czwartek, 10 listopada 2016

Rozdział 24 - Decyzja Część. 3

Zostawiając za sobą wrota Rohanu, otworzyła się przed nimi droga, wiodąca do Isengardu. Słońce łaskawie oświetlało ich twarze. Zima jeszcze dobrze się nie skończyła, pozostawiając po sobie błotniste drogi i ogromne kałuże, niejednokrotnie utrudniające przejście. Wiatr stawał się jednak cieplejszy, nie tak mroźny jak przedtem.

Drużyna jechała pogrążona w milczeniu. Uriel nie mogła odpędzić myśli od Shapiro. Z każdym dniem, coraz trudniej było opanować jej, natrętnie przychodzące czarne scenariusze, w których jej ukochany ginął. Nawet Gimli jechał w milczeniu, rozważając po raz kolejny propozycje Firina. Nie sądził, że ktoś,… kiedykolwiek złoży mu taka propozycję. Niemniej jednak, schlebiały mu słowa mężczyzny. Głowił się nad tym, jak przekonać chociaż część swych rodaków, do opuszczenia rodzinnych stron. Co mogą słowa Firina i rodacy… Jeżeli zginę, Królestwo Błyszczących Jaskiń nie powstanie. Zasmuciła go ta myśl. Sapnął, czując jak po raz kolejny, podskakuje na siodle. Po woli przyzwyczajał się do jazdy konnej, po woli. Szło mu to bardzo mozolnie.
 - Kiedy dojdziemy do Isengardu, - podjęła Alwina – będę musiała się zmierzyć z Weaorne. Jeżeli przegram, z pewnością uwięzi mnie w mojej podświadomości. Nie będzie odwrotu. Chce, żeby bez względu na wszystko… Chce, byście wyruszyli bez chwili zwłoki, zostawiając mnie tam.
 - Piekło, dopiero w tedy się zacznie – Luthias spuścił wzrok na swoje dłonie.
 - Masz racje – Uriel przeniosła na niego wzrok. – To dopiero początek góry lodowej.
 – Śródziemie nie będzie już bezpieczne – westchnął Gimli.

Znów zapanowała grobowa cisza. Przygnieceni, każdy własnym ciężarem, nie mieli najmniejszych ochoty do dalszej rozmowy. Koniec zbliżał się wielkimi krokami. Gdy wyruszali z Rivendell, wydawał się tak bardzo odległy, jakby nie rzeczywisty… Teraz? Wszystko było namacalne, tak bardzo blisko. Każdy dzień stawał się coraz bardziej ponury. Myśl o śmierci coraz bardziej nękała głowy, nie dając spać. Wprawiała wielu w lęk i paraliż. Niejeden miał oddać w bliskiej przyszłości życie, po ty by inny mógł żyć i cieszyć się nim.

Przez kolejne trzy dni nieustannie lał deszcz, utrudniając im widoczność. Często towarzyszyła im gęsta mgła. Przemęczeni, przemoknięci i zziębnięci, dotarli do Isengardu. Mgła powoli rzedniała, a deszcz ustępował słońcu. Zsiedli z koni, niedowierzając widokowi. Isengard wyglądał pięknie. Odżył na nowo. Enty zmieniły go w park. Wyburzyły cały kamienny krąg i usunęły gruzy. A nowe strumienie utworzyły jezioro, otaczające wieżę Orthank. W miejscu bramy wyrosły dwa wielkie drzewa.
 - Alwina! – zawołał rozradowany Ent. – Moje serce się raduje, widząc cię zdrów– uśmiechnął się. – Wbrew pogłoską, czułem, że nie umarłaś.
 - Pięknie tu – podeszła do niego, kłaniając się delikatnie. – Miło cię widzieć – uśmiechnęła się.
 - Wiem po co przebywasz – spoważniał. – To jest bardzo niebezpieczne. Wiesz co się stanie. Jeżeli przegrasz, bądź nie będziesz miała sił, by wrócić… Nie wydostaniesz się ze swojej podświadomości.
 - Zdaje sobie z tego sprawę, jednakże nie widzę innego wyjścia – spuściła wzrok. – Choćbym chciała – uśmiechnęła się smutno.
 - Dobrze, więc… wypocznij. Jutro o świcie zmierzysz się z Weaorne. Tymczasem, czujcie się jak u siebie w domu – zwrócił się już do wszystkich, po czym odszedł.
 - Chce byś sama, nie martwcie się – mruknęła Uriel, podając uzdę Luthiasowi. Księżniczka westchnęła, patrząc na oddalającą się postać przyjaciółki. Rozumiała jej zmartwienie. Mogła już nigdy nie zobaczyć Shapiro.
 - Zajmiemy się z Gimlim końmi – Luthias pogłaskał konia po chrapach. – Musisz nabrać sił – uśmiechnął się, odchodząc.

