niedziela, 18 września 2016

Rozdział 23 – Droga przez ostrza

Siedział oparty plecami o ścianę. Stracił najważniejszą osobę w jego życiu. Nie mógł uwierzyć, że Uriel zerwała zaręczyny. Przeklinał siebie za swoje, jak mu się wydawało, prostackie zachowanie. Nie myślał, że elfka będzie w stanie z nim zerwać. Nienawidził się za swój czyn. Gdybym może spróbował z nią spokojnie porozmawiać, nie zerwałaby zaręczyn. Jak mogłem ją tak zranić?! Jaki ze mnie narzeczony, skoro nie potrafię uszanować tego, że chce walczyć. Były narzeczony… Zasługuje na kogoś lepszego, kogoś kto będzie ją uszczęśliwiał. Tylko… Kocham ją, tak bardzo. Nie wyobrażam sobie życia bez niej. Jak spojrzę jej teraz w oczy? Co z naszymi dziećmi? Po raz kolejny zawiodłem. Przy najbliższej okazji muszę opuścić drużynę, skoro taka jest decyzja Uriel… Nie pozostaje mi zrobić nic innego, jak tylko poddać się temu. Najwidoczniej tak miało być.
 - Shapiro – do pomieszczenia wszedł Luthias. - Gandalf prosił, żebyśmy zebrali się w sali obrad, pilnie – podszedł do niego. – Chodzi o Uriel, prawda? – zapytał wzdychając. Elf nie odpowiedział, zamiast tego, wpatrywał się tępo w punkt przed sobą. – Czyli jednak – dosiadł się do niego.
 - Jak się czułeś kiedy Alwina, nie przyjęła twojego pierścionka zaręczynowego? – nie odrywał wzroku.
 - Nie kocha mnie, tak jakbym chciał. Zawsze będę dla niej starszym bratem, to się nigdy nie ulegnie zmianie. Ona kocha Legolasa, jest szczęśliwa… a więc i ja jestem – uśmiechnął się. – Uriel cię kocha, nie ważne czego by nie zrobiła i nie powiedziała czy też zrobiła i powiedziała. Kocha cię, prawdziwą miłością. Trzeba być po prostu, cierpliwym – spojrzał na niego uważnie.
 - Muszę się od tego wszystkiego oderwać – podniósł się z ziemi. – Idziesz? Pewnie już na nas czekają. Skoro to pilna sprawa, musimy się spieszyć – podawszy mu rękę, pomógł wstać
 - Pamiętaj, że czasem słowa wypowiedziany pod wpływem złych emocji, są fałszywe – poklepał go po plecach, udając się do sali obrad.

Weszli do znajomego im pomieszczenia. Elf starał się na ile mógł, by nie spojrzeć na Uriel. Okazało się to o wiele trudniejsze niż przypuszczał. Zawsze była pierwszą osoba, którą spostrzegał. Zajął miejsce między Legolasem i Luthiasem. Elfka wpatrywała się w niego namiętnie ze swoją upartością, chcąc by zwrócił na nią uwagę. Miała nadzieję, że wybaczy jej to co zrobiła. Shapiro jednakże nie uległ spojrzeniu, bez przerwy wpatrując się w środek stołu, chcąc pokazać, że wcale go to nie ruszyło. W jej oczach zebrały się ponownie łzy, więc spuściła wzrok. Co ja najlepszego zrobiłam? Zraniłam go bardziej niż myślałam. Nie będzie chciał mnie wysłuchać… Muszę go przeprosić. To co zrobiłam, nie powinno mieć miejsca. Co jeśli mi nie wybaczy? Nie chce żyć bez niego. Jest całym moim światem…
 - Dotarły do mych uszu złe wieści – zaczął Gandalf.
 - Jak bardzo złe? – wtrącił Gimli. Czarodziej zmierzył go wzrokiem.
 – Gobilny zajęły Morię. Prawdopodobnie weszły w posiadanie trzeciego kryształu. Oczywiście, nie wiem czy to prawda, dlatego też muszę to sprawdzić. Jednakże potrzebuje jednego ochotnika, który zaryzykuje i zechce mi pomóc. Wyprawa jest niebezpieczna i trudna. Jeżeli złapią, któregoś z was, a nie zdążę wam pomóc… - pokręcił głową. – Nie będzie odwrotu.
 - Ja pójdę – odezwał się Shapiro. Gandalf spojrzał na niego uważnie. Zaskoczyła go jego kandydatura.
 - Możesz już więcej nie wrócić – powtórzył raz jeszcze. Elf podniósł na niego wzrok. Nie mogę się teraz wycofać. Nawet jeśli… Nie mogę!
 - Zdaje sobie z tego sprawę – odpowiedział twardym głosem.
 - Dobrze, więc - podparł się o kostur. – Wyruszmy dzisiejszej nocy. A wy, – objął wzrokiem resztę drużyny – wyruszycie z samego rana. Oczekujcie nas w Tharbadzie. Jednakże, jeśli nie zjawimy się cztery dni od waszego przybycia, ruszajcie dalej – wyprostował się. – Powodzenia, drużyno – wyszedł, a za nim Shapiro. Przerażona Uriel patrzyła jak jego sylwetka oddala się coraz bardziej. Nie dopuszczała do siebie myśli, że może żyć bez niego. Zostało mi tak mało czasu… Nie wiem co zrobię, jeśli…
 - Porozmawiaj z nim – wyrwała ją z rozmyślań Alwina, przemieściwszy wzrok z elfa na nią. – Nie wszystko stracone. Zrób to za nim będzie za późno.
 - On to zrobił z mojego powodu – szepnęła.

