czwartek, 30 czerwca 2016

Rozdział 16 – Cierpienie powraca



Biegł za nią do póki nie zniknęła mu z oczu. Był pewny, że to ona. Nigdy by jej z nikim nie pomylił, ale przecież trzymał w ramionach jej martwe ciało. Całował sine usta. Patrzył w zastygłe oczy, widział jak trucizna wypełnia całe jej ciało, słyszał jak wydaje z siebie ostatni oddech. Zdezorientowany stał na środku placu. Ludzie patrzyli na niego spode łba, gdyż zagradzał im drogę. Gdyby tylko wiedzieli, co siedziało w jego głowie, gdy zobaczył swoja ukochaną osobę, która nie żyła. Bo przecież nie żyła prawda? Zrezygnowany wrócił powolnym krokiem do przyjaciół, mając nadzieje, że znów ją spotka. Miał ochotę wypytać każdego mijanego przez siebie człowieka, czy nie widział księżniczki. To by jednak wyglądało idiotycznie, a wieść o śmierci prawowitej następczyni, rozeszłaby się i zasiała panikę wśród ludzi walczących o dobre czasy. W końcu jego oczom ukazała się czwórka przyjaciół. Nie wiedział co robić. Powiedzieć im o wszystkim czy zataić wszystko do wyjaśnienia sprawy. Gdyby powiedział im o wszystkim, przeraziliby się i uznali go za obłąkanego. A co jeśli by mu uwierzyli? Przecież nigdy by ich nie okłamał w tak ważnej sprawie.
 - Elfie! Szukaliśmy cię wszędzie! Gdzie się powiedziałeś! – zapytał wyraźnie zniecierpliwiony Gimli. – Gospoda sama się nie znajdzie, nie możemy marnować czasu na szukaniu siebie wzajemnie.
 - Widziałem… Widziałem ją – szepnął. Czwórka towarzyszy spojrzała na niego zmartwiona.
 - Legolasie, jaśniej – zdziwił się Shapiro. – Kogo widziałeś?
 - Widziałem Alwinę. Wiem, że to brzmi niedorzecznie! To była ona! Nie pomyliłbym jej z nikim. Nie pomyliłbym… - szepnął na koniec.
 - Legolas – przerażona Uriel złapała go za rękę. – Alwina nie żyje. Umarła przecież w twoich ramionach. Ona nie żyje. Już nigdy nie wróci. Wiem, że trudno pogodzić się ze stratą, ale musisz to zrobić. Rozpamiętywanie jej i użalanie się, czego się nie zrobiło, w niczym nie pomoże. Musiałeś ją z kimś pomylić. To nie mogła być ona.
 - Wiedziałem – mruknął niezadowolony. – Pf… Po co wam to w ogóle mówiłem – Gimli spojrzał zmartwiony na przyjaciela. Czuł, że nie mógłby okłamać. Miał za dobry wzrok na to by się przewidzieć. Jego oczy widziały najdokładniej w drużynie. To wprawiało go w przerażenie. Przecież to praktycznie nie możliwe, żeby martwa osoba zmartwychwstała, ale w końcu to Smocza Księżniczka. Nikt nigdy nie odkrył całkowitych możliwości jej rodu. A może Weaorne wcale jej nie zabiła? W głowie krasnoluda kłębiło się mnóstwo pytań, ale na żadne z nich nie znał odpowiedzi.