Gwiazdy już dawno obsypały niebo. Świeciły wyjątkowo jasno, jak na tak pochmurną noc. Siedziała przy jeziorze, skubiąc trawę. Wpatrywała się w wierze Orthank. Czuła jak przygniata ją ogromny ciężar, związany ze zbliżającym się starciem. Nanah, oda… Pomóżcie mi… Proszę. Potrzebuje was. Od mojego zwycięstwa wiele zależy. Po jej policzku spłynęła łza, którą szybko wytarła.
 - Jestem słaba – szepnęła, czując obecność elfa. – Nie odzyskałam dawnej formy. Nic już nie powstrzyma Weaorne.
 - Nie ma takiej opcji – przysiadłszy się, objął ją. – Nie przegrasz. Wiem, że to trudne. Wierzę, że dasz radę. Najważniejsze to nie poddawać się – pocałował ja w czoło.
 - Dziękuje, że jesteś – wtuliła się w niego, zamykając oczy. – Nie zostawiaj mnie…

****
Cześć i czołem!
Dalsza część ciapowatego rozdziału!
Mam nadzieje, że jakoś to przebolejecie te moje rozdziały (chodzi o wstawianie).
Końcówka wyszła marna, ale  w następnym będzie się dużo działo! ^^
Jak widać, Gimli ma wciąż te same rozterki. Ciągle chodzi mu po głowie to samo.
Mam nadzieje, że rozdział (właściwie 3 część) podobał się.
Przepraszam za jakiekolwiek błędy.
Do zobaczenia!

