środa, 21 grudnia 2016

Rozdział 25 - Starcie cz.II

      Nie chciał dopuścić tego do swojej myśli. Oddychał ciężko, idąc szybkim krokiem w stronę swej komnaty. Mając przed oczami cierpiącego syna, słysząc jego wrzask – wściekłość wzbierała w nim coraz bardziej. Wszedłszy, trzasnął z impetem drzwiami. Pchnął z siłą krzesełko, które stało na jego drodze. Rozwścieczony szarpnął białe prześcieradło, które wylądowało na ziemni. Zerwawszy zasłonę, zrzucił książki leżące na biurku. Padł zrozpaczony na kolana. Zakrył twarz dłońmi. Kiedy adrenalina ustąpiła, poczuł ogromny ból. Natychmiast pożałował swojego czynu. Oparł się z wielkim trudem o łoże. Wziął głęboki wdech, sięgając do stolika po zioła przeciwbólowe. Schował twarz w dłoniach, próbując opanować ogarniający jego ciało ból. Drzwi lekko skrzypnęły, a do środka weszła mała elfka. Przysiadła się do niego, łapiąc kruchą rączką jego dłoń. Lira wtuliła się w króla, jednocześnie tuląc misia. Objął ją ramieniem.
 - Dlaczego jesteś smutny? – zapytała cicho.
 - Legolas bardzo cierpiał – przymknął oczy.
 - Lauca, zawsze mi pomaga, kiedy jestem smutna – uśmiechnęła się do niego, najszerzej jak potrafiła. – Proszę – podała mu misia.
 - Bardzo ci dziękuję – uśmiechnął się, biorąc go do ręki.
 - To znaczy, że już go nie zobaczę? – zapytała smutno.
 - Chciałbym wiedzieć, Lira. Mam nadzieje, że wszystko z nim w porządku.
 - Na pewno go zobaczymy. Musi być bardzo odważny. Bałabym się wyruszyć tak daleko – przytulił ją.

      Niebo naszło szaroczarnymi chmurami, zwiastując deszcz. Mgła uniemożliwiła wzrok, w gęstym ciemnym lesie. Kruki co chwilę przelatywały z gałęzi na gałąź, z drzewa na drzewo. Rozejrzała się niepewnie dokoła. Nie spostrzegła niczego niepokojącego. Wysiliła swój słuch, jednakże poza trzepotem skrzydeł, niczego nie dosłyszała. Nie wiedząc co robić, wyciągnęła z pochwy miecz. Wciąż skupiając się na nasłuchiwaniu otoczenia, trwała w bezruchu. Niespodziewanie drzewa przed nią rozstąpiły się, tworząc ścieżkę. Wybałuszyła szeroko oczy, oczekując najgorszego. Nic się jednakże nie wydarzało. Ruszyła ostrożnie drogą, wskazaną przez drzewa. Stado kruków podążało za nią, krok w krok. Szpiedzy… Czeka aż… Drzewa znów zmieniły miejsca, ukazując ścieżkę po lewej stronie. Rozejrzała się niepewnie, wahając się. Po kilku minutach namysłu, ruszyła nią zdecydowanym krokiem.

Czuwał przy niej piątą godzinę. Każda sekunda dłużyła się w nieskończoność. W jego głowie, rodziły się coraz większe wątpliwości, o wygranej Alwiny. Bał się, że została pokonana i nie wydostanie się już z stamtąd. Podejrzewał, że długo będzie to trwało, jednak nie aż tak. Ent za każdym razem uspokajał go, mówiąc, że czeka ją długa droga, zanim dostanie się do Weaorne. Wiedział, jakich sztuczek nauczył ją Saruman, kiedy potajemnie nauczał ją sztuki magii.