Szukała Shapiro od kilkunastu minut. Kiedy o niego pytała, słyszała ciągle tę samą zbywającą odpowiedź. Nie wiedziała, gdzie może go znaleźć. Bała się, że nie zdąży na czas. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby odszedł zanim, zdążyłaby mu wszystko wyjaśnić. Biegła kolejnym korytarzem, zaglądając co chwilę do każdego pomieszczenia. Nie potrafiła kryć swoich łez, kiedy serce ze strachu chciało wyskoczyć z jej piersi. Otarła je pospiesznie, zaglądając do zbrojowni. Stanęła jak osłupiała, widząc jak elf zapina pas. Weszła niepewnie do środka, nie spuszczając z niego oczu. Nie zwracał na nią uwagi, więc oparła się plecami o ścianę. Cały czas głowiła się nad tym, jak zacząć rozmowę. Bała się jego reakcji, a najbardziej tego, że nie będzie chciał jej wysłuchać. Schował miecz do pochwy z zamiarem wyjścia. Nie mogąc wytrzymać jego obojętności, zagrodziła mu drogę.
 - Błagam, Shapiro – szepnęła zalana łzami, łapiąc jego rękę. – Przepraszam, nie chciałam tego powiedzieć. Proszę, spójrz na mnie – szepnęła błagalnie. Czując, że nic nie wskóra, odsunęła się od niego. Elf niespodziewanie, przyciągnął ją do siebie. Wtuliła się w niego, spragniona jego ciepła. – Błagam, zostań…
 - Uriel – objął jej twarz dłońmi. – Jeżeli gobliny mają stworzyć jeszcze większe niebezpieczeństwo, trzeba je powstrzymać. Wiesz, że nie ma odwrotu – pokiwał przecząco głową. – Nie mogę pozwolić by coś ci się stało. Musisz żyć dla naszych dzieci, dla mnie… Jeżeli choć jedno z nas zachowa pamięć o drugim, żadne z nas nie zginie.
 - Nie, nie, nie… Obiecaj, że wrócisz – łkała. – Obiecaj! – wtuliła się w niego. – Kocham cię.
 - Nie mogę, kochana – pocałował ją. – Kocham cię – odszedł.
Stała załamana nieruchomo, a po jej policzkach ciekły nieprzerwanie łzy. Musiał wrócić. Był ochłodą w gorące dni i światłem w ciemności. Upadła na kolana, nie mogąc znieść myśli, że może nie wrócić.


Siadłszy z konia, poprawił swoją szatę, zachwycony widokami Rivendell. Przyjechał pierwszy raz do tak wspaniałego miejsca. Cieszył się, że zamieszka tam na stałe. Gdy jeden z elfów zabrał jego konia, wszedł przez krużganek do jednego z korytarzy. Stukot jego podeszew odbijał się echem w korytarzu. Z zachwytem wpatrywał się w mijany przez siebie, malowniczy obraz za oknem. Niespodziewanie, wpadła na niego brązowowłosa elfka. Oboje wylądowało na zimnej posadzce. Pośpiesznie wstali, zderzając się głowami. Shapiro prasnął śmiechem, łapiąc się za głowę. Nie spodziewał się takiego powitania. Spojrzał na zakłopotaną zaistniałym zdarzeniem, elfkę.
 - Przepraszam najmocniej – wpatrywała się mu przez chwilę w oczy. – Mam nadzieję, że to nie zepsuje panu, pobytu w Rivendell – ukłoniwszy się lekko, pobiegła przed siebie. Chciał ją zatrzymać, ale była zbyt daleko. Nie wiedząc gdzie iść dalej, z uśmiechem poszedł przed siebie…