By zapomnieć o zaistniałej sytuacji, udali się do najbliższej karczmy, w której mogli przenocować. Siedzieli przy drewnianym stole, rozmawiając ze sobą wesoło. W gospodzie rozbrzmiewała muzyka, a na parkiecie miedzy stołami wirowały pary. Książe patrzył na nie z zazdrości. Teraz, gdy był pewien, że spotkał Alwinie, nie mógł przestać o niej myśleć. Przed oczami znów ukazał mu się obraz umierającej dziewczyny. Gimli nieprzerwanie śmiał się w najlepsze, drocząc się z Uriel. Luthias z Shapiro tak pochłonięci rozmową nawet tego nie zauważyli. Nagle wszystko ucichło gdy do gospody weszło trzech mężczyzn, ubranych w czarne płaszcze i kaptury. Legolas spojrzał uważnie na nowo przybyłych. Uriel przerwała nagle rozmowę z krasnoludem. Zdezorientowany rozejrzał się po sali, aż w końcu swój wzrok utkwił w trzech uzbrojonych w miecze postaciach. Pierwsza postawnie zbudowana, stojąca na samym przodzie, zdjęła jednym ruchem kaptur z głowy. Jego blond włosy sięgały mu do ramion, a zielone oczy przeczesywały sale. Jego wzrok zatrzymał się na czwórce przyjaciół. Ruszył więc powolnym krokiem w stronę ich stołu. W ślad za nim poszła pozostała dwójka. Szmery, rozmowy i muzyka znów zabrzmiała, ku uciesze ludzi. Z uśmieszkiem na twarzy zajął wolne miejsce koło Uriel, obejmując ją ramieniem. Pozostała dwójka usiadła w kącie, uważnie wszystko obserwując. Elfka nie wiedząc jak zareagować, z uśmiechem zdjęła jego rękę. I chociaż Uriel dała mu wyraźnie do zrozumienia, że z jego zalotów nic nie wyjdzie, on nie ustępował. Shapiro patrzył na zaloty mężczyzny z wyraźnym niezadowoleniem. Wiedział jednak, że jeden fałszywy ruch może zaważyć o wszystkim, więc nie reagował. Gdy blondwłosy mężczyzna złapał jego narzeczoną za rękę, ścisnął pięści. Poczuł jak paznokcie wbijają się mu w dłoń.
 - Wybacz, panie, ale mam narzeczonego – uśmiechnęła się, wyswabadzając dłoń z uścisku.
 - A czy on musi wiedzieć? – objął ją w tali, uśmiechając się jeszcze szerzej. Gimli powstrzymywał czerwonego na twarzy Shapira, nadeptując mu co chwila co raz mocniej na jego stopę. Legolas westchnął rozbawiony miną zazdrosnego przyjaciela. Pewnie sam by tak zareagował, gdyby chodziło o Alwinę, ale sytuacja była komiczna.
 - Musi, bo go kocham – chwyciła dłoń elfa, leżącą na stole. Tajemniczy gość uśmiechnął się pod nosem. Nie uszło to uwadze Luthiasa, który z jeszcze większą żarliwością śledził jego poczynania.
 - W takim razie, w ramach przeprosin, jak również rekompensaty za moje haniebne zachowanie, chciałbym was zaprosić do siebie. Nie zabraknie wam wina, chleba, miodu, dziczyzny. Tego wszystkiego u mnie pod dostatkiem. Ależ gdzie moje maniery. Nie przedstawiłem się. Bardzo przepraszam. Nazywam Toron. Objąłem tu władze. Mam nadzieje, że nic wam nie przeszkodziło – uśmiechnął najmilej jak potrafił. Po chwili spostrzegł, że siedzi koło Legolasa, który od pewnego czasu przestał zwracać na niego uwagę. – Książę nie powinien spać w karczmie – elf przeniósł na niego zdezorientowany wzrok. Jednak szybko odnalazł się w zaistniałej sytuacji, więc uśmiechnął się.
 - Nie będziemy robić kłopotu, naszym nagłym przybyciem. Na pewno masz wiele obowiązków. A po za tym jest już późno. Przenocujemy w gospodzie. Nic nam nie będzie. A jeśli stanie się nam jakakolwiek krzywda, będziesz wiedział o tym pierwszy.
 - Jeżeli zostajecie na długo… Królewskiemu synowi nie prz…
 - Naprawdę, nie trzeba. Nie zabawimy tu długo – uśmiechnął się.
