sobota, 23 lipca 2016

Rozdział 20 – Witaj z powrotem cz.1

Słońce chyliło się ku horyzontowi. Dzieci nękane przez mroźny wiatr pochowały się w domach, obserwując świat przez okna. Ludzie niestrudzenie szli w swoim kierunku, chcąc jak najszybciej schować się w bezpiecznym i ciepłym miejscu. Drozd, który pilnie wypatrywał świty Torona, siedział na jednym z dachów. Widząc, więc niewielki oddział z władcą na czele, wzleciał w powietrze. Najszybciej jak to było możliwe, znalazł się na oparciu fotela Eryka. Starzec uśmiechnął się do niego.
 - Idą tu. Proszę schowaj się – spróbował ostatni raz. Przez dwa dni, swoimi namowami i prośbami nic nie wskórał. Eryk, upierał się cały czas przy swoim.
 - Nie, mój drogi przyjacielu – pozwolił mu wejść na dłoń. – To moja misja. Ważne, że drużyna znalazła się w bezpiecznej odległości. Uciekaj! Nie mogą cię tu znaleźć. To niebezpieczne – położył go z powrotem na oparciu. Drozd przyglądał się mu chwilę. Nie chciał go zostawiać, ale jeżeliby przeżył, musiał o niego zadbać. Niechętnie wzbił się w powietrze i odleciał. Starzec przełknął ślinę, słysząc jak walą do drzwi. Podniósłszy się ociężale, poszedł otworzyć. W drzwiach stanął Toron. Uśmiechnął się do niego, czochrając po głowie. Eryk zdobywając się na cierpliwość, uśmiechnął się. – Proszę wejdźcie – zaprosił ich do środka. Blond włosy mężczyzna popchnął go do sieni. Starzec upadł na ziemie.
 - Przeszukać dom. Gdzie oni są? – splunął na niego. – Gdzie Varya i reszta błaznów?! – Cisza. – Gdzie! – kopnął go. Eryk jęknął z bólu, podnosząc się. Dam im to, czego chcą. Varya nie istnieje.
 - Wyruszyli do Erech – sapnął. – Czeka tam na nich Thrand… - nie dokończył, gdyż Toron uderzył go w twarz. Wściekły chwycił go za koszule.
 - Łżesz! – ryknął. – Ten elficki pomiot, nie ruszyłby się ze swojego królestwa!
 - Czeka tam na nich Smocza Księżniczka – jęknął.
 - Znasz ją – warknął.
 - Ty również – uśmiechnął się pod nosem. Wiedział, że ryzykuje takim zachowaniem. – Miałeś ją cały czas przy sobie  – plunął na niego. Toron ponownie go uderzył. Eryk padł na ziemie, zwijając się z bólu.
 - Nie ma śladu, po żadnym z nich – zameldował jeden z żołnierzy.
 - Gdzie Varya?! – ryknął, przydeptując jego rękę.
 - Poszła z nimi! – jęknął z bólu. Rozwścieczony Toron zaczął go kopać. Z ust Eryka wypłynęła krew, a oczy naszły łzami. Nie mógł się postawić. Najważniejsze, że wzięli ze sobą palantir.
 - Toronie! – Maden chwycił jego rękę. – Jeśli go zabijesz, wzbudzisz podejrzenia. Twój autorytet podupadnie, a ta cała hołota zacznie coś podejrzewać. Uchwycimy ich przed górami, na piechotę nie mają szans. Potem zajmiemy się palantirem – Toron wyrwał swoją rękę.
 - Wyruszymy do Helmowego Jaru, dzisiaj – splunąwszy na starca, udał się do wyjścia. – Na twoich oczach, Varya będzie cierpieć! – warknąwszy, wyszedł. – Te ścierwa zapłacą mi za wszystko!

Eryk leżał na ziemi, dopóty dopóki nie opuścili jego domu. Wtedy podniósł się z trudem i usiadł na fotelu. Toron okazał się sprytniejszy niż podejrzewał. Miał nadzieje, że Alwina jest blisko twierdzy.

Tamtej nocy żadna chmura nie przesłoniła nieba, pozwalając gwizdom świecić pełnym blaskiem. Drużyna przebadawszy nieduża grotę, rozbiła w niej obóz. Nie mogąc rozpalić ogniska, przykryli się kocami. Uriel już dawno spała w objęciach Shapira. Elf delikatnie gładził jej ramie. Bitwa zbliżała się nieubłaganie, a on bał się o swoją przyszłą żoną. Rozterki nie pozwalały mu spać już od kilku dni. Mam jej pozwolić walczyć? Nie mogę jej stracić. Pole bitewne, to zdecydowanie nie jest miejsce dla niej. Ktoś musi zaopiekować się naszymi dziećmi, jeżeli nie przeżyje… Nie pozwolę jej. Będzie na mnie wściekła. Muszę z nią o tym porozmawiać. Przecież nie zamknę jej przed bitwą. Położył głowę na jej, zamykając oczy. Gimli z Luthiasem zdecydowali, że będą spali razem pod dwoma kocami. Noc okazała się dużo mroźniejsza, niż wydawała się na początku. Na nieszczęście jego towarzyszy, krasnolud przez cała drogę opowiadał o skałach i ich zastosowaniach. Nie chcąc zrobić mu przykrości, przytakiwali głowami. Nawet przed snem, układał w głowie listę, rzadko spotykanych skał, na północy. Alwina spojrzała na krasnoluda z wielkim uśmiechem, słysząc jak mruczy przez sen nieznane jej nazwy. Nie mogła zasnąć. Cały czas układała w głowie scenariusze, przebiegu spotkania, Eryka z Toronem. Mógł być już martwy. Szybko odtrąciła od siebie tę myśl, nie pozwalając wziąć emocją górę. Spojrzała na Legolasa. Ostatnio dzięki niemu zasnęłam, może teraz…
 - Legolas – szepnęła. – Legolas…
 - Hm…? – podniósł jedna powiekę. – Coś się stało? – poprawił się, spoglądając na nią uważnie.
 - Mogę się przytulić? – jej policzki poczerwieniały. Cieszyła się, że jest wystarczająco ciemno, by tego nie zauważył. – Nie mogę zasnąć. Boje się o Eryka – elf z uśmiechem, wyciągnął rękę w jej stronę. – Dziękuję – szepnęła, kładąc głowę na jego klatce piersiowej. Przymknęła oczy, słysząc spokojne bicie jego serca. – Dziękuje – szepnęła zasypiając.

Siedziała na drzewie, a jej nogi wolno kołysały się w powietrzu. W jej głowie nadal rozbrzmiewały słowa mamy. Czuła, że już jej nie ma. Wiedziała, że została sama. Mimo, że znała Elronda, od przybycia do Mrocznej Puszczy, nie odezwała się do nikogo. Bała się, że to przyniesie nie odwracalne konsekwencje. Nie wiedziała, kto wie kim jest, a kto nie. Rodzice nigdy nie kazali jej rozmawiać z obcymi, ani zdradzać swojego pochodzenia.
 - Co lobisz? – zza krzaków wyszedł mały elf, obserwujący ją od dłuższego czasu. – Jestem Legolas – wyciągnął do niej rękę. Dziewczynka spojrzała na niego podejrzliwie. Już kiedyś słyszała to imię, ale nie mogła sobie przypomnieć gdzie. Zlazła z drzewa, najostrożniej jak potrafiła. Sprawę ułatwiło jej to, że jeszcze w tedy było niskie. – Czemu się nie odzywasz? Tatuś powiedział, że możesz się już nigdy nie odezwać. Powiesz jak masz na imię? – spojrzała na niego podejrzliwie. – W Mlocznej Puszczy nic ci nie grozi. A jak będzie, oblonie cię – pokazał swój mały łuk. Księżniczka zaśmiała się widząc, jak trudzi się by założyć strzałę. Bez słowa wyrwała mu broń. – Ej! To moje!
 - Zlobisz sobie tlzywdę – zaśmiała się. – Jestem Alwina – wyciągnęła rękę.
 - Legolas – uścisnął ją, kłaniąc się. Dziewczynka znów się roześmiała.
 - Co ty lobisz?
 - Tatuś, zawsze się tak wita z paniami. Biorę z niego przykład – uśmiechną się, ukazując dziurę po zębie. – Tylko on jeszcze całuję w lękę, a to jest blee – skrzywił się. – Choć, – pociągnął ją za rękę. – oprowadzę cię. Znam miejsca, których nikt zazwyczaj nie odwiedza, a są wspaniałe. Tatuś mówił, że jesteś w moim wieku. Rzadko przyjeżdżają elfy, z którymi mógłbym się pobawić.