Na rozświetlonym dziedzińcu, elfy podskakiwały radośnie w tańcu. Elfki w przepięknych sukniach, towarzyszyły elfom ubranym w odświętne szaty. Muzycy wsłuchując się w melodie, dali ponieść się emocją. Na stołach rozstawiono najwspanialsze potrawy i wyborne wino. Elrond przyglądał się temu z uśmiechem, rozmawiając z Alwiną i Nivis. W Rivendell zapanowała wielka radość, kiedy przyszły na świat bliźnięta blondwłosej elfki, mimo że ich ojciec zginął, postanowili uczcić wspaniałą nowinę. Przez jedne z drzwi, wybiegła zdyszana elfka, przykuwając tym samym wzrok Shapiro, siedzącego przy stole z przyjaciółmi. Dosiadła się do pana Rivendell, z uśmiechem poprawiając sukienkę i przesunięty diadem. Elrond roześmiał się na ten widok, kręcąc głową. Podał jej kielich z winem, widząc jak dyszy.
 - Oczywiście, spóźniłam się – upiła łyk. – Zagrałam się na lutni. Musiało się ściemnić, bym zauważyła, że przyjęcie się rozpoczęło – upiwszy kolejny łyk, westchnęła. Shapiro widząc, jak odkłada kielich, wstał od stołu, przepraszając swych towarzyszy. Podszedł powoli, ale zdecydowanie do elfki.
 - Zechcesz ofiarować mi taniec? – ukłonił się lekko. Zdezorientowana elfka przeniosła na niego wzrok. Jej policzki poróżowiały, więc chcąc ratować sytuacje, chwyciła jego dłoń. Nie zachowywała się jak na damę przystało, nigdy tego nie lubiła. Uważała, że to krępujące. Zaskoczony Shapiro, udał się z nią w stronę tańczących par. Oboje ustawiło się po właściwej stronie, gdy muzyka przestała grać. Kiedy na nowo rozbrzmiała melodia, zaczął się najsłynniejszy taniec w całym Rivendell. Elfki zaczęły drygać w rytm melodii, unosząc trochę suknie, kiedy elfy zaczęły tupać od prawej nogi. Rozbrzmiały dzwonki, a w tedy pary złączyły się, robiąc obrót na zmianę stron. – Wybacz mi pani, że śmiem się pytać… Dlaczego twoja twarz, przybrała barwę dojrzałego pomidora? – uśmiechnął się, wykonując z elfką kolejną figurę taneczną. Jej policzki jeszcze bardziej poróżowiały. Odwróciła wzrok, czując jak się jej przypatruje.
 - Jak za pewne zauważyłeś, spóźniłam się. Biegłam, to dlatego – odpowiedziała, próbując być przekonującą. W odpowiedzi elf zachichotał, więc zrobiła się jeszcze bardziej czerwona.
 - Świetnie tańczysz – uśmiechnął się. – Musiałaś dużo ćwiczyć.
 - W zasadzie, nie tańczę panie. Tego musiałam się nauczyć – odwzajemniła uśmiech. – Przyjaźniejsza jest mi lutnia.
 - Jestem Shapiro, wpadłaś na mnie. Pamiętasz? – zapytał ze uśmiechem.
 - Oczywiście, że tak – zachichotała. – Uriel. – ‘Jak mogłabym o tym zapomnieć?’ Shapiro parsknął śmiechem. – Śmieszy cię to? – uniosła jedną brew.
 - Oczywiście, że nie – zrobił poważną minę, jednakże chwilę potem, wybuchnęli śmiechem.


Noc była przepiękna. Niebo usypanie gwiazdami, przyciągało wzrok bawiących się elfów, na oświetlonej blaskiem księżyca polanie. Okolica wypełniła się śpiewem czystych głosów. Przyglądał się i przysłuchiwał temu wszystkiemu z uśmiechem, siedząc po drzewem. Cieszył się, że choć na chwilę mogą zapomnieć o zbliżającej się bitwie i niebezpieczeństwie jakie się z nią łączy. Upił łyk wina, które ukochał sobie w szczególności. Zauważywszy mała elfkę, goniącą za świetlikami, roześmiał się. Próbowała schwytać chociaż jednego, swoimi małymi rączkami, jednakże one czmychały jej za każdym razem. Podszedł do niej powolnym kokiem. Kucnął przed nią, łapiąc jednego. Zawstydzona spuściła głowę. Thranduil zaśmiał się, otwierając dłoń. Siedział na niej świetlik. Wzięła go na rączkę, z największą delikatnością jaką potrafiła. Niespodziewanie usiadł na jej nosie. Roześmiała się czując jak ją łaskocze.
Nagle strzała wbiła się w drzewo obok. Czarne lotki zdradziły właściciela. Elfy w popłochu zaczęły uciekać przed orkami. Jednym się to udało, a drugich martwe ciała padały na ziemie. Król dobył miecza osłaniając elfkę. Przerażona wtuliła się w jego płacz. Nie wiedziała co się dzieje. Straże stanęli do walki z parszywymi kreaturami. Wiedzieli, że zostali otoczeni. Pozostało im tylko bronić się. Za drzew wyskoczyły pierwsze monstra. Thranduil przeciął pierwszego z nich, który na nich ruszył. Dziewczynka krzyknęła przerażona, widokiem przeciętego cielska, z którego trysnęła czarna posoka. Otaczała ich śmierć. Z jej oczu wypłynęły łzy.
 - Słuchaj – zwrócił się do niej. – Będę cię bronił… Musisz uciekać – odparł atak następnego. Klingi skrzyżowały się z brzękiem. – Teraz! – wrzasnął, odpychając przeciwnika. Elfka zerwała się do biegu. Ork przeciął powietrze z prawej. Król Leśnego Królestwa, uchylił się od ataku, przebijając pierś orka na wylot. Wrzasnął, wydając z siebie ostatnie rozpaczliwe tchnienie. Elf, nie czkając chwili dłużej, ruszył na następnego. Odciął kreaturze głowę. Zauważywszy kątem oka roześmianego orka zbliżającego się w stronę dziecka, ruszył za nim w pogoń. Przeciwnik szybkim ruchem zaatakował go z lewej. Thranduil zdołał odeprzeć jego atak. Klingi wyznaczyły koło w powietrzu, aż w końcu jedna z nich wbiła się w czarne cielsko. Przerażona chwyciła Thranduila za nadgarstek. Uśmiechnął się do niej, chcąc dodać jej otuchy. Spojrzała jeszcze raz na ciało martwego orka, które jeszcze drgało pod wpływem impulsów nerwowych. Odepchnął ją nagle, przyjmując na siebie serie cisów, które były skierowane w jej stronę. Jedna wbiła się w jego pierś, a druga w nogę. Padł na kolana, czując jak jego siły słabną. Dotarły do niego stłumione krzyki i płacz dziecka. Obraz stawał się coraz bardziej niewyraźny. Padł na ziemie, widząc jak przerażeni strażnicy biegną ku niemu.