 - W takim razie, jestem zmuszony odstąpić – wstał nakładając kaptur na głowę. – Pamiętaj o swojej obietnicy – Legolas wykrył jego chytry uśmiech, zasłonięty cieniem kaptura. – Prosiłbym was tylko o jeszcze jedno. Jeżeli znaleźlibyście Smoczą Księżniczkę, przyprowadźcie ją do mnie. Jej ojciec obiecał mojemu, że poślubi mnie. Data wypada za dwa tygodnie, tylko narzeczonej brak – w Legolasie coś pękło, jednak nie dał po sobie tego poznać.
 - Oczywiście – uśmiechnął się uprzejmie Luthias, widząc, że Legolas nie jest w stanie wydobyć z siebie słowa. – Jeżeli w ten sposób odwdzięczymy się za zaproszenie, oczywiście – skinął głową.
 - W takim razie nie przeszkadzam – uśmiechnąwszy się zalotnie do Uriel, wyszedł. Uśmiech z twarzy elfki nie znikł, póki nie zniknęli jego towarzysze.
 - Natręt – burknął nie zadowolony Shapiro.
 - Nie musisz być aż tak zazdrosny – zaśmiała się, a w jej ślady poszli Gimli z Luthiasem.
 - Mam być o kogo – pocałował jej dłoń. – Legolas? W porządku? – rozproszony elf przeniósł na niego wzrok.
 - Yy… Tak, tak… Tylko, nie podoba mi się jego zainteresowanie Alwiną. Widocznie, musiał jej nigdy nie widzieć, że jej nie zauważył pośród swego ludu.
 - To nie była ona, zrozum…
 - Nie, Luthias. W Helmowym Jarze powiedziano nam, że Gandalf podróżował z blondwłosą kobietą. To musiała być Alwina – w jego oczach pojawiła się nadzieja, której nigdy dotąd nie czuł.
 - Też mi to przeszło przez głowę, ale widzieliśmy jej ciało… - westchnął zrezygnowany.
 - Pamiętacie jak Gandalf zareagował na wieść o jej śmierci? Jak wypytywał o sposób? Gdzie leży? – wyszeptała Uriel, pochylając się nad stołem.
 - Mogła rzucić na nią czar. Wiedziała, że odda życie za Legolasa – wtrącił Gimli. – I co teraz?
 - Nic. Pozostaje nam czekać na bieg wydarzeń – westchnął Shapiro, podpierając ręce na stole. – Jedno jest pewne, od niego trzeba trzymać się z daleka – przytaknęli.

Z samego rano wyruszyli szukać chaty starca, do którego mieli się udać. Pytali każdą napotkaną osobę, czy go nie zna, ale niestety żadna nie potrafiła udzielić informacji. Jakby w ogóle nie istniał. Czuli, że niektórzy kłamali. Gdy tylko o nim usłyszeli obruszali się i kazali im znikać. Krasnolud nie podzielał humoru poirytowanych towarzyszy, którzy z coraz większą niecierpliwością próbowali się czegoś dowiedzieć. Chodził za nimi wesoło pogwizdując i rozglądając się na boki. Patrzył śmiało ludziom w oczy, póty póki jego spojrzenie nie skrzyżowało się z pięknymi szarymi oczami. Stanął osłupiały przełykając głośno ślinę. Jego twarz pobladła, wykrzywiając się w strachu połączonym ze zdziwieniem. Zrobił niepewny krok do przodu. Legolas miał racje. Żyła. To była ona. Nie było nawet mowy o pomyłce. Alwina żyła. Dziewczyna zniknęła nagle za rogiem, wyrywając krasnoluda z otępienia. Jestem głupcem. Nie wierzyć przyjacielowi. Oczy elfa nigdy się nie mylą. Za bardzo ją kocha, żeby mógł się pomylić. Jak mogłem w niego zwątpić. Muszę go przeprosić. Ruszył w kierunku, w którym zniknęła. Dobrze wiedział, że ona może go zaprowadzić do celu ich wędrówki. Schował się za jednym ze stołów, udając, że coś przegląda. Nie pomylił się. Stała przy jednym ze straganów, rozmawiając z Toronem. Było wyraźnie widać, że władca jest zainteresowany jej osobą. Dziewczyna śmiała się, rumieniąc od czasu do czasu. Było widać, że jest pod wielkim wrażeniem. Po krótkiej rozmowie ruszyła spokojnym krokiem na obrzeża, gdzie stała tylko jedna chata, oddalona od zgiełku i tłoku. Nie dziwie się, że jej od razu nie znaleźliśmy. Jest z drugiej strony, od starego wejścia. Już miał iść, ale zdziwiło go jej zachowanie. Gdy doszła do chaty jedną ręką oparła się o mur, a drugą położyła na klatce piersiowej. Stał tak chwile za nim weszła do środka. Gimli dogonił pośpiesznie przyjaciół. Zdyszany biegiem, podparł ręce o swoje kolana, wywołując śmiech u przyjaciół.