niedziela, 6 listopada 2016

Rozdział 24 - Decyzja Część. 2

Zatrzymali się przed wrotami Morii. Słysząc dudnienie dochodzące z wnętrza, schowali się za skałą. Przykucnęli, opierając się plecami o zimną skałę. Gandalf kątem oka spojrzał na drzwi, które otworzyły się ociężale. Wymaszerował z niej, jeden z oddziałów Uruk-hai, przywleczonych w czarne zbroje. Zmarszczył brwi, nie rozumiejąc po co im ciężki oręż. Po kilku minutach legion zniknął z pola ich widzenia, a wrota z powrotem się zatrzasnęły. Rozglądnął się dyskretnie czy nie pozostawili straży na zewnątrz. Tak jak myślał, nikogo nie było. Zaniepokoił się jednak, tym wymarszem.
 - Jesteś pewny, że chcesz tam ze mną wejść? – spojrzał uważnie na Shapiro–. Nie będzie odwrotu – podeszli do wrót.
 - Tak, Gan – zatrzymał się w pół słowa. Zbiornika wodny, który znajdował się tam przed laty, był zupełnie suchy, a na środku, sterczał szkielet, wielkiego monstrum. Z wyglądu przypominał ośmiornice z dziesięcioma mackami. Kreatura miała dziób z szeregiem malutkich ząbków i sześcioro oczodołów. Jedna z macek przypominała ogon płaszczki z trucizną.
 - Gobliny musiały czerpać stąd wodę – podszedł do olbrzymiego szkieletu. Odłamawszy kolec jadowy, schował go do kieszeni. – Pospieszmy się, nie wiemy co jaki czas wychodzą oddziały – podszedł do Shapiro. – ‘Przyjacielu’ – rzekłszy po elficku, oboje się odsunęli. Wrota stanęły przed nimi otworem. Weszli powoli do środka, rozglądając się uważnie. Wrota zatrzasnęły się z powrotem, a ich otoczył gęsty mrok. Shapiro dobył swojego miecza, wyciągając go ostrożnie z pochwy. Z głębi korytarza biła łuna żółtego światła. Do ich uszy docierał, stłumiony odgłos kłucia żelaza.
 - Muszą mieć tam kuźnie – szepnął Shapiro. – Mało prawdopodobne, żeby trzymali tam palantir.
 - Tak. To by oznaczało, że jednak myślą – skomentował Gandalf. – Jednakże żadne z nich, nawet nie zdaje sobie sprawy z jego mocy.
Ruszyli ostrożnie w stronę światła, opierając się wciąż plecami o ścianę. Jeden z prawej, drugi z lewej. Zbliżyli się ostrożnie do wejścia. Usłyszeli krzyki w języku Goblinów. Shapiro nie mógł ich zrozumieć, jednakże widząc minę Gandalfa, zorientował się, że nie jest to dobra wiadomość. Przez korytarz przedarł się, przeraźliwy krzyk bólu. Zapanowała nagła cisza. Po kilku minutach, huknął donośny głos, a Gobliny zaczęły uciekać w popłochu przez jeden z korytarzy. Zapanowała ciemność. Odczekali chwilę, by upewnić się, czy aby na pewno nikt nie został. Jako pierwszy wszedł Gandalf, zaraz za nim Shapiro. Żarzący się jeszcze trochę węgiel, oświetlał minimalnie pomieszczenie. Shapiro rozejrzał się po opustoszałym pomieszczeniu. Na podłodze leżały narzędzia, rzucone w przerażeniu. Obok wanny z mokrym węglem leżało wiadro, z którego kapała woda. Gandalf mając złe przeczucie, rozświetlił kostur. Zrobił krok do przodu, przydeptując martwą rękę. Cofnął się gwałtownie, wpadając na podchodzącego Shapiro. Na posadce leżał przeszyty na wpół mężczyzna. Na jego twarzy gościł zwycięski uśmiech.
 - Myślisz, że to zakładnik, który pokrzyżował im plany? – zapytał Shapiro, zamykając mu utkwione w suficie oczy.
 - Tego się obawiam. Musimy iść, nie możemy zwlekać – spojrzał smutnym wzrokiem na ciało. – Zostawiły wszystko w popłochu. To nie wróży nic dobrego – wszedł do korytarza, którymi nie biegły. Wiedział, że nie trzymali by go, na widoku. Wędrowali prze kilka minut korytarzem, oświetlonym przez kostur Gandalfa. Ze ścian kapała woda, dając rozchodzące się echo. W skupieniu nasłuchiwali czy nikt nie nadchodzi. Nie byli skorzy, do jakikolwiek rozmów. Musieli być czujni.
Wreszcie, po kilku minutach spostrzegli w oddali białe światło. Przyspieszali kroku. Im bardziej się przybliżali, łuna zwiększała się coraz bardziej. Gandalfa niepokoił fakt, że nie było słychać żadnych rozmów. To mogłoby oznaczać, że źle wybrał drogę. Zgasił światło swojego kosturu. Stanęli przed wejściem do pustego pomieszczenia. Shapiro podniósł z podłogi wilgotny kamień. Oboje przywarli do ścian, gdy elf wrzucił go do środka. Kamyk odbił się pary razy o kamienną podłogę, robiąc hałas, przerywający śmiertelną ciszę. Odczekali chwilę w skupieniu. Jednakże, nic się nie stało. Nie zastawiono żadnej pułapki. Weszli ostrożnie do środka, badając jedną nogą, drogę przed sobą. Upewniwszy się, że nic nie ma, Shapiro spojrzał na dziurę, przez które wlatywało słońce. Zerknął na ścianę, na którą padał snop światła. Przyjrzał się uważnie każdemu z kamiennych kawałkowi ściany. Tak jak myślał, jeden z kamieni wystawał kilka milimetrów od innych. Uśmiechnął się zadowolony z siebie.
 - Myślę, że jest tu ukryte przejście – szepnął do Gandalfa.
 - Świetnie, że też na to nie wpadałem – zaśmiał się cicho. – Odsuń się, nie wiemy co nastąpi. Rozsunęli się na prawo i lewo, w bezpiecznej odległości. Czarodziej sięgnął końcem kosturu kamień, po czym go wcisnął. Ściana zatrząsnęła się, jakby zbudzona z wiecznego snu. Przejście otworzyło się, a z niego wypełzło wszelkie robactwo. Odczekali chwilę, bacznie obserwując wejście, jednakże nic innego nie nastąpiło. Gandalf zajrzał ostrożnie do środka. Mur oddzielający pomieszczenia miał około dwóch metrów grubości. Z sąsiedniej hali, biło białe światło. Weszli ostrożnie do środka. Na samym środku niewielkiej przestrzeni, znajdował się piedestał z wyżłobionym półkolem. W nim zaś znajdował się palantir.
 - Kryształ Amon Sûl – Gandalf owinął go ostrożnie szatą.
 - Poszło nam za łatwo – skomentował Shapiro, rozglądając się po pomieszczaniu.
 - Tak, masz racje. To jeszcze nie koniec.
Ściany niespodziewanie zatrząsnęły się z siłą. Z sufitu spadły kamienie, a przejście zatrzasnęło się.
****
Cześć i czołem!
W końcu napisałam cały rozdział. Nigdy jeszcze nie pisałam tak długo, żadnego rozdziału.
Niestety nie zdążyłam wszystkiego poprawić, więc tylko tyle.
Zrobiłam błąd publikując co tydzień rozdziały w wakacje. Nie czekalibyście teraz tak długo.
Nie wyszedł tak jakbym chciała, znów muszę się dostosowywać na nowo do stylu bloga. Przerwa nie służy niczemu dobremu.
Następnym razem inaczej to rozegram. Obiecuje.
Mam nadzieje, że rozdział się podoba.
Do zobaczenia!