Otworzyła powoli oczy, mrużąc je od porannego światła. Wszyscy jeszcze spali. Spojrzała na śpiącego Legolasa, który obejmował ją ręką. Chciałabym, żeby to było wspomnienie. Westchnęła zrezygnowana. Miałabym już jakieś oparcie. Jednakże skoro to był sen… Z rozmyślenia wyrwało ją rżenie koni. Wstała, uważając by nie obudzić księcia. Lękliwie stanęła na skraju groty. Na zewnątrz stały cztery konie. Ostrożnie podeszła do jednego z nich. Klacz podniosła na nią wzrok. Niepewnie pogłaskała ją po chrapach. Zaczęło się jej kręcić w głowie. Zdezorientowana chwyciła się klaczy.
 - Nie uciekniesz mi! – w jej głowę rozbrzmiał głos. – Masz szczęście, że żyjesz. Dużo nie brakowało, ale ten starzec, jak zawsze musiał się wtrącić. Sczeźniesz w lochach – warknął. – Myślałaś, że ukryjesz przede mną prawdę? Twoja legenda to tylko obłuda, dająca nadzieje całemu plugastwu!
 - Kim jesteś?! – krzyknęła z bólu, upadając na kolana. Przerażona koniec odsunęły się od niej.
 - Kimś, kto pokaże im prawdę, o tobie – warknął.
Ucisk w głowę był nie do zaniesienia. Krzyczała na całe gardło, zwijając się z bólu na ziemi. Przerażona drużyna wybiegła z groty. Książę wziął ją w objęcia, próbując uspokoić. Szeptał po elficku słowa, mając nadzieje, że przyniosą jakikolwiek skutek. Dziewczyna pod ich wpływem zaczęła się coraz bardziej miotać i wyrywać.
 - Alwina – ujął jej twarz w dłonie. – Jestem tu. Słyszysz? Jestem – pocałował ją w czoło. Przerażona otwarła oczy. – Cii – przytulił ją. – Weaorne, już wie – spojrzał na zdezorientowanych towarzyszy. – Alwina musi jak najszybciej odzyskać pamięć – wtuliła się w niego, przymykając oczy.

Leżała osłabiona na ziemi. Podniosła się z ledwością, jednak gdy zrobiła krok upadała. Była wyczerpana. Nie miała siły. Chciała po prostu sczeznąć. Znów podeszli do niej orkowie i zaczęli nowe tortury. Tortury, które trwały wieki.
 - Ma być cała – ostrzegł kobiecy głos. Jej napuchnięte oko, z ledwością dostrzegało kobiecą sylwetkę. Kolejny cios biczem z haczykami. Następne strzępki koszuli padały na ziemie, a na jej ciele powstawały kolejne rany i oderwane kawałki skóry. Chciała tego. Miała dosyć życia z myślą, że zginie. – Nie uda ci się – zaśmiała się szyderczo.
 - Skończ to wreszcie! No już! Chce mieć to za sobą! Dalej! – krzyczała ze Łzami w oczach.
 - Nie tak prędko kochana. Pomęczę cię trochę – splunęła na nią. – Brać ją! - zaczęli ciągnąć ją po ziemi.

 - Muszę nauczyć się walczyć – oderwała się od niego. – Wiem jak powstrzymać Weaorne. Do tego jednak będzie mi potrzebny miecz – Legolas pomógł jej wstać. – Musimy wyruszyć, najszybciej jak to możliwe. Najlepiej zaraz.
 - Musze zdjąć szwy Legolasowi – wtrąciła Uriel. – Pomożesz mi.
****
Cześć i czołem!
Rozdział jest dzisiaj, ponieważ nie wiem dlaczego, ale blogger nie dodaje mi postów mimo iż wybieram sobie odpowiedni dzień i godzinę, Tak, więc ten rozdział jest za przyszły piątek. :)
I jest cześć pierwsza ponieważ to zdązyłam poprawić. W piatek dużo sie działo, i to był mój najwspanialszy dzień w życiu. Tak, więc mam nadzieje, że się nie gniewacie. 
Kiedy to czytacie, pewnie siedzę na plaży! Tak, więc pozdrawiam was ciepło.
Nie wiem dlaczego, ale ten rozdział pisało mi się bardzo ciężko. I wyszedł średni. Miewałam zdecydowanie lepsze rozdziały.
Jeżeli zauważyliście jakiś błąd, proszę napiszcie mi. Chcę się też czegoś od was nauczyć. :)
Do zobaczenia!

piątek, 22 lipca 2016

Rozdział 19 – Rozdarcie

Podreptał chwile w miejscu, szykując się do odlotu. Nastroszywszy swoje pióra, odleciał. Wiedział, że to niebezpieczne, ale ta pomoc była jakże konieczna. Trzepotał skrzydłami, jak tylko szybko wiatr mu na to pozwalał. Zleciał w dół, lecąc bocznymi uliczkami miasta. Musiał być ostrożny. Nie mógł ściągnąć na nich niebezpieczeństwa. Cały plan spalił by na panewce. W końcu zatrzymał się na parapecie, od strony ogrodu. Zastukał trzy razy w szybę i czekał, uważnie przyglądając się wnętrzu. Niecierpliwiąc się powoli, zastukał ponownie trzy razy. W tedy okno otworzyło się, a drozda wziął na rękę starzec. Tak jak mu wcześniej obiecał, na drewnianym talerzu przygotował dla niego posiłek. Ptak z wielką chęcią zeskoczywszy z jego dłoni, zaczął pałaszować. Mężczyzna z uśmiechem przyglądał się temu obrazkowi. Lubił tego malca. Był doskonałym towarzyszem na samotne dni. Nigdy o nim nie zapominał. Codziennie zostawił mu na parapecie trochę ziarenek, a zimą pozwalał siedzieć w domu.
 - Dziękuje Eryku – podziękował kończąc jeść. Podniósł na niego główkę, uważnie przyglądając się jego twarzy. – Dopiero teraz zauważyłem jak bardzo się zestarzałeś – zakwilił, na co człowiek roześmiał się.
 - Dziękuję – uśmiechnął się ciepło. – W pełni na to zasłużyłeś – pogłaskał go. – Pomagasz mi, dla mnie to bardzo cenna pomoc. A więc czego się dowiedziałeś? Mów…
 - A więc… Hm… Planują napaść na twych towarzyszy. Muszą uciec jeszcze dziś. W innym wypadku dogonią ich. Varya zostanie zmuszona do poślubienia Torona. Za Księcia będą żądali okupu, Uriel zostanie służącą, a resztę wcielą do wojska – gorączkował się. - Za trzy dnia mają ich zamknąć w lochach. Jeśli wyruszą dzisiejszej nocy zdążą przedrzeć się przez góry.
 - Masz racje, muszą wyruszyć już dziś – spojrzał tępo w ścianę.
 - A ty?! Eryku! Zrobią ci krzywdę! – zezłościł się. – Musisz z nimi uciekać! – nie podobał mu się jego pomysł. Zdecydowanie to nie był czas na zgrywanie bohatera.
 - Nie mogę. Będą podejrzewać spisek. Muszę zostać, bez względu na konsekwencje. Nie mam innego wyjścia – westchnąwszy, spojrzał na niego.
 - Dobrze, jednakże pozwolisz mi się informować o biegu wydarzeń – postawił warunek.
 - Oczywiście – uśmiechnął się. – Nie masz się o co martwić. Jakby wyszedł w oczach ludu, krzywdząc starego i dziwnego starca? To zachwiałoby jego pozycje, a w ludziach pojawiłyby się wątpliwości. Oni myślą, że stoi po naszej stornie. Dlatego porwał Legolasa w nocy. To Książę Leśnego Królestwa – uśmiechnął się.
 - Niech ci będzie. Jednakże proszę, uważaj na siebie. Na mnie już czas. Do widzenia – pożegnawszy się, poderwał się ze stołu i wyleciał przez otwarte okno. Eryk westchnął ciężko mając w głowie najczarniejsze myśli. Do jego głowy wkradł się nawet strach, którego tak dawno nie zaznał. Jeżeli złapią ich w drodze? Jak Alwina wyjaśni swoje nagłe odejście? Drozd ma racje. Muszą wyruszyć tej nocy, by znaleźć się za górami. Będzie mi jej brakowało. Wlała w ten dom życie. Pozwoliła mi odkryć na nowo miłość. Mimo, że nie jestem jej dziadkiem, pozwoliła mi nim zostać. Z żoną nigdy nie doczekaliśmy się dzieci, wiec wnucząt tym bardziej. Ona jest jak promyk. Niech Legolas jej nie wypuszcza. Nie czekając ani chwili dłużej, zaczął zawijać lembasy, na które dostał przepis od starego przyjaciela. Po godzinie byli gotowi do wymarszu. Usiadł, więc zmartwiony na swoim fotelu, próbując poukładać rozszarpane myśli. Spodziewał się tego, jednakże sprawy przyspieszyły.