 - Szukaliśmy cię. Uciekałeś przed kobietą? – zaśmiał się Shapiro, poruszając śmiesznie brwiami. Uriel uderzyła go z łokcia w żebra. Jego twarz momentalnie wygięła się w grymasie bólu. – Ał! Za co?
 - Ty już dobrze wiesz. Gimli co się stało? – spojrzała zmartwiona na przyjaciela.
 - Legolas ma racje – wyrwał elfa z zamyślenia. – Widziałem Alwinę. Żyła. Chyba ma problemy ze zdrowiem, ale po tym ostatnim…
 - Jak to ją widziałeś?! – zapytała gorączkowo Uriel, tracąc powoli cierpliwość do tej historii.
 - Uriel, spokojnie. Wszystko się wyjaśni – uspokajał ją Luthiasa. – Pośpiechem niczego nie załatwisz.
 - Legolasie, przyjacielu – wyprostował się, biorąc wdech. – Wybacz, że ci nie wierzyłem. Przyrzekam ci, że nigdy nie zwątpię w twe oczy – książę uśmiechnął się do niego wyraźnie ożywiony. – Wiem gdzie może mieszkać starzec. Tak w sumie, to ona mnie do niego zaprowadziła.
 - Świetnie – uśmiechnęła się Uriel. – Tylko, proszę… Następnym razem nas informuj gdzie idziesz. Myśleliśmy, że Toron coś ci zrobił.
 - Skoro już o nim wspominasz. On jest wyraźnie nią zainteresowany, ale chyba nie wie kim ona jest. Możliwe, że…
 - Ma tu inne imię – szepnął Legolas. – Może, dlatego w tedy uciekła. Musimy ją stąd zabrać. Grozi jej tu niebezpieczeństwo. Nie pozwolę jej skrzyw…
 - Nie – przerwał mu Luthias. – Może i ma inne imię, ale przyszłaby do nas. Możliwe, że cię nie pamięta. Odnalazłaby nas i wyjaśniła wszystko. Ona po prostu, straciła pamięć – szepnął przerażony.
 - Dość! Nie ma co spekulować. Gimli prowadź – rozkazała Uriel.
 - Nie ma mowy o pomyłce – wymamrotał ruszając w drogę. – Ale niech ci będzie. Chata znajduje się od strony starego wejścia, dlatego wcześniej na nią nie natrafiliśmy.

Po kilku minutach ich oczom ukazał się mały kamienny domek. Było widać, że jest zadbany przez kobietę. W oknach wisiały kwiaty i zioła, a koło kamiennych schodów, u wejścia kwitły różowe róże. Czarnych dach z dachówek pokryły porosty. Za domem był ogródek ze studnią i sznurkami na pranie. Stała tam również niewielka stodoła. Poniszczony drewniany płot, oddzielał niewielki kawałek ziemi. Z każdym krokiem ich serca biły coraz mocniej. Wstąpiła w nie nowa nadzieja, która mogła okazać się tylko złudna, bez cienia szansy na urzeczywistnienie. Uriel zapukawszy kilka razy, odsunęła się od drzwi, które po chwili otworzyły się powoli, skrzypiąc. Zza nich wychylił się siwowłosy starzec z łysiną na czubku głowy. Jego błękitne oczy, bacznie badały drużynę. Pomarszczone czoło i bruzdy dodawały mu lat. Długa szrama na twarzy rysowała przeróżne historie.