Ruszyli w kierunku Wrót Rohanu, zostawiając za sobą Helomwy Jar. Chłodny wiatr owiewał przyjemnie ich twarze. Każdy pogrążony w swoich myślach nie zwracał uwagi na otoczenie. Z każdym dniem było im coraz ciężej. Nawet Gimli zamilkł, rozważając w głowie słowa Gandalfa. Przeklinał kreatury, które zajęły Morie. Zawsze marzył by tchnąć tam życie na nowo. Pragnął usłyszeć odgłosy kucia i śmiechy wypełniające korytarze. Zdawał sobie jednakże pytanie… Czy w Morii może znów zatętnić życie?
 - Co cię trapi przyjacielu? – zagadnął go Legolas, wyrywając z rozmyślań.
 - Moria, elfie – westchnął ciężko. – Te kreatury znów ją zajęły. To cudowne miejsce na to nie zasługuje. Chciałbym, żeby znów zatętniło w niej życie, by krasnoludy wróciły do swojego domu, skoro Gandalf pokonał Balroga, to było największe niebezpieczeństwo. Teraz powstało nowe.
 - Wszystko jest możliwe – uśmiechnął się. – Prawie wszystko – dodał szeptem.


Alwina jadąc na swej klaczy, ostawała w tyle. Usiłowała sobie ponownie cokolwiek przypomnieć, jednakże wszelkie trudy szły na marne. Niemniemniej cieszyła się, że odzyskała większą cześć swoich wspomnień. Niektóre jawiły się w snach, a inne w przeżyciach. Westchnęła głaszcząc klacz po grzywie.
 - Cierpliwości gwiazdeczko – usłyszała w głowie głos Galadrieli. – Przypomnisz sobie wszystko.
 - Ile mam czekać? Zostało mi tak mało czasu… - spuściła wzrok.
 - Nie musisz wcale czekać – roześmiała się Biała Pani.
 - To nie jest łatwe – szepnąwszy, pocałowała klacz.

Wyglądała zza rogu, przyglądając się uważnie pracy ojca. Z wielką starannością oczyszczał kopyta koni. Zachwycona zwierzęciem wpatrywała się w jego czarne oczy. Koń parsknął. Przestraszona, że zdradzi swoją obecność, schowała się za rogiem. Wytężyła słuch, chcąc mieć szansę na ucieczkę.
 - Nie chowaj się – roześmiał się Ilfirin. – Wiedziałem, że się chowasz – dziewczynka niepewnie wyszła zza rogu. Spojrzała na ojca, który wyprostowawszy, uśmiechnął się do niej. – Chciałabyś go dosiąść? – zapytał, kiedy podeszła do niego. Zaskoczona wybałuszyła oczy. Rodzice nigdy nie pozwalali dosiadać jej konia, twierdząc, że na taką naukę przyjedzie jeszcze czas.
 - Naplawdę mogę? – ucieszyła się.
 - Tylko nie mów mamie – mrugnąwszy do niej, posadził ją na grzbiecie konia. – Zabije nas za to.
 - Mama wszystko słyszy – zaśmiała się, podchodząc do nich. – I popiera pomysł taty – uśmiechnęła się do niej. – Kochanie uważaj, żeby nie spaść – pouczyła córkę.
 - Kiedy będę duza, będę najszybsza na świecie- rozłożyła ręce, rozśmieszając rodziców. – Nie maltwcie się, dam sobie radę! – przytuliła się do konia.

 - Oczywiście kochanie – Míri pogłaskała jej nóżkę.

****
Cześć i czołem!
Chciałbym na wstępie powiedzieć, że byłam i jestem chora przez co rozdział oklapł. I za to was przepraszam, że wyszedł trochę słaby.
Zaopatrzyłam się w nową myszkę, więc mogę pisać!
Nie zapomnijcie, że rodziły pojawiają się co dwa tygodnie. Dlatego też w piątek go nie będzie.
Raczej nie potrwa to długo, drugi blog jest bardzo krótki.
Jestem w liceum i żeby dostać się na wymarzone studia, muszę się strać i nie potknąć się.
Muszę się ponownie zastanowić co dalej.
Rozdział jest poświęcony Uriel i Shapiro. Mały kryzys.
Mam nadzieję, że miło się czytało!
Do zobaczenia!

piątek, 16 września 2016

Informacja

Popsuła mi się myszka i niestety nie mogę wstawić rozdziału. 😢
Przepraszam.