Kręcił się przed szopą w te i z powrotem. Nie miał pojęcia jak zacząć rozmowę. Okazało się to dużo trudniejsze niż podejrzewał. Bał się reakcji dziewczyny. Powiedziałem A, muszę powiedzieć B. Najwyżej mnie zbeszta. Nie powinienem był tego robić. Jednakże przy niej zapominam o wszystkim. Westchnął ciężko, idąc jak na skazanie. Zatrzymał się w progu, obserwując ją. Uśmiechnął się widząc jak czyści konia, mówiąc do niego.
 - Jesteś piękny. Chciałbym mieć swojego – pocałowała go.
 - Masz piękną klacz, Ninquëtinwë – wszedł powolnym krokiem do środka. Przestraszona natychmiast odwróciła głowę. – Niedługo ją pewnie poznasz. Jest bardzo szybka i potrafi wysoko skakać – pogłaskał konia po chrapach. – Pełna majestatu – uśmiechnął się do niej. Nastała niezręczna cisza. Legolas nie wiedział jak zacząć, więc cały czas układał w głowie słowa. Alwina nie mogąc jej znieść, powróciła do poprzednie wykonywanej czynności. – Varya… Ten pocałunek…
 - To mnie kochasz, prawda? – przerwała mu. – Dlatego się tak zachowywałeś – przerwała czesanie. – Nie potrafiłeś ze mną przebywać – spuściła wzrok.
 - Tak, ja…
 - Nie przepraszaj za to – ponownie mu przerwała. – Nie można żałować pocałunku z ukochana osobą. Rozumiem to. Tylko… Nie pamiętam żadnej chwili spędzonej z tobą. Ciągnie mnie do ciebie coś, czego nie potrafię wyjaśnić w żaden sposób. Czuję jakąś dziwną więź między nami. Nie wiedziałam jak to wyjaśnić, aż do teraz. Moje serce chce z tobą przebywać – mówiła coraz szybciej. – Myślałam, że to dlatego, że jesteś przystojny, jednakże – urwała, przerażona swoimi słowami. Bez namysłu wróciła do czesania wierzchowca.
 - Uważasz, że jestem przystojny? – uśmiechnął się zawadiacko, co się jej nie spodobało.
 - No wiesz… - zaczęła. – Pewnie każda elfka w Mrocznej Puszczy za tobą, szaleje. No i mają do tego powody, więc… - coraz bardziej się pogrążała.
 - Przede wszystkim muszę być wzorem do naśladowania – zaśmiał się. – To niezwykle trudne – mrugnął do niej. - Nie musisz się wstydzić – ponownie się zaśmiał. – To tylko ja.
 - T-tak. – Albo i aż. Coraz bardziej się pogrążam. Jak to możliwe, że on tak na mnie działa. Plącze mi się język jak nigdy. Jąkam się! Nigdy się nie jąkałam! – Chciałbym coś pamiętać – westchnęła ze zrezygnowaniem. – Wszystko byłoby łatwiejsze. Obiecuje… Jeżeli sobie coś przypomnę, pierwszy będziesz o tym wiedział – uśmiechnęła się.
 - Mam nadzieje. Tak właściwie to przyszedłem, żeby zabrać cię na spotkanie. Eryk powiedział, że to bardzo ważna sprawa. Związana z dalszą podróżą. Możliwe, że wyruszymy dużo wcześniej, niż mieliśmy w zamiarach – spuścił wzrok. Dziewczyna spojrzała na niego smutnym wzrokiem.

Cała siódemka zebrała się w sieni. Eryk przez długą chwilę milczał, ignorując pytania przyjaciół. Zdając sobie jednak sprawę, z upływającego czasu, wyprostował się w swoim fotelu. Spojrzał na drużynę pustym wzrokiem, a ostatecznie na swoja wnuczkę. Wiedział, że może jej już nigdy nie zobaczyć. Westchnął ciężko, zaplatając ręce.
 - Wyruszycie jeszcze tej nocy, jeśli chcecie być żywi. Za trzy dni będziecie siedzieć w lochach. Zmuszą was do służenia Toronowi. W końcu odkryje kto jest Smoczą Księżniczką, ponieważ ma zamiar ją poślubić – nie odrywał wzrok od twarzy Alwiny.
 - A ty? – zapytała, przeczuwając najgorsze. – Co z tobą? – dopytywała zniecierpliwiona ze łzami w oczach. Nie pozwolę mu zostać. Zrobią mu krzywdę. Toron jest bezlitosny. Zabije go, za pomoc Smoczej Księżniczce.
 - Zostaje. Ktoś musi im powiedzieć, dlaczego wyruszyliście. A po za tym, będę was tylko spowalniał – jego oczy naszły łzami. – Moje życie i tak dobiega końca.
 - Zrobią ci krzywdę! – przełknęła ślinę, a po jej poliku płynęła łza. – Nie możesz zostać – padła do jego kolan, chwytając za dłonie. – Nie zostawię cię tu – łkała w nie.
 - Nie masz wyboru – powiedział oschle. Wiedział, że musi być silny. – Idźcie spać – nie zważając na dziewczynę, odszedł. Siedziała zaskoczona na ziemi. Już kiedyś to czuła…

 - Mamusiu! – wołała płacząc. – Boje się! – wtuliła się w nią.
 - Wszystko będzie dobrze – przytuliła ją, chowając się w sianie.
 - A blaciczek?
 - Patrzy na nas – uśmiechnęła się ze łzami w oczach.
 - Już nigdy go nie zobaczę? – znów się rozpłakała.
 - Zobaczysz… - pogłaskała ją po główce. – Obiecuje. Zobaczysz i mnie i tatę i braciszka.
 - Míri, uciekajcie! – wrzasnął Ilfirin, wydając z siebie ostatnie tchnienie.
 - Alwina, skarbie posłuchaj mnie – chwyciła jej twarzyczkę. – Musisz uciekać. Biegnij do Mrocznej Puszczy. Jeżeli usłyszysz tam nocne śpiewy, zacznij wołać mnie po imieniu. Pomogą ci – pocałowała ją. – Biegnij i nie zatrzymuj się – po jej policzkach spływały łzy. – Uciekaj! – dziewczynka co sił w nogach, puściła się w las, a jej matka dobyła miecza.
 - Obiecuje – szepnęła patrząc ostatni raz na płonący dom.
Płacząc, uciekała ile sił w nogach. Obiecała mamie, że się nie zatrzyma. Musiała dotrzymać obietnicy, oni by tego chcieli…

 - Alwina – podjęła Uriel.
 - Zostawicie mnie- warknęła, bliska płaczu. Shapiro chwyciwszy dłoń zaskoczonej Uriel, wyszedł z sieni. W jego ślady poszedł Gimli wraz z Luthiasem, mającym przed oczami obraz płaczącej księżniczki. Legolas podniósłszy się z fotela, stał przez chwilę. Wahał się. Nie wiedział czy zostać, chociaż tego najbardziej w tamtej chwili potrzebowała. Czyjegoś ciepła. Podszedł do niej, niepewnym krokiem. Pomógł jej wstać. Bez namysłu popchnęła go, hamując łzy. Zaskoczony, stanął jak osłupiały. – Zostaw mnie – warknęła. – Chce być sama – odwróciła się, chcąc odejść, ale nie pozwolił jej. Legolas chwyciwszy jej rękę, przyciągnął do siebie i przytulił. Wstrząsnął nią niepohamowany szloch. – Zrobią mu krzywdę – łkała. Książę położył rękę na tyle jej głowy. Jego spokojne bicie serca stopniowo ją wyciszało.
 - Cii – ucałował jej głowę. Nim się zorientował, dziewczyna zasnęła w jego objęciach. Podniósł ją, a ona objęła jego szyję, wtulając się nią. Zaniósł ją do jej sypialni. Położył delikatnie na łóżku i przykrył kołdrą. Niespodziewanie dziewczyna złapała go za rękę. Uśmiechnął się.
 - Proszę, zostań – szepnęła.
 - Śpij – ucałował jej czoło.
 - Zostań – szepnęła po raz drugi. – Nie zasnę bez ciebie – otwarła oczy. – Proszę… - uśmiechnął się do niej. I co mam teraz zrobić? Nie powinienem spać z nią w jednym łóżku. Chyba raz mogę nagiąć zasady. Przecież nic się takiego nie stanie. Położył się koło niej. Położyła głowę na jego klatce piersiowej, by znów usłyszeć bicie jego serca, które ją uspokajało…

Szła kolejny dzień. Wykorzystywała każdą rzecz, której nauczyli jej rodzice. Tak po kilku dniach w końcu dotarła na skraj Mrocznej Puszczy. Zlękniona spojrzała na gęstwinę, lecz przypominając sobie słowa mamy, otarła szybko łzy i pobiegła. Wszystko zrobiło się ponure, a z każdej strony dochodziły ją głosy, nie należące do elfów. Maszerowała zmęczona już kilka dni. Nie rozpoznała dnia i nocy. Każdy dzień był ciemny. Kiedy nad jej głową coś przeleciało, a przed nią wyleciał dzik, przerażona padła na ziemie chowając głowę. Stworzenie spojrzało na nią zaciekawione, ale speszone, nagle uciekło. Znów się rozpłakała, nie chciała umierać w ten sposób. W brzuchu burczało jej już od kilku dni, a woda nie wglądała przyjaźnie. Usiadła skulona pod drzewem, widząc światła w głębi lasu.
 - Nanah! Míri! Boje się! – krzyczała. – Boje się – łkała. – Obiecałaś! Nanah! – wołała bez skutecznie. Światła zaczęły zbliżać się w jej stronę. Wyraźnie słyszała głosy. Zlękniona zaczęła uciekać, ale wpadła na wysoką postać. Spojrzała w jego niebieskie oczy, cofając się.
 - Jesteś córką Míri? – zapytał podejrzliwie. – Co tu robisz? – kucnął przed nią. – Gdzie twoi rodzicie?
 - Tatuś chyba… - otwarła szeroko oczy, z których po raz kolejny wypłynęły łzy. Elf spojrzał na nią uważnie, czując, że go już nie ma. – Mamusia kazał mi uciekać. Obiecała, że jeszcze ich zobaczę… - płakała. – Boje się – wtuliła się niego. Zaskoczony, objął ją ramieniem. – Już ich nie zobaczę… - szepnęła zrozpaczona.
 - Królu – zza drzew wyszedł kolejny elf, kłaniając się. Widząc małą dziewczynkę tulącą się do niego, zamilkł.
 - Jak masz na imię? – zapytał najłagodniej jak potrafił. Musiał się upewnić. Dziewczynka nie odpowiedział. Gdyby nie jego ręka, zsunęłaby się na ziemie z wycieńczenia. – Weź mojego syna. Trzeba jej pomóc – z troska na twarzy, podniósł ją.
Elrond gdy tylko dowiedział się o tym, przybył do Mrocznej Puszczy. Minął długi czas zanim się obudziła. Siedział przy niej cały czas z królem w milczeniu. Wiedzieli już, że para królewska i ich syn nie żyje, a Alwina z cudem ocaliła sobie życie. Dziewczynka otworzyła powoli oczy. Nie widząc nigdzie rodziców, ponownie się rozpłakała. Elrond bez słowa ją przytulił. Od tamtej pory stała się sierotą.