Książę pogładził jej rękę z uśmiechem. Pragnął by poczuła jego dotyk…  by czuła, że nie jest sama. Nie miał jej za złe, że się nie pożegnała. Nie potrafiłby jej pożegnać. Westchnąwszy, odwrócił się w stronę, cierpliwie czekającego enta.
 - Jesteś pewny, że dobrze to zainicjowałeś? – zapytał zniecierpliwiony. Ten spojrzał na niego uważnie, lecz z ciepłym uśmiechem. Nie mógł mu mieć tego za złe, kochał ją.
 - Jeśli postąpiłbym źle, nie byłoby to możliwe, przyjacielu – zamknął oczy. – Pozostańmy cierpliwi. Weaorne ma nad nią przewagę, mimo, że to umysł Alwiny. To ona ustala zasady przebiegu i walki.
 - Masz rację – przysiadł się do niego. – Nie powinienem w ciebie wątpić. Martwię się o nią. Przepraszam.
 - Nie mogę mieć ci tego za złe – otwarłszy oczy, spojrzał na niego. – Rozumiem wasze uczucia – znów je zamknął.

Legolas nie spuszczał z niej wzroku. Bał się, że przegapi coś ważnego, co zaważy o wszystkim. Uśmiechnął się na samą myśl o chwili, kiedy już do niego wróci. Wygra. Jest silna, sprytna i odważna… Ma wszystko czego potrzebuje. Zadziwiające, że przy tym wszystkim potrafi być delikatna, nieśmiała, czuła i czarować swym wdziękiem niejednego rozmówce. Ta myśl nieco pokrzepiła jego serce, zatrzymując narastający strach, w miejscu którego pojawiła się duma.

 - Legolas nie wiem czy powinniśmy – krzyknęła zasłaniając oczy. Mimo, że zdjął tylko koszulę czuła, że się rumieni. Gdyby wiedziała, że ta przejażdżka nad jezioro tak się skończy, nie zgodziła by się na to. Wymyśliłaby coś, ale na to było już za późno. – I tak nie wejdę – krzyknęła, robiąc mała szparę miedzy palcami, by spojrzeć na elfa, który uśmiechnąwszy się szeroko, zaczął śmiać.
 - Wszystko widziałem! No chodź, wiem że chcesz. Nie zaszkodzi ci! Wręcz przeciwnie! Alwina! – zawahała się.
 - No dobrze! Ale musisz się odwrócić! – postawiła warunek.
 - Jak chcesz – zaśmiał się, uśmiechając chytrze. Odwrócił się, ale tak, że kątem oka widział dziewczynę.
 - Ej! – krzyknęła, ściągnąwszy koszule. – Odwracasz się!
 - Już dobrze, dobrze – zaśmiał się, odwracając. Zdjęła dolna część garderoby i pozostając w bieliźnie weszła do wody. Powoli podeszłą do księcia, ale nim zdążyła złapać go za ramie momentalnie odwrócił się do niej, za co został ochlapany. Nie pozostając jej dłużny, oddał. Rozpętała się dziesięciominutowa bitwa, w której przegrała, gdyż książę wynurzył się tuż przed nią i spojrzał w jej oczy. Patrzyli przez chwile na siebie, a woda sięgała im do szyi. Ich twarze zaczęły się do siebie zbliżać. Legolas postanowił postawić wszystko na jedną kartę; zrobił krok do przodu. Dziewczyna nie wiedząc co robić cofnęła się o krok, wpadając do wody. Poślizgnęła się. Czuła pod swoja stopą gładką deskę, wiec nie wynurzając się próbowała wydostać ją ze szmalu.
 - Alwina? Nie wygłupiaj się – zaśmiał się nerwowo. – Alwina?! – zaczęła jej szukać rękoma. – Alwina! – już zamierzał zanurkować, ale ona niespodziewanie, wynurzyła się z wody tuż przy jego twarzy, trzymając skrzynkę pod taflą wody. Patrzyli sobie w oczy, po czym ją wynurzyła tak, że było widać tylko jej płaskie wieko. Przeniósł niepewnie wzrok na skrzynkę. Już gdzieś widział znak wyryty na niej. Niestety nie mógł przypomnieć sobie gdzie.