sobota, 3 września 2016

Rozdział 22 – Pijany zakład

Wyszła z sali treningowej, zamykając za sobą drzwi. Bała się mu powiedzieć. Nie wiedziała jak zareaguje. Gandalf nie mógł się pomylić, on nigdy się nie mylił. Przymknęła oczy, nie mogąc znieść myśli, że tak łatwo dała się podejść. Weaorne wiedziała, że rodzina to mój słaby punkt. Dałam się tak łatwo zwieść. Dlaczego nie byłam czujna?! Zostałam sama i w końcu powinno to do mnie dotrzeć. Odkąd poznałam Legolas wszystko się zmieniło. Zapragnęłam żyć na nowo. Uwierzyłam, że mogę być jeszcze szczęśliwa. Założyć rodzinę z Legolasem, zestarzeć się z nim i patrzeć jak nasze dzieci dorastają. Teraz muszę sobie sama ze wszystkim poradzić. Nie pozwolę by ktoś jeszcze przeze mnie ucierpiał. Nivis oddała za mnie życie, osieracając swoje dzieci. To ja mam zginąć. Powinnam, sama ją wypełnić, bez niczyjej pomocy. Muszę wyruszyć, natomiast. Zanim ktoś się o tym dowie. Nie mogą iść za mną. To moja misja. Moje przeznaczenie, którego nie da się oszukać ani zmienić. Na mnie przyszedł już czas. Bezlitosny czas.
 - Naprawdę w to wierzysz? – usłyszała za plecami twardy głos. – Jak dowiedzą się o twoim zniknięciu, wyruszą za tobą. Postępując jak dziecko, narazisz ich tylko na jeszcze większe niebezpieczeństwo, Alwina – podszedł bliżej.
 - Dobrze wiesz, że nie powinnam mieć słabych punktów – odwróciła się nagle. – Powinnam się ich wyzbyć, a ich tylko przybywa – nie spuszczała wzroku z podłogi. – Nie tak miało być. Odkąd poznałam Legolasa moje życie się zmieniło. Pokochałam – urwała. – Mimo, że nie powinnam. Miałam się przed tym ustrzec, a to mnie dopadało ze zdwojoną siłą. Muszę to zrobić – odważyła się spojrzeć na niego. Mithrandir spojrzał na nią ze współczuciem. Widział jak bardzo cierpiała i zmagała się z rzeczywistością. Uśmiechając się ciepło, położył rękę na jej ramieniu.
 - Potrzebujesz miłości, jak każda inna osoba. To nic złego kochać, wręcz przeciwnie – uśmiechnął się smutno. – Ona cię wzmocni. Nie uciekniesz przed nią. Zrób z niej nie pokonany oręż, który zwycięży…
 - Gandalfie, co mi po miłości, skoro zaraz oddam życie? Pozostawię po sobie tylko ból i cierpienie – prychnęła, odsuwając się. – Nie zasługują na to. Żadna dobra istota na to nie zasługuje.
 - Jesteś przerażona swoimi uczuciami. Boisz się ich. Możesz uciekać, ale i tak cię dopadną – spojrzał na nią uważnie. Dziewczyna pokręciła głową. Stała przez chwilę, aż w końcu odważyła się odejść.
 - Masz racje, Gandalfie – stanęła nagle. – Jestem przerażona swoimi uczuciami, dlatego muszę wykonać tę misję sama – odeszła.
Stał na korytarzu nie widząc co robić. Nie mógł dopuścić do tego by odeszła. Patrzył na nią aż zniknęła za rogiem. Wszedł ostrożnie do sali treningowej. Spostrzegłszy Legolasa przystanął przy drzwiach, patrząc jak elf, po raz kolejny próbuje przebić środek tarczy. Jednak ta jak i inne strzały sterczały wbite na obrzeżach. Niespodziewanie klnąc po elficku, rzucił łukiem o ziemie, który rozpad się na dwie części. Dysząc ciężko, padł na kolana.
 - Co się stało z twoim wzrokiem? – zapytał twardo. – Niegdyś nie pudłowałeś.
 - Ona coś ukrywa, nie chce powiedzieć. Ostatnim razem, chciała wyruszyć sama… Prawie ją straciłem – pokręcił głową. – Nie rozumiem – książę pozbierał łuk, wstając.
 - Widzisz, ona jest teraz jak ten łuk. Rozdarta na dwie części. Thomas nie istnieje, a więc…
 - Legenda jest prawdziwa – szepnął, kończąc. – Jest coś jeszcze co powinienem wiedzieć? – zapytał czując, że to nie wszystko.
 - Chce wyruszyć sama. Jeśli chcesz ją zatrzymać, musisz się śpie…
 - Nie pozwolę jej na to! – wybiegł z sali, przerywając mu.
Był przerażony tym, że chce sama wykonać misję. Nie mógł pozwolić jej, tak po prostu odejść, bez jakiegokolwiek słowa wyjaśnienia. Mimo tego, że jego przyszłość jawiła się bez niej. Pragnął spędzić z nią każdą chwilę, aż do końca, bez względu na wszystko. Wbiegł do jej sypialni, którą dzieliła z Uriel. Wyprostował się widząc jak, przenosi na niego wzrok.
 - Gandalf ci powiedział – stwierdziła, chowając miecz do pochwy.
 - Nie zgadzam się! – podszedł do niej. – Nie pozwolę ci samej wyruszyć – odwróciła się do niego.
 - Teraz to nie ma znaczenia – szepnęła. – Nie zmienię przyszłości.
 - Alwina, kocham cię. Bez względu na to co będziesz musiała zrobić. Nie zmienię tego – złapał jej dłoń. – Nie godzę się na to, żebyś wyruszyły sama. Dobrze wiesz, że to ryzykowne. Obiecaj mi, że nie pójdziesz – spojrzał na nią z nadzieją. Westchnęła, nie wiedząc co robić. Spojrzała na ich splecione dłonie. Z jednej strony czuła, że to jej misja i nikt inny nie powinien się jej podejmować. Jednakże z drugiej strony czuła, że sama nie da rady. Nie chciała żałować swoich czynów. Spojrzała w jego pełne nadziei oczy, w których czaił się strach. Uśmiechnęła się.
 - Obiecuje – przymknęła oczy, czując jak książę ją przytula. Bez chwili wahania, odwzajemniła uścisk.