Otworzył oczy, słysząc kroki na korytarzu. Już czas. Spojrzał na śpiącą dziewczynę, która nadal spoczywała na jego piersi. Przypomni sobie wszystko. Jeszcze będziemy szczęśliwi. Pocałował ją w czubek głowy. Uśmiechnął się widząc jej spokojną twarz.
 - Alwina – pogłaskał ją po ramieniu. – Musimy wstać.
 - Jeszcze pięć minut – wtuliła się w niego bardziej. Uśmiechnął się widząc ją tak bezbronną.
 - Już czas. Musimy wyruszyć. Zniósłbym cię, ale Uriel mi zarobiła – zaśmiał się.
 - Dziękuje – otworzyła po chwili oczy. – Dziękuję, że nie wyszedłeś.
 - Zrobiłabyś to samo. Choć, musimy się spieszyć.
 - Wiem – chciała wstać, ale do pokoju wbiegła Uriel.
 - Alwina – stanęła zdezorientowana. – Pospieszcie się – otrząsnęła się z amoku. – Nie czas na czułość – rzuciła wychodząc. Dziewczyna niechętnie podniosła się. Legolas chwyciwszy ją za rękę, ścisną mocniej, pociągając za sobą.
Po chwili wszyscy zebrali się w sieni. Eryk rozdał każdemu po plecaku. Gimli wyciągnął zza pasa swoją ulubioną fajkę. Popatrzył na nią przez chwilę, po czym wręczył ją Erykowi.
 - Niech ci służy. Do widzenia. Mam nadzieje, że jeszcze kiedyś się zobaczymy – uścisnąwszy się z Erykiem wyszedł przez tylne drzwi. Uriel bez słowa przytuliła się do niego. Luthias podał mu rękę.
 - Pilnujcie ich – rzekł, klepiąc Luthiasa po plecach. Shapiro położył mu rękę na ramieniu. Starzec również położył mu rękę na ramieniu.
 - Oczywiście – elf chwyciwszy narzeczona za rękę, wyszedł, a za nim Luthias. Gdy Alwina chciała już wychodzić, zatrzymał ich.
 - Legolas, Alwina zostańcie jeszcze chwilę. A wy, ruszajcie – krzyknął do reszty. Rozumiejąc jego zamiary, bez słowa ruszyli. – Alwina – dziewczyna bez słowa, wtuliła się w niego. – Dziękuje, że pozwoliłaś mi zostać twoim dziadkiem. To dla mnie zaszczyt – wyszeptał.
 - Kocham cię – szepnęła ocierając łzy. – Uważaj na siebie.
 - Ty też dziecko – pocałował ją w czoło. – W plecaku masz tą zieloną sukienkę. Załóż ją w pierwszy dzień wolności.
 - Założę – chwyciła plecak.
 - Idźcie – pognał ich. Uśmiechnąwszy się do siebie, ruszyli w stronę wyjścia. – Legolas – zatrzymał go – Macie moje błogosławieństwo. Ona sobie wszystko przypomni. Już to robi.
 - Wiem, dziękuje – zniknął za drzwiami.
****
Cześć i czołem!
Przychodzę z rozdziałem. Alwina zaczyna sobie powoli przypominać przeszłość. Jeszcze nie wiem do końca co z tego wyniknie, ale na pewno coś się wydarzy.
W niedziele wyjeżdżam na wakacje, na tydzień i nie będzie mnie. Jednakże jeśli się wyrobię to rozdział pojawi się też za tydzień w piątek.
A propo piątków. Rozdziały pojawiają się akurat w ten dzień, ponieważ tak zdążę wszystko przygotować. To zupełnie przypadkowy dzień tygodnia. Od września wszystko może się pozmieniać.
Do zobaczenia!
PS. Ankieta dotyczy nowego bloga, gdy już skończę ta historię.

piątek, 15 lipca 2016

Rozdział 18 – Krok

Toron od razu zauważył zmianę w wyglądzie jej sukni. Powiedział, że suknia wygląda jeszcze piękniej. Jednakże dziewczyna w jego oczach dostrzegła gniew. Wyraźnie się mu to nie spodobało. Świece rozświetlały salę, która została podzielona na dwie części. Po lewej stronie siedziała niższa warstwa społeczności. Nie zwracali oni uwagi na siedzących po przeciwnej stronie zamożnych ludzi, którzy patrzyli na nich z ukosa. Nie byli zadowoleni z faktu, iż musieli dzielić jedno pomieszczenie z cała hołotą, za którą ich uważali. Toron, zdawał się nie zwracać uwagi, na wzrastające napięcie wśród jego ludu. Bawił się świetnie przy trzecim stole, z wybranymi osobami. Dziewczynie nie podobało się jego zachowanie. Żałowała, że zgodziła się przyjść. Jednakże była dobrej myśli, ponieważ Toron, jednak nie zauważył jej znamienia. Starając się zapomnieć o zagrożeniu, wdała się rozmowę z kobietami, które dyskutowały na temat pereł. Niechętnie wysłuchały opinii dziewczyny. Nie były zadowolone, że siedzi z nimi przy jednym stole. Po kilku minutach postanowiła opuść zabawę.
 - Toronie – położyła rękę na jego ramieniu. Mężczyzna odwrócił się w jej stronę. – Świetnie się bawię – uśmiechnęła się. – Niestety na mnie już pora. Dziękuję ci za taniec. Było zaszczytem, móc zatańczyć z tobą na rozpoczęcie. Chciałabym podarować ci ten naszyjnik – zdjęła go z szyi. – Na pamiątkę tej nocy – uśmiechnąwszy się wstała, a za nią cała sala.
 - Moja służba ci odprowadzi – ucałował jej dłoń.
 - Nie trzeba. Pospaceruje, w stronę domu – uśmiechnęła się.
 - Jak sobie życzysz, pani – odprowadził ją do progu sali. – Mam nadzieję, że spotkamy się wkrótce.

Stukot pantofelków odbijał się echem w korytarzu. Pchnęła lekko uchylone drzwi do przodu, a one skrzypnęły. Przerażona, położyła dłoń na ustach. Wstrzymała oddech. Przez chwilę stała sparaliżowana, a do jej oczu napłynęły łzy, które zaczęły spływać po policzkach. Bała się. Mógł być martwy. Coś w niej pękło. Leżał całym zakrwawiony na ziemi, a z ran ciekła mu krew. Oczy miał zamknięte i napuchnięte. Zaczęła biec w jego stronę. Musi żyć. Nie może umrzeć. Nie może. Po prosu nie może. Klękła przy nim, wycierając suknią zakrwawioną twarz elfa. Czując jej delikatną dłoń, otworzył po woli oczy. Była cała. Wysilił się na uśmiech, co wywołało w niej jeszcze większą ilość łez. Przerażona przeniosła wzrok na jego plecy. Bez zastanowienia położyła na nich dłonie. Nie wiedziała co robi. Serce kazało jej to zrobić. Szeptała słowa po elficku, które przynosiły skutek.