      Zirytowana ciągłym szukaniem oraz podążaniem ścieżkami prowadzącymi donikąd, stanęła. Rozglądnęła się po raz kolejny. Nie spostrzegła nic prócz paciorkowych oczu, ciągle wlepionych w jej osobę. Westchnęła, namyślając się nad tym, co należy dalej czynić.
 - Nie będę cię szukać – powiedziała w końcu donośnym głosem, którego echo powtórzyło się.
Las otoczywszy ją, tworząc polanę, stał się rzadszy. Zza cienia drzew wyszła zakapturzona postać, z wystającymi spod kaptura złocistymi włosami. Wyglądało to jak ich pierwsze spotkanie. Tym razem, to ona musiała zwyciężyć. Weaorne uśmiechnęła się szyderczo, widząc poważna minę swojej przeciwniczki. Zaczęła okrążać Alwinę, która nie pozostała jej dłużna. Musiała być czujna, i zwracać uwagę na najmniejsze szczegóły. Weaorne miała moc, której ona nie posiadała. W każdej chwili mogła złamać zasady, które ona sama ustaliła.
 - Nie sądziłam, że tchórzliwe dziecko Míri i Ilfirina, odważy zmierzyć się ze mną. Twoja śmierć jest pewna – zaśmiała się w głos, kpiąc z niej. – Jeżeli padniesz mi do stóp, może rozważę zamknięcie cię w lochach – posłała jej chytry uśmiech. – I oszczędzę Legolasa – wyjąwszy odcięte złociste włosy spod płaszcza, rzuciła je pomiędzy nie.
Alwina spojrzała na nią zdezorientowana. Przeniosła powoli wzrok na włosy. Miały taką sama długość jak jego. Wśród nich, leżały dwa splecione warkocze. Co jeśli rzeczywiście… Mogła przecież na nich napaść, kiedy jej szukałam. To nie może być prawda. NIE! Oddychała ciężko. Zaraz… Legolas nie ma ciemniejszych włosów na czubku głowy. To zasadzka. Odetchnęła z ulgą. Opanowawszy swoje emocje, przeniosła wzrok na Weaorne.
 - Myślisz, że taki ciemięga jak ty, zdoła mnie pokonać? – zaśmiała się ironicznie. Księżniczka jednak nie zareagowała. Rozpoznała jej sztuczkę.
Zniecierpliwiona Weaorne, naparła na nią z prawej. Alwina zwinnie uchyliła się od ostrza. Kolejny cios również nadszedł z prawej. Odparła go zwinnym ruchem miecza. Uchylając się przed kolejnym atakiem, podcięła jej przez chwilę niestabilną nogę. Weaorne padła na plecy, rozwścieczona. Valatimpe wyprostowawszy się, wzięła głęboki oddech. Odchyliła lewą nogę prostując i wysuwając ją do przodu. Prawą natomiast ugięła, a stopą zwróciła się w prawą stronę. Trzymając wyprostowany sztywno pionowo miecz w dłoniach, czekała aż ją zaatakuje. Podrażniona Weaorne podniosła się szybkim ruchem na nogi. Kolejny cios zadała od góry. Księżniczka wykonała obrót, z mieczem nad głową, dzięki czemu mogła swobodnie się przemieścić. Stanęła w „swojej” pozycji.
Widząc zdezorientowanie Weaorne, naparła nią. Tamta jednak zrobiła unik. Klingi po raz kolejny skrzyżowały swe ostrza. Pchnęła księżniczkę do tyłu, która wpadła na drzewo, ponieważ las znów zmienił swoją pozycję. Weaorne uśmiechnęła się chytrze, widząc ją przypartą do drzewa. Skoczyła ku niej z lśniącym ostrzem.