wtorek, 1 listopada 2016

Rozdział 24 - Decyzja część.1

Wieść o czynie Thranduila obiegła całą Mroczna Puszczę, zarówno jak Rivendell. Pisarze czynnie pracowali nad nowymi pieśniami, wychwalającymi jego uczynek. Utwory ukazujące głównie jego heroizm i poświecenie w obronie nawet najmniejszego swojego poddanego, przechodziły do historii. Król po raz kolejny, swoim czynem udowodnił, jak ważni są dla niego poddani.
Elrond bez chwili zwłoki wyruszył do Leśnego Królestwa, zostawiając wszystko jednemu ze swoich synów, Elrohirowi. Drugi zapewniając ojca o świetnej ręce brata do zarządu, wyruszył z nim. Uważał, że jego pomoc okaże się niezbędna, gdy wróg zaatakuje. Władca Rivendell nie mogąc tego zakwestionować, zgodził się by Elladan mu towarzyszył.
Stan Thranduila, nie ulegał poprawie. Martwiło to bardzo, Elronda. Thranduil był jego przyjacielem. Niejednokrotnie pomagali sobie wzajemnie. Wiedział, że jego stan w każdej chwili może się pogorszyć. Gorączka nie ustępowała od kilku dni, a z rany od czasu do czasu, sączyła się świeża posoka. Spojrzał smutnym wzrokiem na bladą, lecz dostojną twarz, która wydawała się, jakby uśpiona wiecznym snem. Westchnął ciężko, słysząc pukanie. Do środka wszedł Elladan.
 - Ojcze, wojska przybyły – zameldował, nie spuszczając z niego wzroku. – Rozbiliśmy trzy obozy orków, wśród nich przebywały Gobliny. Udało się nam złapać jednego, jednakże skręcił sobie kark. Przywódca Uruk-hai, również próbował popełnić samobójstwo, zdołaliśmy jednak go powstrzymać. Zamknąłem go w lochach.
 - Dziękuje, Elladanie – uśmiechnął się smutno.
 - Czy… Czy stan króla uległ poprawie? – zapytał niepewnie. – Przeżyje?
 - Mam nadzieje, synu – spojrzał na jego spokojną twarz. – Thranduil jest uparty. Marzył o tym by zobaczyć zwycięstwo Smoczej Księżniczki, nie przegapi tego. Jestem pewien – westchnął zrezygnowany. Niespodziewanie głowa Thranduila poruszyła się. Elrond spojrzał na niego wyczekująco, czekając na dalszą reakcję.
 - Gdzie ona jest? – zapytał słabym głosem, nie otwierając oczu. – Przeżyła?
 - Tak, mała jest cała – spojrzał na niego uważnie.
 - Rodzina? – wysapał.
 - Nie ma nikogo. Rodzice zginęli tamtej nocy. Została sama – spuścił głowę.
 - Przywołaj ją do mnie. Zostanie w pałacu. Każ służką przygotować dla niej sypialnie – stęknął otwierając na chwilę oczy. – Nie zostawię jej – zamknął je z powrotem.
 - Zajmę się tym – rzucił, wychodząc Elladan.