Nie mogąc znaleźć odpowiedniej kryjówki, wbiegła przez pierwsze drzwi. Dopiero przybyła do Rivendell. Uriel z Nivis nie zdążyły jej jeszcze pokazać wszystkiego. Przerażona zamknęła oczy. W sali było mnóstwo rannych po Wielkiej Bitwie. Ludzie krzyczeli z bólu i wołali o pomoc. Jej małe ciało zaczęło trząść się ze strachu. Stała tak w miejscu, nie widząc co zrobić.
 - Alwina! – zawołał rozgniewany Elrond. Klęknął przed nią – Co tu robisz?!
 - Bawimy się w chowanego. Nie chciałam tu wejść – wstrząsnął nią szloch. – Boje się – wtuliła się w niego.
 - Oj, szkrabie – przytulił ją.
 - Oni baldzo cielpią? – zapytała nie odrywając się od niego. Nienawidziła ludzkiego cierpienia.
 - Już niedługo, nie będą. Leczymy ich. Wiesz… Ty też pewnie możesz – uśmiechnął się. Dziewczynka natychmiast oderwała się od niego. – Jeżeli masz dar, jak twoja mamusia miała, też możesz im pomóc.
 - A powiesz jat? – na jej małej twarzyczce zagościł szeroki uśmiech. Przetarła szybko łzy, pełna w gotowości. W sali wybuchł śmiech. Jej mała osóbka, pozwoliła choć na chwilę zapomnieć o bólu i cierpieniu.
 - No dobrze… - podała mu rączkę.
 - A jat będę miała toszmary? – zatrzymała się.
 - Przyjdziesz do mnie – uśmiechnął się. Podeszli do rannego, którym miał się właśnie zająć. – Teraz zamknij oczy. Weź to – podsunął jej pod dłonie papkę, którą chwyciła. – Teraz, położymy je tu – położył je na ranie. – Rozłóż rączki. O właśnie tak. Musisz się skupić i powtarzać za mną – zaczął jej szeptać słowa po elficku. Ranny mimo ogromnego bólu, patrząc na ten obrazek uśmiechał się. Po chwili jej małe rączki sprawiły, że ból całkowicie zniknął, a rana zmniejszyła się i częściowo zagoiła.
 - Dziękuję ci – pocałował jej rączki.
 - Nie ma pan za co – odparła bohatersko. – Teraz będę leczyć jat mamusia tatusia, kiedy nas napadli.
 - Jesteś bardzo dzielna, wiesz? – puścił jej oczko.
 - Dziętuje – uśmiechnęła się szeroko, pokazując szare, po mlecznym zębie.


Po chwili rozdarcia zmniejszyły się. Osłabiona, natychmiast wzięła ręce. Przypomniała sobie. Zaczęła szybciej oddychać. Eryk opowiadał jej o tym, że może posiadać dar leczenia, ale nie wierzyła w to. Jednak teraz już niczego nie była pewna.
 - Varya… - szepnął. – Uciekaj do domu. Poradzę sobie. Dziękuje – przymknął oczy, po to by je zaraz otworzyć.
 - Nie zostawię cię tu, nie ma mowy – zbeształa go gorączkowo. – Pomogę ci – z trudem pomogła w wstać. – Ściany mają uszy – szepnęła. – Porozmawiamy w domu.
 - Musisz uciekać – wysapał, szepcząc. – Znajdą cię – z jego czoła skapywały kropelki potu. – Musisz uciekać.
 - Zamknij się. Nie trać sił.
 - Pięknie w niej wyglądasz – sapał ciężko. – Tylko całą ją sobie zakrwawiłaś. Mogłaś…
 - Cicho, oszczędzaj siły. Są ci potrzebne – zbeształa go ponownie. – Dziękuje – dodała po chwili. Po kilkunastu minutach weszli do domu. Podsadziwszy Legolasa na krzesełku, zamknęła drzwi na klucz. – Musimy zaczłapać się na górę – znów pomogła mu wstać.
 - To bez sensu. Zostanę tutaj, połóż mnie na kanapie. Musze…
 - Miałeś tyle nie gadać. Dobrze. Pół godziny. Nie więcej. Przygotuje wszystko na górze – pomogła mu się położyć. Zasnął od razu. Podejrzewała, że jest temu winna. To bolało ją najbardziej. Gdy już wszystko przygotowała, wróciła po niego. Kucnęła przy jego twarzy. Czuje, że jesteś mi bardzo bliski. Dlaczego cię o to nie zapytam? Gdzie podziała się moja odwaga. Przy tobie cała moja buntownicza część, znika. Zdjęła kosmyk włosa z jego twarzy i pocałowała w policzek.
 - Hannon le – szepnęła po elficku. Cieszyła się, że ten gest go nie obudził. – Legolas – przyłożyła mu rękę do czoła. Gorączki nie było. – Musimy iść na górę – książę otworzył oczy. Z trudem podniósł się.
 - To nie był dobry pomysł – stęknął z bólu.
 - Alwina? – zaspana Uriel zatrzymała się na schodach, widząc Legolasa. - Legolas! – zbiegła do nich. – Kto ci to zrobił?!
 - Co się dzieje? – Shapiro poszedł w ślady narzeczonej. – Legolas?!
 - Nie torturujcie go pytaniami. Jest wycieńczony. Wyleczyłam mu rany, ale w niewielkim stopniu. Pomóżcie mi go zanieść na górę. – Po kilkunastu minutach męczenia się ze schodami, książę siedział na stołku w sypialni. – Możecie spać dzisiaj u mnie. I tak pewnie nie będę mogła spać. Zajmę się nim – zwróciła się do pary.
 - Jak będziesz potrzebowała pomocy, wołaj – westchnęła zrezygnowana Uriel. – Chodź – pociągnęła Shapira za rękę. Alwina bez słowa przeszła do przemywania ran.
 - Toron i jego ludzie, chcieli wyciągnąć ze mnie informacje dotyczące ciebie… - syknął z bólu, gdy przyłożyła mokry ręcznik do rany na piersi.
 - Miałeś oszczędzać siły. Nie wierć się, bo będzie jeszcze bardziej bolało – uśmiechnął się z trudem. – Z czego się śmiejesz? Nie odpowiadaj – uprzedziła go, widząc jego zamiar.
 - Nie mogłem pozwolić na to by - dziewczyna zajęła się plecami – coś ci się stało – jej ciało znów przeszedł przyjemny dreszcz, a policzki poczerwieniały. Znów poczuła nieznane uczucie. Nigdy wcześniej go nie czuła. Wszystko, zaczęło się od chwili, gdy go pierwszy raz zobaczyła. – Dobrze się bawiłaś?
 - Uparty jesteś – westchnęła ze zrezygnowaniem. Nie, było okropnie. Właściwie to wyszłam wcześniej. Nie wiem co by się z tobą stało, gdybym wyszła później – w jej głosie było słychać troskę. – Nie było chwili bez napięcia. Bogaci stroszyli się na biednych, a biedni na bogatych. Zaboli – przyłożyła ręcznik do największej rany na plecach.
 - Alwina…
 - Nie teraz – przerwała mu, nakładając starannie papkę do rany na piersi. – Jeszcze cię tylko obwiąże – uśmiechnęła się. – Tak dobrze? Nie ciśnie? – zapytała zabezpieczając agrafkami koniec. Książę przytaknął. Podnosząc wzrok napotkała jego oczy, wlepione w jej. Poczuła jak jej policzki płoną, kiedy obejmuje jej twarz dłońmi. Ku jej zdziwieniu wcale jej to nie przeszkadzało. Przymknęła oczy, czując jego usta na swoich. Jej serce przyspieszyło. Chciała tego. Tajemnica rozwiązała się. Kochała go, nie pamiętając ani jednej chwili spędzonej w jego towarzystwie. Nie potrafiła tak dłużej. Odsunęła się od niego powoli. Jego oczy bacznie patrzyły w jej.
 - Przepraszam – szepnęła zdezorientowana, wybiegając z pokoju. Siedział jak skamieniały na stołku. Wiedział, że nie powinien. Wstał obolały, nadal czując jej usta. Jego oddech przyspieszył. Wściekły kopnął krzesełko. Natychmiast tego pożałował. Upadł na kolana, czując jak ogromny ból przeszywa jego ciało. Jęknął z bólu, gdy z ran wytrysnęła szkarłatna posoka.
 - Zasłużyłeś sobie – syknął na siebie.
 - Legolas – przechodząca na korytarzu Uriel, natychmiast znalazła się koło niego. – Co się stało? Varya…
 - Zrobiła to. Jestem – pomogła mu wstać – głupcem…
 - To nie żadna nowość – uśmiechnęła się do niego, pomagając mu usiąść. – Powiesz kto ci zrobił? I dlaczego cię tak katował?
 - Chcieli informacji o Smoczej Księżniczce. Nie mogłem dopuścić by coś się jej stało. Za każdą cisze, dostawałem z bata – pominął historię z podtopieniem. – Pr… - syknął, gdy dotknęła mokrym ręcznikiem jego rany. – Przed chwilą ją pocałowałem. Nie wiem co mnie naszło. Nie powinien był tego robić. Uciekła. Wszystko zaprzepaściłem. Jestem kretynem – prychnął.
 - Gdyby cię pamiętała…
 - Nie – przerwał jej. - Proszę, nie gdybaj. To nic nie da, a pogorszy sprawę.
 - Porozmawiaj z nią. Na pewno to zrozumienie, tylko wyjaśnij jej wszystko od początku do końca. Na pewno to doceni. Musisz spróbować – westchnęła.
 - Przeproszę ją. Moje zachowanie nie było godne księcia.
 - Będzie szczypało – zaczęła nakładać papkę. – Przez twoje wybryki, nic z niej nam już nie zostało. Musze z Varyą…
 - Uriel – przerwał jej. – Proszę nie rób tego. Sam to muszę załatwić – obwiązała go bandażem. – Boje się tego. Nie chce jej stracić, przez swoja własną głupotę. Nie wytrzymałbym tego.
 - Nie stracisz, znam ją. Rano powinno być lepiej – pomogła mu założyć koszulę. Na razie o jeździe konnej i walce możesz zapomnieć.
 - Dzięki – podniósł się z bólem. – Czeka mnie ciężka noc. Dobranoc – usiadł na krawędzi łóżka.
 - I o pracy też zapomnij, rany otworzą się jeszcze bardziej. Rano ci je zszyje, ale muszą być dobrze odkażone. Dobranoc – zamknęła za sobą drzwi.