****
Cześć i czołem!
Oto druga część rozdziału. Mam nadzieję, że podoba wam się jego zakończenie, w sensie opis walki. Długo się zastanawiałam jak potoczyć akcję.
Jeżeli widzicie jakieś błędy, uwagi są jak zawsze mile widziane! :D
To chyba na tyle.
Aaa… Nieee…

Wszystkiego najlepszego z okazji świąt Bożego Narodzenia i szczęśliwego Nowego Roku! 
:* ❤❤
Do zobaczenia!

niedziela, 4 grudnia 2016

Rozdział 25 - Starcie cz.I

Obudziła się przed świtem. Całą noc śniły się jej koszmary, przez które co jakiś czas, budziła się. Bała się, że sny urzeczywistnią się, w bardziej okrutny sposób. O ile taki istniał. Oparłszy się o drzewo, podkuliła nogi, chowając w nich podbródek. Westchnąwszy ciężko, spojrzała w stronę wschodzącego słońca, które niemiłosiernie śpieszyło się, by wznieść się ponad horyzont. Czas przyspieszył, jakby specjalnie dla niej, chcąc ją wyszydzić. Spuściła wzrok, nie mogąc znieść, dręczących ją myśli. Wiedziała, że musi opanować się i skupić. W końcu nie walczyła tylko dla siebie. Mogła w ten sposób uratować życie wielu mieszkańców Śródziemia. Przeniosła wzrok na tafle jeziora, na której odbijały się promienie słoneczne. Uśmiechnęła się widząc jak niedaleko niej, podeszła do niego młoda sarna. Spojrzała niepewnie na księżniczkę, zastanawiając się przez chwilę. Ostatecznie schyliła się, by zaspokoić swoje palące pragnienie. Chciała się podnieść, kiedy do zwierzęcia podbiegło jej młode, które otarło się o matkę, by zwrócić na siebie jej uwagę. Obserwowała przez krótką chwilę, zażyłość tych zwierząt. Spojrzawszy ponownie na słońce, przypomniała sobie, po co tam tak na prawdę przybyła. Zerknęła na Legolasa, który nadal spał. Nie chciała się z nim żegnać, to by oznaczało koniec. A tak przecież nie mogło stać się, prawda? Wstawszy, ruszyła w stronę kamiennego stołu.
 - Alwina! – dopadła ją Uriel. – Zapomniałabyś – zdyszana biegiem, podała jej pas z mieczem.
 - Dziękuję – uśmiechnąwszy się do niej, zapięła go. Bez słowa, wpadły sobie w ramiona.
 - Proszę, uważaj na siebie – szepnęła bliska płaczu. – Twój czas jeszcze nie nadszedł – odsunęły się od siebie. – Legolas wie, że…
 - Nie, tak będzie lepiej – zerknęła ostatni raz tamtego ranka w jej oczy, po czym odeszła.

Jego stan znacznie się poprawił. Mimo, że nie był jeszcze zdolny do walki, mógł poruszać się po pałacu bez większego trudu. Jednakże zbyt nagłe ruchy, w dalszym ciągu sprawiały mu ogromny ból, którego często nie mógł wytrzymać, wiec przywoływał medyka, pytając o zioła przeciwbólowe. Wiedział, że nie może się poddać. Lira go potrzebowała. Nie chciał by ponownie straciła opiekuna. Ta mała elfka sprawiała, że uśmiech częściej gościł na jego twarzy. Uwielbiał patrzeć, jak bawi się swoim pluszowym misiem. Przez swój krótki pobyt w pałacu, zdążyła nauczyć Thranduila wiele rzeczy. Z wielkim trudem przyszło jej, nauczanie króla, w pleceniu wianków. Dziewczynka starannie dobierała kwiatki, uważając by nie zagnieść choćby najmniejszego płateczka. W ten sposób wykonała mnóstwo przepięknych wianków, które rozdała służką. Elfki z wielką dumna nosiły je na głowach. On natomiast robił to trochę niechlujnie. Pozaginane liście i płatki, niejednokrotnie zostawały poprawione przez Lirę.

