy. Odstąpiwszy od stoły, począł zmierzać do swej komnaty. Musiał uwzględnić to, że Bryluen nie zgodzi na spędzenie tego wieczoru z Gimli’m. Mimo iż była piękną kobieta, nie zauroczyła go swoim zachowaniem. Była zbyt pewna siebie i opryskliwa, co nie podobało się mężczyźnie. Pragnął umówić się z kobietą delikatną, wymagającą opieki, by czuł się potrzebny. Oczywiście nie wykluczało to tego, że powinna być zaradna. Nie ścierpi kobiet, które nie potrafią zrobić niczego bez mężczyzny. Nie rozumiał mężczyzn, którym się to podobało. Wiedział jednak, że o gustach się nie dyskutuje. Uśmiechnąwszy się, stanął przed lustrem oglądając na swój strój. Miał na sobie ciemnobrązowe spodnie oraz ciemnozielony frak, pod którym znajdowała się śnieżnobiała koszula. Całość kończyły wysokie czarne buty. Zadowolony ruszył w kierunku umówionego miejsca. Przechodząc korytarzem, zatrzymał się przed drzwiami swego przyjaciela. Zapukał dwa razy czekając na odpowiedź, lecz jej nie dostał. Pewnie śpi. Wzruszywszy ramionami, ruszył w stronę wyznaczonego celu. Nim zdążył wyjść na dziedziniec, drzwi otworzyły się. Spojrzał na śmiejącą się Bryluen, idącą w towarzystwie Gimli’ego. Kobieta przeniosła na niego wzrok.
 - Wybacz Luthiasie, lecz…
 - Nie szkodzi – przerwał jej, kłaniając się. – Pozwolicie, że odstąpię od was – uśmiechnąwszy się, wyszedł do ogrodu.
Słońce chyliło się ku wieczorowi, otulając ziemię swym blaskiem. Ognista gwiazda nagrzewała powierzchnię ziemi. Drzewa kołysały się nieznacznie od delikatnego podmuchu wiatru, który sprawiał, że gorąc wydawał się mniejszy. Patkom jakby to nie przeszkadzało. Przeskakiwały z gałęzi na gałąź. Zbierały patki by uzupełnić swoje gniazdo, w którym już niedługo miały się pojawić pisklęta. Miały dzióbki pełne roboty. Mimo, że mijały się często z owadami, zapylającymi kolorowe kwiaty drzew i krzewów, nie zwracały na nie uwagi, skupiając się na swoim celu. Owady również jakby nie zainteresowane pośpiechem swoich sąsiadów, siadały na kolorowych kwitkach, które tworzyły niesamowite kompozycję. Krzewy formowały niesamowite kształty, tworząc pierścienie, kwadraty, koła. Niektóre z nich przypominały nawet zwierzęta. Wzdłuż alejki, usypanej z białego kamienia, rosły drzewa wiśni, które były w fazie kwitnięcia. Korony drzew, zaplatały się u góry tworząc łuki. Ogród zapierał dech w piersiach. Alejka dobiegła końca, zatrzymując się przy pierścieniu usypanym z tych samych kamieni. W jego środku porośniętym zielona trawą, znajdowało się drzewo. Spojrzał niepewnie na drzewo, widząc, że każdy kolor kwiatu jest inny. Mógł powiedzieć więcej. Drzewo poczęło lśnić wraz z znikającym już słońcem. Podszedł niepewnie do drzewa, wyciągają w jego kierunku rękę. Zachwycony położył dłoń na korze. Prze jego ciało przebiegł nieznany mu dreszcz.
 - Pięknie tu, prawda? – zagadnął stojący za nim Mentis.
 - Tak – odrzekł odchodząc od drzewa. – Niesamowite miejsce – uśmiechnął się, rozglądając na boki.
 - Ojciec zasadził to drzewo – uśmiechnął się do mężczyzny. – Lśni każdej nocy, nie tracąc swoich kwiatów – usiadł na trawie.
 - Mogę cię o coś zapytać? – zaczął niepewnie Luthias, przysiadając się.
Mężczyzna w odpowiedzi skinął głową, marszcząc brwi.
 - Chciałbym się zapytać o obraz, na którym znajduje się młody chłopak, trzymający kłos w zębach – przeniósł na niego wzrok. – Kogo on przedstawia?