 - W końcu jesteście – zaśmiał się przyjaźnie. – Czekałem na was. Napotkaliście pewnie komplikacje. Gandalf zapowiadał wasze przybycie na dużo wcześniej. Wejdźcie, ściany mają uszy – weszli po kolei wycierając buty o wycieraczkę. – Nie przesadzajcie – znów się zaśmiał. – To nie żadne salony – oglądnąwszy się jeszcze czy nikt nie podsłuchuje, zamknął drzwi.
 - Dziadku? – zapytał kobiecy głos z góry. Serce Legolas zaczęło bić coraz szybciej. Teraz nie było mowy o pomyłce. – Kto przyszedł? – dziewczyna zbiegła po schodach. Gdy jej wzrok napotkał oczy Legolasa, jej policzki zarumieniły się, przypominając sobie akcje z wczoraj.
 - To Legolas, Luthias, Gimli, Shapiro i…
 - Shapiro, Uriel – szepnęła, przerywając mu.

Siedziały na kamiennym murze śmiejąc się w najlepsze. Słońce oświetlało twarze przyjaciółek, a ich nogi wolno kołysały się w powietrzu, jak dzieci, których stopy nie są w stanie dosięgnąć ziemi.
- Uriel, zagadaj do niego. Jest tu nowy, więc może potrzebuje przewodniczki – zaśmiała się Nivis.
 - To nie takie proste. Kiedy go widzę, robię się cała czerwona! Ugh! Znowu! – złapała się za czerwone policzki.
 - Nivis ma racje. Milczeniem go nie poznasz. Anusz, kiedyś zostaniecie razem? Weźmiecie ślub…
 - Alwina, przestań! – brązowowłosa elfka popchnęła przyjaciółkę. – To nie jest zabawne! Nie wiem jak przetrwam kolejne spotkanie z nim, a ty mi wyjeżdżasz o ślubie!
 - Masz racje Uriel – westchnęła Nivis. – Od razu trzeba było pomyśleć o dzieciach – zaśmiała się.
 - Przysięgam! Zabije was! – zaczęła gonić je po ogrodzie.
 - Haha, tego w Rivendell jeszcze nie było! – zaśmiała się księżniczka.
 - Jak nas zabijesz, nie będziesz umiała poradzić sobie z małym problemem o nazwie Shapiro.
 - Jestem problemem? – zapytał wesoło męski głos. Przerażone elfki odwróciły się w jego kierunku. – Czyli, nie zgodzisz się pójść ze mną dzisiaj na spacer? – uśmiechnął się tajemniczo, podchodząc bliżej z jedną rękę z tyły. Chwyciwszy jej dłoń, schylił się i pocałował ją. Policzki Uriel poczerwieniały, jak róże. – Uznam to za tak – zaśmiał się i odszedł.
 - Uuuuu! – krzyknęły Nivis i Alwina.

 - Zabije was! – krzyknęła, goniąc je.
W jednej chwili Uriel znalazła się w objęciach księżniczki. Po policzkach spływały im łzy, których nie powstrzymywały. Brązowowłosa elfka czuła jak jej serce wypełnia ciepło. Odzyskała osobę, którą traktowała jak siostrę.
 - Gdzie Nivis? – szepnęła Alwina. Uriel wypuściła ją z objęć uśmiechając się smutno.
****
Cześć i czołem! Wiem, że dawno mnie nie było, ale dużo się działo :D. Mam nadzieje, że zwiastun wam się podoba, bo mi bardzo. Ostateczna bitwa pokazana na początku, a potem cofniecie się do przeszłości. Może cos z niego wywnioskować ^^.
Mam nadzieje również, że rozdział się podoba.
To chyba na tyle z moich ogłoszeń parafialnych.
Do dzisiaj!
PS. Tak się żegnam :P.