Słońce wzbiło się ku horyzontowi. Wraz z słońcem w mieście pojawił się ruch. Uboższa ludność zapominają o wczorajszej wieczerzy, wróciła do swojego życia. Dziewczyna siedziała na kanapie, odtykając opuszkami palców ust. Kocham go. Nie potrafię… Nie pamiętam nic. Po jej policzkach zaczęły spływać łzy. Nie będę potrafiła z nim być. Uczucie przetrwało. W jaki sposób? Nie powinnam go pamiętać. Co teraz? Jak mu spojrzę w oczy? Uriel dosiadła się do niej i przytuliła. Wiedziała, że właśnie tego potrzebowała w tamtej chwili.
 - Zgubiłam się – szepnęła Alwina. – Kocham go… Nie pamiętam żadnej chwili, spędzonej z nim. To trudne – wtarła łzy.
 - Wywalę Shapira z pokoju, porozmawiamy na osobności. Nikt nam nie będzie przeszkadzał. Choć – zaciągnęła ją na górę. – Shapiro, wyjdź – elf przetarł zaspane oczy. Widząc wzrok Alwiny, bez słowa wstał i wyszedł. Obie usiadły na łóżku. – Co zamierzasz zrobić z Toronem? – zapytała po krótkim namyśle.
 - Schlebią mi jego pochwały jak i zachowanie – zaczęła. – Jednakże… To wszystko – spuściła głowę. – Jest niebezpieczny. Mógł zabić Legolasa. Prawie mu się to udało – podniosła na nią wzrok.
 - Musisz wyjaśnić sprawę z Legolasem. Może jeżeli spędzisz z nim trochę czasu, przypomnisz sobie wszystko - złapała ją za rękę.
 - A jeśli nie? – zapytała z obawą.
 - Poznasz go na nowo – uśmiechnęła się. – Twoja miłość do niego, przetrwała tak dużo. Nie pozwól, by pamięć wszystko popsuła.
 - Dziękuję – przytuliła ją. – Nie wiem co bym bez ciebie zrobiła.
 - Przechodząc do kolejnej sprawy – zaczęła. – Musisz nauczyć się walczyć.
 - Wiem, myślałam już o tym – przyznała.
 - Poproś Legolasa. Świetnie posługuje się bronią – uśmiechnęła się. – Dzięki temu, może go choć trochę poznasz.
 - Masz racje – uśmiechnęła się. Uriel przytuliła przyjaciółkę. Nie wyobrażała sobie nawet jej bólu. Nie wiedziała, jakby zachowała się na jej miejscu. Shapiro był jej częścią. Nie wyobrażała sobie życia bez niego. Mimo, że ją czasami denerwował i był nad opiekuńczy.

Gdy tylko dzień rozpoczął się na dobre, w domu rozbrzmiewały jęki Legolasa, któremu Uriel zszywała plecy. Porozrywana skóra okazała się rano w dużo gorszym stanie, niż na początku się wydawała. Zastanawiali się nawet czy nie wezwać medyka, jednakże Legolas stanowczo odmawiał. Powiedział, że Uriel doskonale sobie sama poradzi. W końcu brała nauki u samego Elronda. Z ran sączyła się krew, plamiąc jej suknie. Elfka ostrożnie i najdelikatniej jak potrafiła łączyła się sobą dwa krańce skóry. Po godzinie, zszywała ostatnią, nie dużą ranę.
 - Samo by się nie zrosło – westchnęła wycierając ręce. – Przyciągasz kłopoty – zaśmiała się. – Nie stękaj tak. To ostatnia rana. Nie było chyba tak źle – podarła się o boki.
 - Masz racje – stęknął z bólem. – Było dużo gorzej.
 -Ej! – czepnęła go w głową.
 - Kłamie – biczują, mówię prawdę – bija po głowie… Ale wiesz? Jedno mnie zastanawia – przerwał na chwilę, namyślając się nad słowami. – Jak Shapiro z tobą wytrzymuje? – zaśmiał się. – Chyba nie wie w co się pakuje. Musze z nim pogadać. Ał! – krzyknął, gdy pociągnęła mocniej za nitkę. – Bolało!
 - Miało – uśmiechnęła się pod nosem. – Już zszyte. Tylko przetrę cię jeszcze – po chwili wszystko było skończone. – Bandaż cię zabezpieczy, ale nie naciągaj pleców. Szwy popękają i będzie jeszcze gorzej.
 - Dobrze mamo – zaśmiał się.
 - Legolas – spoważniała. – Porozmawiaj z nią dzisiaj. Będzie ci lżej, nie warto tego przeciągać.
 - Wiem – uśmiechnął się. – Jeszcze raz, dziękuje.

Przez okna wpadał mroźny wiat. Nad podłużnym stołem, pochylały się dwie postacie. Obie miały skupiony wzrok na mapie. Jedna z nim niespodziewanie wbiła nóż w papier. Jego oczy były pełne wściekłości, badały każdy zakątek mapy. Powiedziano mu, że będzie łatwiej.
 - Nie rozpłynęła się przecież! – warknął, uderzając ręką w stół.
 - Ona musi być gdzieś blisko – zamyślił się drugi. – Trzeba tylko…
 - Gdyby ten księciunio coś powiedział! – przerwał mu drugi. – Równie dobrze mogłem mu odciąć łeb!
 - To nie głupi pomysł – oczy drugiego rozbłysły. – Porwiemy go i wyślemy gońca z listem do Króla Mrocznej Puszczy.
 - Tamten wyda ją nam, by ocalić syna! – uśmiechnął się nikczemnie.
 - Co z reszta? Stoi nam na przeszkodzie.
 - Varya zostanie zmuszona do poślubienia mnie. Człowiek, elf i krasnolud zasilą nasze wojsko, a ta elfka będzie mi usługiwała. Masz dwa dni, by wszystko zorganizować. Na trzeci, chce widzieć ich wszystkich w lochach – warknął.
****
Cześć i czołem!
Oto kolejny rozdział. Jak wrażenia? Mam nadzieje, że się podoba. Szczerze, jak pisałam wydawał sie lepszy.
Założyłam nowego bloga. Jednakże to nie ma wpływy na tego, ponieważ, ten jest na pierwszym miejscu. 
Do zobaczenia!
PS. Nie zapomnijcie o ankietach!

sobota, 9 lipca 2016

Rozdział 17 – Pamięć zawodzi

Nie mógł pojąć, utarty jej pamięci. Pierwszego dnia przypomniała sobie Uriel i Shapiro. Piątego Luthiasa, a ósmego zaś Gimliego. Po czasie spędzonym z każdym z nich coraz więcej przypominała sobie przeszłości. Jednak gdy chodziło o niego… Po dwóch tygodniach spędzonych w swoim towarzystwie, nie przypomniała sobie niczego związanego z nimi dwojga. Wiedział, że musi być cierpliwy. Przecież, takie rzeczy przychodzą z czasem. Prawdopodobnie wpłynął na to czas, w którym wymazano im obojgu pamięć, gdy byli jeszcze dziećmi. Jednakże, niczego nie byli i nie mogli być pewni. Siedział na ziemi, oparty plecami o ścianę. W dłoni trzymał strzałę, obracając nią w około. Grot dotykał opuszka palca jego drugiej dłoni. Nie wiedział co począć. Siedzący na krzesełku Shapiro westchnął, wstając.
 - Legolas– zaczął, podchodząc do niego. – Przecież nic ci się nie stanie, jeśli się do niej uśmiechniesz. Alwina nie wie, jak się przy tobie zachować. Myśli, że powiedziała coś, czego nie powinna. Daj jej chociaż drobny znak…
 - Kiedyś patrzyła na mnie inaczej. Nie mogę znieść jej obojętnego wzroku. Jakby jej uczucie, które się w niej tliło… - urwał. Ukrył twarz w dłoniach. – Tęsknie za nią. Za jej uśmiechem, spojrzeniem… teraz wszystko, jest inaczej. Przecież ona może sobie nie przypomnieć. Nie będę potrafił z tym żyć.
 - A co jeśli sobie przypomni, jeśli spróbujesz traktować ją jak przyjaciółkę? Nie uważasz, że może sobie wszystko przypomnieć? – usiadł koło niego.
 - Nie pomyślałem w ten sposób – przyznał.
 - Na początek, spróbuj chociaż się do niej uśmiechnąć – zaproponował Shapiro. – Dobre i to. Może później wszystko, pójdzie samo. Najważniejszy pierwszy krok. Wiem jak było ze mną i Uriel. Bała się do mnie odezwać i nazywała mnie ‘problemem’.
 - Masz racje muszę spróbować. Jeśli się nie uda, będę przynajmniej wiedział, że dołożyłem wszelkich starań, by przypomnieć jej o nas. Jeśli zaś się uda…
 - Shapiro? – do pokoju zapukała Uriel. – Zejdziecie na dół? Eryk ma nam ważne rzeczy do przekazania, związane z dalszą podróżą.
 - Oczywiście – uśmiechnął się, podchodząc do niej. – Już idziemy – pocałował ją.
 - Co kombinujecie? – zapytała podejrzliwie, widząc zazdrosny wzrok Legolasa.
 - Legolas, spróbuje przywrócić jej pamięć. Proszę, nie mów nic Alwinie, nawet jeśli będzie pytała – elfka uśmiechnęła się w odpowiedzi. – Chodźmy, lepiej nie zwlekać.