 - Hm… - mruknął Mentis. – Mogę się mylić, lecz wydaje mi się, że kuzyna księżniczki. Odkąd zaginał nie możemy go znaleźć – przyjrzał się mu uważnie. – Dlaczego pytasz?
 - Pytam, ponieważ jest łudząco podobny do mnie za młodu – westchnąwszy, przeczesał ręką włosy.
 - Kim byli twoi rodziciele? Oczywiście nie musisz odpowiadać – zapewnił.
 - Nie znam swoich prawdziwych rodziców. Wychowało mnie starsze państwo, któremu zginął syn spośród dziesięciu – odparł niepewnie. – Nie posiadam znamienia – przerwał Mentis’owi, nim zdążył się odezwać.

 - Nie trudno użyć zaklęcia by je zakryć. Moje też było zakryte – przyznał. – Udamy się do Gandalf’a, opóźnił swoją podróż. Z pewnością zaradzi tej sytuacji – uśmiechnąwszy się, pomógł mu wstać.
Ostatnie słoneczne promienie przedzierały się przez cienką zasłonę rozwianą przez wiatr, nieznacznie oświetlając komnatę. Cisza panująca w pomieszczeniu przynosiła błogi spokój. Odpoczynek od zgiełku i problemów zwianych z przygotowaniem armii. Wiedział, że syn jest gotowy objąć tron, mimo jego licznych protestów. Widział strach w oczach syna, kiedy rozmawiał z nim o przyszłości królestwa. Uśmiechnął się na wspomnienie niemowlęcia, trzymanego w rękach Arwen. Już w tedy wiedział, że jego latorośl wyrośnie na silnego mężczyznę. Niejednokrotnie słyszał jak władcy chwalą go za kunszt i opanowanie. Wiedział jednak, że jest wrażliwy, co odziedziczył po swojej matce. Często patrzył na swoje nowo narodzone siostry, nie mogąc się im zachwycić. Zaśmiał się przypominając sobie jego słowa. Są całkowicie łyse, ale moją takie malutkie rączki! I malusi nosek! Jak one mogą przez niego oddychać! Mimo zewnętrznego podobieństwa do ojca, większość cech odziedziczył po jego żonie. Przeniósł spojrzenie na patka, który przysiadł na oknie. Przyglądał się mu, przechylając swój łepek. Objął mocniej żonę, całując ją w czoło.
 - Le melin, Aragorn (Kocham cię, Aragorn) – szepnęła wtulając się w niego.
 - Le melin, Arwen – szepnął.                        
Położyła swoja głowę na jego klatce piersiowej, wsłuchując się w spokojne bicie serca. Bolało ją serce, widząc jak cierpi i zmaga się z bólem. Choć nie dawał po sobie tego poznać, ciało zdradzało, w jak szybkim tępię choroba postępowała. Zapalenie płuc na początku nie wydawało się groźne, więc zbagatelizował jej obawy, mówiąc, że lud go potrzebuje. Mimo iż starała się o najlepszych medyków i zielarzy, starania niewiele pomagały. Z dnia na dzień jego ciało słabło na jej i dziatw oczach. Córki bardzo często starały się rozweselić ojca swoim śpiewem czy grą. Ustanowiły nawet przy nim warty, by nigdy nie doskwierała mu samotność.
 - Eldarion będzie dobrym władcą – westchnął z uśmiechem. – Jest gotów objąć tron i stanąć na czele naszego królestwa.
Arwen poruszyła się niespokojnie na jego słowa. Nie chciała by zadręczał się w swoim stanie sprawami królestwa. Pragnęła by choć raz przejął się swoim zdrowiem. Nie zareagowawszy na jego słowa, przymknęła powieki. Nie chciała słyszeć o śmierci swego męża, wręcz odgradzała się od tej poruty. Śmierć ukochanego równała się z jej śmiercią, nawet jeśli nie fizyczną.
 - Niewątpliwie. Jednakże, będzie musiał wstrzymać się. Odzyskasz siły i rozpoczniecie naukę, by go należycie przygotować – szepnęła ze łzami.
 - Wiem, że jesteś świadoma tego, że mój czas dobiega końca. Dasz sobie redę – otarł jej policzek mokry od łez.

 - Nie jestem już młodzieńcem – ucałował jej usta. – Le melin, Arwen – wtuliła się w niego, łkając.