Kilka minut później dziewczynka siedziała na korytarzu, niecierpliwiąc się. Tuliła do siebie misia, którego dostała od rodziców, na swoje pierwsze urodziny. Nie rozumiała, dlaczego musieli odejść, mimo to wiedziała, że już nie wrócą. Bardzo za nimi tęskniła. Po jej rozgrzanych czerwonych policzkach spływały łzy. Nie chciała zostawać sama. Bała się, tego co miało nadejść. Nie wiedziała co się z nią stanie. Zdobione drzwi ponownie się otworzyły. Przestraszna, podskoczyła. Spojrzała przestraszonym wzorkiem na wychodzące wysokie postacie, które były dla niej niczym zamkowa wieża. Jedna z nich uśmiechnęła się do niej ciepło.
 - Choć – chwycił jej małą kruchą rączkę.
Weszli powoli do środka. Wybałuszyła szeroko oczy, widząc ogromne łoże. Nigdy nie przebywała w tak pięknym pokoju.
 - Dziękuję Elrondzie – uśmiechnął się do niego Thranduil. – Jak masz na imię? – przeniósł na nią wzrok. Wzruszył go obraz zdumionej dziewczynki, przyciskającej kurczowo do swej piersi, misia.
 - Lira – odpowiedziała nieśmiało, speszona bogactwem. – Patrzyła zdezorientowana na dwie postacie. Kątek oka spostrzegła krzesełko, na którym leżały ręczniki nasiąknięte krwią. W jednej chwili przed oczami przemknął jej obraz broniącego ją Thranduila, gotowego oddać za nią życie. Dodało to jej śmiałości. Zrozumiała, że nie grozi jej niebezpieczeństwo. Podeszła niepewnie do łoża. Spojrzała na jego zabandażowane ramie, które wystawało spod kołdry. – Bardzo cię boli? – zapytała nieśmiało.
 - Przyszłaś, wiec przestało – zaśmiał się ciepło. – Cieszę się, że przyszłaś. Zostaniesz ze mną w pałacu? – zapytał niepewnie, obawiając się reakcji dziewczynki. Spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.
 - Chcesz zostać moim drugim tatą? – zapytała niedowierzająco. Nie spodziewała się tego. Mimo, że rodzice często powtarzali jej, jak bardzo oddanego mają króla.
 - Oczywiście – zaśmiał się. – Jeżeli się zgodzisz za kilka miesięcy poznasz mojego syna… Legolasa…
 - To go widziałam z taką piękną panią? – zapytała, ożywiając się. – Miała piękne długie blond włosy…
 - Tak, to Alwina. Bardzo ją kocha. Zostaniesz? – zapytał z nadzieją. Dziewczyna usiała na jego łożu, podając mu maskotkę.
****
 Cześć i czołem!
Bardzo dawno mnie tu nie było. Liceum okazało się dużo trudniejsza niż myślałam. Albo jestem totalnie wykończona, albo mam naglące sprawy.
Postanowiłam opublikować chociaż tyle gotowego materiału.
Mam nadzieje, że nie opuściliście jeszcze tego bloga.
Postanowiłam ulitować się nad Thranduilem, chociaż chciałam go zabić. Stwierdziłam, jednakże że będzie to za duży cios, dla jednego z bohaterów. Chyba muszę zacząć, ich trochę oszczędzać.
Mam nadzieje, że rozdział się podobał.
Przepraszam za błędy, ale długo nie pisałam.
Do zobaczenia!