Ludzie zebrani w wielkiej sali zapomniawszy na chwilę o swoich troskach i niebezpieczeństwu, bawili się w najlepsze. Przy stołach przepełnionych jedzeniem, siedzieli spragnieni zabawy Rohańczycy. Piwo lało się kuflami przy zakładających się. Beztroskie pary tańczyły, rozmawiając głośno, chcąc zagłuszyć muzykę. Firin patrzył na to wszystko z uśmiechem. Cieszył się, że pozwolili sobie na chwilę rozluźnienia. Od dawana było to im potrzebne. Miał nadzieję, że dzięki temu wstąpią w nich nowe siły. Wstawszy podszedł do jednego z filarii, przy których stały dwie kobiety.
 - Witaj, Amice – uśmiechnął się przyjaźnie, zwracając do brunetki. – Miło cię znów widzieć
 - Witaj, Firinie – ukłoniła się lekko, na co mężczyzna zaśmiał się. - Mi ciebie również.
 - Nigdy nie zrezygnujesz z ukłonu – pokręcił głową. - Chociaż znamy się od dziecka.
 - Nigdy nie przestaniesz zwracać na to uwagi – uśmiechnęła się. – Dawno nie widziałam tu tylu uśmiechniętych twarzy – rozglądnęła się w około.
 - Tak, zasługują na to – również się rozejrzał. – Pozwolisz? – wyciągnął w jej kierunku rękę. Ukłoniwszy się, podała mu dłoń. Firin zaśmiał się ponownie. Cieszył się, że ją spotkał. Nigdy nie przestał jej kochać, jednakże kontakt z wygnańcem byłby dla niej wielkim niebezpieczeństwem. Nie mógł pozwolić by coś się jej stało. Mimo jej zapewnień, że sobie poradzi. Miał za wiele do stracenia. – Cieszę się, że cię spotkałem. Tęskniłem – spojrzał w jej oczy. Uśmiechnęła się ciepło, kładąc mu rękę na ramieniu.
 - Czekałam – szepnęła. – Będę czekać ile będzie trzeba – uśmiechnęła się pełna nadziei.

Legolas siadłszy koło Shapiro, uśmiechnął się widząc jak Alwina tańczy z Luthiasem. Mimo, że sam miał na to ochotę, mężczyzna go uprzedził. Musiał poczekać na swoją kolej. Przeniósł swój wzrok na Uriel, która zawzięcie coś szkicowała. Elfka spojrzała na portret Gimliego z uśmiechem. Zadowolona z pracy odłożyła szkicownik. Krasnolud spojrzał na nią uważnie, domyślając się kogo szkicowała.
 - Elfie! – zwrócił się niespodziewanie do Legolasa. – Chce rewanżu! – oświadczył uroczystym głosem. Książę spojrzał na niego rozbawionym wzrokiem. – Tym razem nie dam się tak łatwo podejść – wstał od stołu. – Wszystko już przygotowane – udał się w stronę Helwy.
 - Dasz mu zwyciężyć, prawda? - zapytał ze śmiechem Shapiro, widząc błysk w oku księcia.
 - Oczywiście – zaśmiał się, podchodząc do Gimliego. Stanął koło niego, przy stole wypełnionym kuflami z piwem.
 - Żadnego wylewania – oświadczył Helwa.
 - I rzygania – zaśmiał się Gimli, biorąc się łapczywie do picia. Legolas nie pozostając w tyle, chwycił pierwszy kufel. W koło nich zbierało się coraz więcej ludzi. Stawiali na swoich faworytów, będąc pewnym swej wygranej. Z zaciekawieniem i nadzieją, przyglądali się jak kolejne kufle zostają opróżnione, przez co, co chwile donoszono kolejnych. Żaden nie pozostawał w tyle. Kiedy jeden brał kolejny, drugi już zaczął. Krasnoludowi piwo ciekło po brodzie, a piana zostawała na wąsach. Pragnął za wszelka cenę wygrać.
 - Widzisz elfie! – zaśmiał się Gimli, biorąc kolejny kufel. – Od ostatniej potyczki dużo ćwiczyłem!
 - Nie wątpię – zaśmiał się w odpowiedzi książę, pijąc coraz wolniej.
 - Ha! Widzę, że nie dajesz rady! – znów się roześmiał. Książę siląc się, by wydobyć z siebie jak najlepszy talent aktorski, przechylił głowę do tyłu, wlewając w siebie ostatnie krople z kufla. Zachwiał się na nogach, zataczając koło. Podniósł palec, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył, gdyż padł na ziemie. Gimli widząc to widowisko, zadowolony z siebie, pił dalej. Wkrótce Helwa podniósł jego rękę. Przegrani, jęknęli niezadowoleni, słysząc śmiech wygranych i widząc ich radość. Niechętnie oddali sumę, którą obstawiali.
 - Oto zwycięzca! – ogłosił Helwa.
 - Jeden:jeden! – krzyknął z wielkim uśmiechem Gimli. – Jestem nie pokonany! – padł na ziemie.