Zeszli na dół, gdzie czekał na nich starzec z resztą przyjaciół. Widząc schodzące elfy, zdjął ciemnozieloną czapkę, wlepiając swój wzrok w podłogę. Nie wiedział, czy wybrał odpowiednią porę dnia. Jednakże, gdyby w nocy świeciła się świeczka, mogłoby to wzbudzić podejrzeń wśród ludzi Torona. W tedy na pewno, odkryliby jego tajemnice. To przeważyłoby szale wygranej. Ich koniec byłby pewny i bliski. Księżniczka przeniosła swój wzrok z niego na Księcia Mrocznej Puszczy. Zaskoczyła ją, jego nagła zmiana zachowania, widząc jego uśmiech, posłany w jej stronę. Patrząc mu w oczy, czuła dziwną więź, której nadal nie potrafiła wytłumaczyć. Co ją coraz bardziej męczyło. Nie pamiętała ani jednej chwili z nim spędzonej. Eryk podniósłszy nagle na nich wzrok, kazał usiąść.
 - Gandalf poinformował mnie o waszym przybyciu, jak również o zamiarach. Jednakże nie powiem, że na was nie czekałem. Spodziewałem się waszego przybycia. Mam coś czego szukacie – spojrzał na zasłonięte zasłonami okna. – Gimli odstaw swoje krzesło – krasnolud wykonał jego polecenie. Eryk wstał ociężale z fotela. Odkrył dywan, zaczynający się w miejscu, gdzie stało wcześniej krzesełko Wyjął z kieszeni spodni scyzoryk. Klęknąwszy z trudem, zaczął nim podważać drewniane wieko. Drużyna patrzyła po sobie zdziwiona. Starzec wyjąc sześcienną skrzyknę, owiniętą w burdą szmatę. Wyciągnąwszy zza koszuli żelazny klucz, otworzył ją. – Wiem, że go szukacie – wyjął kryształową kulę. Druga znajduje się w Isengardzie. Przekaże wam ją, jak tylko wyruszycie w dalszą drogę. Tu będzie na razie bezpieczna. Nie musicie się o to martwić. Jest tu przechowywany od czasu ostatniej Wielkiej Bitwy. Nawet Toron go tu nie znalazł – schował ją szybko z powrotem. – Kto by podejrzewał starca, w dodatku dziwaka. Musicie się przed nim strzec. Szuka Smoczej Księżniczki, dlatego przybrała tutaj imię Varya. Mieszkańcy mają cały czas nadzieje, że powróci Firin – prawowity władcą. Toron wygnał go z ojczystej ziemi, jednak on powróci w chwale zwycięzców.
 - Dobrze postąpiliśmy – odetchnął z ulgą Gimli. – Prawdopodobnie, czekają nas przez to kłopoty.
 - Zdążycie wyruszyć. Pewien drozd, przekazuje mi jego postanowienia. Będziemy zawsze przed nim. Odkąd sierota objął władze, wytępiono wszystkich podejrzanych o współdziałanie ze Smoczą Księżniczką – westchnął. – No cóż… Pomóżcie mi to doprowadzić do poprzedniego stanu.

Siedział na tronie, a wiatr rozwiewał jego blond włosy. Jego poszukiwania nadal stały w miejscu. Jakby Smocza Księżniczka zapadał się pod ziemie. Owszem, wiedział o zamiarach Weaorne. Jednakże jego żołnierze, jak i on sam nie znaleźli jej ciała. Podejrzenia padły na zwierzynę. W okolicy dwóch mili nie było jednak żadnych oznak, które mogłyby na to wskazywać. Odkąd w mieście pojawili się nowi przybysze, wszystko szło nie tak jak miało iść. Rozwścieczony rąbnął pięścią w oparcie tronu.
 - Ancel! – ryknął.
 - T-tak panie? – sługa padł do jego stóp.
 - Masz obserwować te ścierwa, które niedawno przybyły do Edroas – warknął. – Jeśli dobrze się spiszesz, wynagrodzę cię. A jeśli nie – uśmiechnął się chytrze – każe ściąć ci głowę.
 - Oczywiście – już miał wstać, jednak widząc, że pan nie skończył, padł z potworem na ziemie.
 - Jeszcze jedno – olśniło go nagle. – Niech przygotują wieczerze na za pięć dni. Mają pojawić się wszyscy, bez wyjątku. Cała ta hołota, ma się zebrać. Dopilnuj, by przygotowali suknie z drogocennymi klejnotami. Pan potrzebuje pani. A teraz… Znikaj mi z oczu! – ryknął na niego. Sługa trzęsąc się z przerażenia, wybiegł z pośpiechem. Widząc jego tchórzostwo, prychnął.
 - Nie sądzisz chyba, że ona zgodzi zostać się twoją żoną – zakpiła z niego zakapturzona postać, stojąca w ciemnym rogu. – A zwłaszcza ona. Uosobienie dobra – uśmiechnął się pod nosem.
 - Czego tu szukasz!? – poderwał się z miejsca. – Jak śmiesz się tu jeszcze pokazywać!? – Postać w ciemnozielonym kapturze zrobiła dwa śmiałe kroki do przodu, w stronę okna. Wiedziała jak rozwścieczyć Torona.
 - Przypominam ci, Toronie, że to ja jestem prawowitym następcą – zdjął kaptur. – Już niedługo, upadniesz – warknął. – Nigdy nie potrafiłeś utrzymać się długo na szczycie. Smocza Księżniczka zgładzi cię, szybciej niż podejrzewasz – uśmiechnął się, widząc wściekłość na twarzy Torona.
 - Sczeźniesz w lochach! – ryknął. – Straże! – rzucił się na niego. Firin dopadłszy okno, rzucił ostatni raz spojrzenie na przyrodniego brata i zeskoczył. Do pomieszczenia wbiegli straże. – Na co czekacie! Za nim! Ma być żywy! – warknął siadając na tronie.

Słońce chyliło się powoli ku horyzontowi. Miasto po burzy, znów ożyło. Dzieci zaczynały bawić się w kałużach. Targ wypełnił się ludźmi, chcący zrobić ostatnie zakupy. Śmiech dziewczyny galopującej rozbrzmiewał na polnej dróżce, prowadzącej przez niewielki lasek. Uciekała przed goniącym ją księciem. Zapominając jednak na chwile o zabawie, zatrzymała konia. Musiała wykorzystać te sposobność.
 - Dlaczego? – zapytała, gdy tylko Legolas do niej dotarł. – Co sprawiło tak, nagłą zmianę w Twoim zachowaniu? – spojrzała w jego oczy. Książę wyprostował się, namyślając. Oczywiście mógł opowiedzieć wszystkiego do końca, to mogłoby zaważyć o ich odbudowującej się relacji. Jednakże o kłamstwie nie było mowy.
 - Varya, przypominasz mi – spojrzał przez chwilę na dłonie. – Przypominasz mi osobę, którą bardzo kocham. Ona…
 - Nie kończ – przerwała mu nagle. – Nie chciałam sp…
 - Nie szkodzi. Nic się nie stało. Kiedyś będę musiał się z tego wyleczyć – uśmiechnął się patrząc w jej szare oczy. Dziewczyna wzięła głęboki wdech.
 - Będę pierwsza! – zerwała konia do galopu, czując jak się rumieni. Nie mogła tego pokazać. Książę spojrzał na nią zaskoczony. Jednakże szybko otrząsnął się z amoku, zrywając konia w pościg za Alwiną.
 - Ej! – zaśmiał się, próbując ją doścignąć. Po kilku minutach, zbliżając się do domu, zatrzymali konie, widząc Torona ze strażą. W głowie dziewczyny pojawiły się najczarniejsze myśli. Bała się, że rozpoznał w niej księżniczkę. Czy to by oznaczało koniec? Wszystkie wysiłki poszłyby na marne, a plan spalił na panewce. Legolas zmierzł Torona wzrokiem. Nie podobały się mu zaloty, w stosunku do Alwiny. Oczywiście jedną z przyczyn była zazdrość. Czuł, że w swoim przybyciu ma swój własny interes. Po cóż by inaczej przybywał by z taką świtą, w odświętnym stroju? Mężczyzna spostrzegłszy dwójkę, podszedł do Valatimpe. Podawszy rękę, pomógł zsiąść z wierzchowca. Ukłonili się sobie na przywitanie.
 - Witaj pani – uśmiechnął zawadiacko. – Chciałbym zaprosić cię na ucztę, na którą oczywiście, są zaproszeni wszyscy mieszkańcy Edroas – wziął od sługi zaproszenie, naciskając na słowo ‘mieszkańcy’. – Zgodzisz się mi towarzyszyć? – wręczył jej list.
 - Wybacz panie, jednakże nie mam odpowiedniej sukni na tę okazję – chwyciła się pierwszej deski ratunku. – Nie stać mnie na nową.
 - Także o tym pomyślałem. Zostawiłem w sieni suknie dla ciebie. Mam nadzieję, że przypadnie ci do gustu – uśmiechnął się szarmancko. – Oczywiście nie musisz mi teraz odpowiadać, przyśle gońca dziś wieczorem.
 - Nie mam co do tego wątpliwości. Jednak, nie wiem czy zasłużyłam sobie na tak hojny dar. – Czuła, że czai się w tym podstęp, ale przecież nie mogła odmówić władcy. Wydałoby to jej wątpliwości i podejrzenia.
 - Co do tego również nie ma wątpliwości – zaśmiał się. – Nie żądam odpowiedzi od razu. Jak powiedziałem, przyśle gońca. A teraz wybaczcie, – skinął głową, całując rękę Alwiny – obowiązki wzywają – wsiadłszy na konia, odjechał, a orszak za nim. Starzec uważnie obserwował to zdarzenie, od czasu do czasu patrząc w oczy królewskich dzieci. Żadne z nich nie było zadowolone tamtymi odwiedzinami. Jednak poważny problemem był znak na drugiej, nie całowanej, przez Torona ręce. Miała tam znamię w kształcie smoka. Nie duże, ale widoczne. Jeśli je zauważył, możemy się niebawem spodziewać straży. Oni polują na smoki i ich plemię. Zaklął pod nosem. Dziewczyna ma pecha. Jest to w za widocznym miejscu.