Siedział z nią na trawie, czekając, aż Elladan przyprowadzi więźniów. W między czasie jego córka, po raz kolejny pokazywała mu, jak starannie powinno zaplatać się wianki, które przyozdabiały głowy pięknych pań. Zdawał sobie sprawę, że przesłuchiwanie dowódcy wrogiej armii, nie będzie należało do najlżejszy zadań. Prawdopodobnie nawet, nie dowiem niczego. Nie zależy im na życiu. Cóż… zawsze można spróbować. To nic nie mnie kosztuje. Mimo, że oddziały przeczesywały Mroczną Puszczę i pilnowały jej granic, robiło się coraz bardziej niebezpiecznie.
 - Tato! Nie słuchasz mnie! – oburzyła się, wykrzywiając twarz w grymasie nie zadowolenia.
 - Ależ…
 - Przyjacielu, – przerwał mu Elrond, stojąc w drzwiach, prowadzących do ogrodu – już czas – Thranduil przytaknął głową.
 - Zostawię cię – pocałował ją w czoło. – Wkrótce wrócę – uśmiechnął się, wstając powoli i ociężale. Stęknął, prostując się. – A jak przyjdę pokażesz mi jeszcze raz, jak należy pleść wianek – dołączył do Elronda. Lira odprowadziła ich wzrokiem. Czuła napięcie w słowach Elronda. Nie wiedziała, jednakże co ono może znaczyć.
 - Rozumiem, że to poważna sprawa, – zaczął władca Rivendell – jednakże uważam, że nie powinieneś się przemęczać, zwłaszcza w twoim stanie – spojrzał na niego z uwagą.
 - Rozumiem twoją troskę o moje zdrowie. Jestem królem, królestwo powinno być ponad moje zdrowie.
 - Pomyśl o Legolasie, Lirze… Chcesz znów ją osierocić? – otworzył drzwi do sali tronowej.
 - Wiem dobrze, że powinienem dłużej…
 - Ojcze, – przerwał mu Elladan, wchodząc pospiesznie za nimi – prowadzą tu plugastwo.
 - Przyprowadź je – Thranduil opadł na tron. Podparł brodę o dłoń, wskazujący palcem przygniatając lekko policzek. Nie podnosił wzroku dopóki dopóty, nie wszedł Elladan, popychając Uruk-hai. Syn Elronda widząc, że ork nie zamierza paść na kolana, pchnął go z siłą. – Czego tu szukacie?! – warknął, mierząc go lodowatym spojrzeniem.
 - Jesteś słaby, boisz się – uśmiechnął się pod nosem dowódca. – Jak twój synalek! – Thranduil łypnął na niego, powstrzymując swój gniew. – Gdybyś widział jak wrzeszczał, gdy haczyki rozrywały jego skórę! – prychnął, śmiejąc się. Wściekłość w królu coraz bardziej narastała. – Dał się złapać jak bachor! – uśmiechnął się szyderczo, ukazując zniekształcone żółto-czarne zęby. Thranduil nie wytrzymując, odciął mu głowę, która potoczyła się jak kula. Buzująca w nim adrenalina i wściekłość, spowodowały, mniejszą siłę bólu. Dysząc ciężko, opadł na kolana. Patrzył jak czarne cielsko, rusza się pod wpływem impulsów nerwowych, a w około niego zabiera się kałuża czarnej posoki. Elrond natychmiast się przy nim znalazł.
 - Wysłać posłańców do Tharbadu. Mają tam oczekiwać mojego syna – syknął, gdy Elrond pomógł mu się podnieść. - Jeżeli Legolas… nie żyje… Zapłacą mi za to – wyszedł wściekły.
****
Cześć i czołem!
Dawno mnie tu nie było! Ale jestem. ;)
Mam nadzieję, że rozdział nie zwiódł waszych oczekiwań.
Jeżeli widzicie jakiekolwiek błędy, napiszcie.
To pomoże mi ich unikać na przyszłość!
Do zobaczenia!