Alwina ze śmiechem przyglądała się tej scenie. Cieszyła się, że przyjaciele są szczęśliwi i zaczyna się im układać. Luthias zapomniał o zaręczynach, nie robiąc jej żadnych wyrzutów. Uriel tańczyła w objęciach narzeczonego, nie zważając na cały świat. Nawet Gimli znalazł swoje szczęście.
Ku zdziwieniu innych, Legolas podniósłszy się z ziemi, wytrzepał ubrudzone ubranie. W takim wypadku, nie dało się rozstrzygnąć tego pojedynku.
 - Nic mu nie mówcie – uśmiechnąwszy się, udał się w stronę Alwiny.
 - To bardzo szlachetne – podała mu kubek wody. – Znam Gimliego od bardzo dawna i nie widziałam, żeby się jeszcze z kimś tak bardzo zaprzyjaźnił – spojrzała na krasnoluda. Legolas wypił wodę.
 - Dziękuję, tego było mi trzeba. Piwo nie należy do najprzyjemniejszych napojów – odłożył kubek. - Dla przyjaciół jestem w stanie zrobić wszystko. Gimli zasłużył na wygraną. Niestety elfa nie da się upić – zaśmiał się. – Pozwolisz? – wyciągnął w jej stronę rękę, którą chwyciła.
 - Z chęcią – uśmiechnęła. Dołączyli do tańczących par. Dziewczyna położyła mu drugą rękę na ramieniu, a on objął ją w tali. Schowała twarz w jego szyi.
 - Man mathach? (Jak się czujesz?) – zapytał szeptem.
 - Sí? (Teraz?) – uśmiechnęła się.
 - Mae. (Tak.)
 - Mathon maer. (Dobrze.) Hannon le, Legolas (Dziękuję, Legolas)– spojrzał na nią z uśmiechem.

Gimli po krótkiej drzemce, podpierając się o ławkę, wstał. Beknąwszy, przysiadł się do stołu. Był z siebie dumny. Nie każdemu przychodzi wygrać z elfem, w dodatku tak dobrze urodzonym. Podparł swoją głowę, czując jak pulsuje mu w czaszce. Burknął coś pod nosem, przeklinając ból głowy. Firin uśmiechając się życzliwie, dosiadł się do niego, podstawiając mu pod nos talerz pełen jedzenia. Gimli odwrócił wzrok, nie mogąc na nie patrzeć.
 - O nie! Więcej już nie przełknę – potrząsnął głową. Po chwili jednak, spojrzał na nie ukradkiem. – Czy to pieczeń? – spojrzał na smakowity kąsek. Od razu pożałował swoich słów. Dawno nie jadł takiego posiłku, jakie przyniósł mu Firin. Począł się zastanawiać, jak odkręcić swoje wcześniejsze słowa.
 - Smarowana miodem – zaśmiał się, widząc jak mina mu rzednie.
 - Może jednak się skuszę. Zrobiłbym przykrość kucharzowi, gdybym jej nie spróbował. Jestem pewny, że znajdę jeszcze trochę miejsca w żołądku, dla tak wspaniałej pracy – zaczął pałaszować. Firin przypominając sobie o swoich zamiarach, spoważniał.
 - Chciałbym, żebyś osiadł z pobratymcami tutaj, w Helowym Jarze. Po wojnie kiedy obejmę tron, chciałbym, ci przekazać kryjówkę Helma w opiekę. Stworzysz tu swoje królestwo – spojrzał na jego zdziwioną minę. Krasnolud nie krył swojego zaskoczenia.
 - Nie wiem, czym sobie zasłużyłem na tak hojny dar, Firinie.
 - Toron bardzo szybko podbił najpierw Helmowy Jar. Myślę, że najwyższa pora stworzyć tu królestwo – wrócił pamięcią do tamtego czasu. Od tamtej pory wszystko się zmieniło.
 - Nie jestem godzien nazywać się władcą. Są dużo szlachetniejsi niż ja. Nie uważasz, że bardziej na to zasługują? – zauważył krasnolud.
 - Nie oddałbym kryjówki Helma pierwszemu lepszemu szlachcicowi. Ludzie potrzebują prostego przykładu. Jesteś waleczny i oddany. Mądrość w sprawach państwowych przybywa z czasem. Nikt się z nią nie rodzi. Uważam, że jesteś dobrym wyborem – oświadczył z uśmiechem. – Moi poddani nie będą mieli nic przeciwko, wręcz przeciwnie, zyskamy silnego sojusznika.
 - Skoro tak uważasz, również uznam to, za rozsądną decyzje. Zaszczytem będzie dla mnie twoja propozycja, Firinie. Masz mój topór. Mam nadzieję, że cię nie zawiodę, a nasze królestwa będą rozwijały się w dostatku.
 - Jestem tego pewien, przyjacielu – zaśmiał się, kładąc mu rękę na ramieniu.