Alwina jeszcze tamtego wieczoru zgodziła się, towarzyszyć mu podczas wieczerzy. Eryk niestety nie uprzedził jej wcześniej o swoich podejrzeniach, dlatego przez pięć dni żyła w ciągłej obawie. Przecież nie mogła się wycofać, to by wzbudziło podejrzenia. Z drugiej strony, nie pamiętała jak się walczy. Patrzyła przez okno jak zachodzi słońce, rozświetlając niebo pięknymi kolorami. Spoglądnęła kątem oka na suknie, która się jej nie podobała. Miała za dużo drogocennych klejnotów i kolor przykuwający uwagę. Wolała zostać w cieniu, ale w towarzystwie Torona to i tak pewnie nie byłoby możliwe. Słysząc jak drzwi domu się otwierają, zlękniona natychmiast przeniosła wzrok. Widząc jednak Legolasa, wetchnęła cicho. Podeszła do sukni i chwyciła jej czerwony materiał. Słysząc pukanie, przeniosła wzrok na drzwi.
 - Proszę! – zawołała. Do środka wszedł Eryk, stając w progu.
 - Tak sądziłem, że ci się nie podoba – zaśmiał się.
 - Będę w niej wyglądała jak choinka na święta – stwierdzała zrezygnowana. – Wiem, że szlachcianki takie noszą, ale… Jestem przyzwyczajona do prostych elfickich strojów. A najbardziej do spodni. W tym nawet nie będę w stanie zrobić kroku.
 - Masz zupełną racje – chwycił skrawek sukni. – Daj nożyczki.
 - Nie wiem czy to dobry pomysł – zawahała się biorąc nożyczki ze stolika. – Będzie wściekły – podała mu je. – Pewnie była bardzo droga.
 - Jeżeli wykorzystamy, każdy element, no może prawie każdy, nie powinien się gniewać. A po za tym, nie będzie mógł odwrócić od ciebie swojego wzroku.
 - W końcu pewnie zauważy zmianę. A po za tym to nie Legolas – wypaliła. Zmarszczyła brwi. Nie wiedziała, dlaczego to powiedziała. Co ją zmartwiło jeszcze bardziej. Eryk roześmiał się wesoło.
 - Varya, Varya, Varya… - westchnął.
 - Nie wiem, dlaczego to powiedziałam! – zaprotestowała, czerwieniąc się.
 - Pewnie niedługo się dowiesz – uśmiechnął się, zabierając do roboty. Odciął trzy warstwy materiału, zdjął klosz. Z kamieni, które zniknęły z gorsetu, zrobił naszyjnik. Efekt końcowy był zniewalający. – Wyglądasz zupełnie jak twoja matka – uśmiechnął się. – Tak, możesz iść. Zwalisz wszystkich z nóg – zaśmiał się, okręcając ją w koło.

Zrobiło się już ciemno. Alwina dawno bawiła się na swoim balu, a Legolas zastanawiał nad wszystkim co go w Edoras spotkało. Bał się, że dziewczyna zostanie tu i poślubi w końcu Torona. Dobrze wiedział, jak postępują tacy ludzie z kobietami, co przybiło go jeszcze bardziej. Nie mógł pozwolić na to by księżniczce coś się stało. Mogła być z innym mężczyzną, zrozumiał by to, na pewno, ale szczęśliwa. On jej tego szczęścia zapewnić nie mógł. Westchnął po raz kolejny tego wieczoru, kopiąc kamyk. Nagle ktoś wyskoczył zza rogu. Złapał go za szyje i nałożył worek na głowę, zaciskając tym samym sznur na krtani. Napastnicy związali mu ręce z przodu łańcuchem. Próbował się wyrwać, ale to tylko pogarszało sprawę. Szedł jak więzień na stracenie. Czuł, że z lewej, jak za równo i z prawej strony, czyjeś ręce popychają go do przodu. Ledwo wyrabiając, przewrócił się, za co został skopany. Po kilu minutach poczuł jak wchodzi do dusznego pomieszczenia. Z kolejnym krokiem wyczuł schody, z których go zepchnęli. Spadając uderzył głową w jeden ze stopni. Z rany zaczęła lecieć krew. Gdy się nie podniósł, znów go skopali. Jak najgorsze plugastwo. Z trudem wstał i znów został popchnięty do przodu, co sprawiło radość napastnikom. Jego wędrówka dobiegła końca. Pchnęli go przed drewniany słup, spluwając na niego. Jeden z nich przywiązał go do niego, a drugi zdarł koszule, ukazując jego posiniaczone plecy.
 - No to co elficki pomiocie? - zaśmiał się szyderczo, zdejmując mu worek. – Już nie jesteś taki hardy, co?
 - Zamilcz! – warknął. – Jeśli wasz pan się dowie…
 - To co? – do celi wszedł dumnie wyprostowany Toron. – To co?! – ryknął. Cisza. – Do koryta z nami! – sługusy spojrzały po sobie zaskoczone. – Na co czekacie! Wiecie co robić! – jak na zawołanie, ciągnąc za włosy, zanurzyli głowę elfa w wodzie. Brakowało mu powietrza. Zaczął połykać wodę. Pociągnęli go za włosy, wykrzywiając głowę w drugą stronę. – To co? – złapał go za policzki. Cisza. – Jeszcze raz! – znów to samo. Czynność te powtórzyli trzy razy, ze względu na upartość zakładnika. – Popatrzyłbym jeszcze – uśmiechnął szyderczo. – Jednakże niestety, trwa wieczerza, na którą zaprosiłem niewiastę. – Przykuć go z powrotem.
 - Nie ujdzie ci to na sucho – warknął. Gdy go już przypięli. Toron roześmiał się.
 - Żaden elficki pomiot nie będzie mi groził! – ryknął. – Trzy baty! – cela wypełniła się krzykiem. Książę sapał ciężko, próbując znieść ból rozdzierający jego plecy.
 - A wiec, przechodząc do sedna, naszego przemiłego spotkania – okrążył go, by stanąć naprzeciwko jego twarzy. – Znasz Smoczą Księżniczkę… Podróżowałeś z nią… Trzy baty! – z piersi Legolasa wydarł się krzyk, głośniejszy od poprzedniego. – Za każdy brak odpowiedzi dostaniesz oto takim batem z haczykami. Jak ma na imanie?! – cisza. – Cztery baty! – znów to samo. – Może jednak zdecydujesz się? – Nie mógł jej zdradzić. To by oznaczało koniec. Musiał wytrzymać, nawet jeśli miałby przypłacić za to życiem. Cisza. – Kiedyś w końcu pękniesz! Prędzej czy później! Sześć batów! – krzyknął rozwścieczony. Jego wściekłość jednak, znikła słysząc jego krzyk. – Gdzie jest?! – Cisza. – Dziesięć batów! – Kolejne krzyki. – Jak wygląda? Wystarczy, że odpowiesz na moje pytania. A zapewnię ci leczenie ran i puszcze wolno – schylił się tak by być naprzeciwko jego twarzy. Syn Thranduila splunął mu w twarz. – Trzynaście! – wytarł się w rękaw. – Nauczę to plugastwo szacunku! - ryknął. Sala wypełniła się krzykiem, a z jego ust wypłynęła krew. Był na wyczerpaniu, ale wiedział, że musi dać radę. Nie dla siebie, ale dla Alwiny. – To co, nie odpowiesz na żadne z mych pytań? – cisza. – Dwadzieścia batów, potem wyrzućcie go na bruk! – uśmiechnąwszy się do niego szyderczo, wyszedł śmiejąc się w głos.
****
Cześć i czołem!
Dłuższy o sto ileś słów od tamtego. Tak serio, średnio mi się podoba. Mogłam to lepiej napisać, ale meczący tydzień.
Napiszcie mi jak nie wystarczająco opisałam ostatnią scenę, na drugi raz się postaram bardziej.
Powiecie mi jeśli historia jest przewidywalna lub gdy się takie stanie?
Do zobaczenia!