Uriel tańczyła w objęciach Shapiro. Czuła, że ukochany coś ukrywa, jednakże nie wiedziała jak to z niego wydobyć. Gdy pytała o to, słyszała wciąż tę samą zbywającą odpowiedź. Nie chciała by zostawał sam ze swoimi problemami. Chciała mu pomóc, tak jak on to robił, kiedy ona tego potrzebowała. Mieli wkrótce zostać małżeństwem i wspierać się we wszystkich sprawach. Nie chciała poruszać tego tematu przy wszystkich, ale to mogła okazać się później jedyna dobra chwila.
 - Ukochany, wiem… Wiem, że coś cię dręczy – szepnęła, chcąc by wszystko jej opowiedział.
 - Uriel – westchnął. – To nie jest odpowiednie miejsce na tę rozmowę. Chodź – pociągnął ją w stronę sypialni. – Nie będziesz walczyła w Bitwie Narodów - wydusił z siebie, gdy już dotarli na miejsce. Elfka spojrzała na niego zaskoczona. Nie wiedziała co powiedzieć. Śmiać się czy być wściekłą. Shapiro nigdy nie zabraniał jej walczyć.
 - To żart? Żartujesz, prawda? – spojrzała na niego zdezorientowana, nie rozumiejąc.
 - Nie będziesz walczyła – powiedział twardym głosem, nie znającym sprzeciwu.
 - Nie możesz mi rozkazywać! Nie masz prawa! – warknęła wściekła. Nie rozumiała jego postępowania.
 - Właśnie, że mogę! I to zrobię! – warknął. Za wszelką cenę chciał ją chronić. Nie mógł pozwolić by coś się jej stało, zwłaszcza kiedy zostali rodzicami.
 - W takim razie, z nami koniec! – krzyknęła wściekła. Przerażony Shapiro stanął jak osłupiały, patrząc na nią zdezorientowanym wzrokiem. Jakby do niego nie dotarło to, co się właśnie stało. Przerażona swoimi słowami Uriel, chciała wszystko odkręcić, ale Shapiro wyminąwszy ją, odszedł, zostawiając  tym samym samą. W korytarzu minął Alwinę, która widząc minę elfki, przeprosiła Legolasa. Weszła do sypialni, w której zastała zapłakaną elfkę. Bez słowa, przytuliła ją.
 - Zabronił mi walczyć, więc zerwałam zaręczyny – szepnęła przerażona. – On mi tego nie wybaczy.

Po kilku dniach podróży i przeprawie przez góry w końcu dotarli na miejsce. Musieli działać pod osłoną nocy, tak by nikt ich nie nakrył. Zsiadłszy z koni, zapukali trzy razy do drzwi. Kiedy po dłuższej chwili nikt nie otworzył, sami weszli. Starzec, widząc mężczyzn zatrzymał się na schodach, w opół kroku. Nie wiedział co to ma znaczyć.
 - Przysyła nas król Aragorn. Grozi ci nie bezpieczeństwo, więc mamy ci je zapewnić. Masz spakować swoje rzeczy, Eryku – oznajmił jeden z nich. Starzec spojrzał na nich podejrzliwie. – Wyruszamy do Erech.
 - Skąd mam wiedzieć, że to nie podstęp Torona? – zapytał.
 - Król przewiedział i to – podał mu list. Widniała na niej królewska pieczęć. Ostrożnie otworzył list.
Drogi Eryku,
Odkąd dowiedziałem się o czynach Torona, jestem nie spokojny o twoje życie. Wiem, że bycie sprzymierzeńcem dobra wiele cię kosztuje, dlatego też, chciałbym zapewnić ci bezpieczeństwo w moim Królestwie. Mam nadzieję, że nie odeślesz mych posłańców z powrotem.
Twój przyjaciel,
Aragorn

 - Uzupełnijcie zapasy, jedzenie nie powinno się marnować – zniknął na piętrze.
****
Cześć i czołem!
Co tam u was? U mnie już lepiej i mam nadzieje, że wena dopisze.
Rozdziały będę pojawiały się co dwa tygodnie, dopóki nie skończę drugiego bloga. Połowę mam już tam za sobą.
Ten rozdział pisałam ponownie, ponieważ poprzedni przesz przypadek usunęłam. Wyszedł dłuższy, więc mam nadzieje, że również lepszy.
Z boku macie ankietę, na temat playlisty, która jest na górze. Nie korzystam z tych utworów, gdy piszę rozdział. Tak, więc zadecydujcie.
Jeśli chcecie bym dodała jakiś bohaterów do zakładki ‘Bohaterowie’ piszcie, jednakże myślę, że te które przybyłe są epizodyczne. Z Firinem niedługo będziemy się np. żegnać. Decyzja należy do was.
Mam dylemat jak zakończyć tę historię pod dwoma względami. Znając życie, pewnie coś wymyśle na ostatnią chwilę. No cóż… Gdy w grę wchodzą ulubieni bohaterowie, czasem tak bywa.
O! Jest jedna bardzo ważna rzecz. Po rozdziale 23 zacznie się ostatnia księga, trzecia. Dla mnie osobiście bardzo ważna.
Staram się, żeby było jak najmniej błędów.
Mam nadzieje, że miło się czytało! :)
Pozdrawiam!
Do zobaczenia!

czwartek, 1 września 2016

Informacja

Cześć i czołem!
Wiem, że rozdział miał się pojawić dzisiaj, ale muszę to przełożyć na za tydzień.
Do zobaczenia!