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Rozdział 15 – Przypadkowe spotkanie

Wędrowali przez las, wzdłuż rzeki. Śnieg prószył jakby puchem, nakrywając drzewa białą warstwą. Słońce górowało nad ich głowami, a delikatny wiatr owiewał ich twarze. Raz po raz pierwszy ujrzeli na swojej drodze stado saren. Patrzyły zaciekawione na nowo przybyłych. Nadstawiały uszu, jakby chciały podsłuchać ich rozmowę. Drzewiec patrzył na nie wesoło, uśmiechając się. Musieli je ominąć. Płoszenie zwierząt w tym lesie było surowo zakazane, gdyż to oni byli intruzami na ich terenie.

U wrót Rohanu napotkali czterech strażników, którzy rozpoznali w nich przyjaciół. Jednym z nich był dawny przyjaciel Shapiro. Helwa opowiedział im o dziwnym starcze podróżującym z młodą dziewczyną do Edoras. Członkowie drużyny podejrzewali, że to Gandalf. Kim była w takim razie tamta dziewczyna? Co prawda czarodziej napomknął, że po wyjściu z Fangornu, musi wyjechać na północ. Okazało się, że nastały niesprawiedliwe rządy, przez syna, którego przygarną wcześniejszy władca, a o jego pierworodnym synu słuch zaginął. Najprawdopodobniej wychowywał się wśród wieśniaków, by kiedyś odzyskać należną władzę i zacząć sprawiedliwe rządy. Pożegnawszy strażników ruszyli w dalszą drogę, zastanawiając się nad słowami Helwa. Co jeżeli ten władca, który mógł przecież być w zmowie z Seldoninque, zdobył kryształ? Z każdym dniem wyprawa stawała się coraz trudniejsza.
W końcu stanęli przed ogromną budowlą. Przy blasku księżyca wydała się być sroga i niebezpieczna, gdzie czyhają najgroźniejsze niebezpieczeństwa. Szare mury wznosiły się dumnie, piętrząc się ponad ich głowami. Po wojnie odbudowano je za pomocą Dunlendingów. Na samym szczycie stała warta łuczników, którzy widząc podróżnych napięli cięciwy. W oczach mieli żar, a wzrok skupiony na drużynie. Srebrne hełmy zdobiły ich głowy, a zbroje zarywały ciała. Wśród nich pojawił się wysoki postawny mężczyzna o jasnych blond włosach do ramion. W jego zielonych oczach odbijał się blask księżyca. Przypatrywał się im chwilę, po czym rozłożył dłoń, dając znak, że są niegroźni.
 - Kim jesteście i w jakim celu przybywacie? – jego głośny basowy głos wypełnił pustki w koło nich, odbijając się echem. Nie spuszczając z nich oczu, szepnął coś do stojącego obok łucznika. – Jeżeli nie odpowiecie uznamy was za nie przyjaciół – przerwał kilkuminutową ciszę.
 - Nazywam się Legolas – podjął elf. – Syn króla Mrocznej Puszczy. Ongiś jeden z członków Drużyny Pierścienia. Krasnolud to Gimli syn Glóina. Luthias i elfy przybywają tu z Rivendell. Przyszliśmy prosić o schronienie na noc. Przyda się wam dodatkowy oręż – dodał. Znów nastała chwila cisza.
 - Dokąd podążacie? – zapytał znów, po krótkim namyśle. – Nie mamy powodów, żeby wam ufać. Czasy są niebezpieczne, wszędzie pełno szpiegów.
 - Do Edroas, przyjacielu – odkrzyknął Luthias. – To prawda są niebezpieczne. Zrozumiem twoje podejrzenia, też bym je miał. Jednak wiedz, że już niedługo staniemy ramię w ramię przeciw wrogowi, który zechce zagarnąć nasze ziemie, zabić nasze rodziny, a nas samych wpędzić w niewolę.
Puchacz zleciał pomiędzy nich i siadł pod bramą nasłuchując. Wartownik stał chwilę w milczeniu, po czym szepnął coś do żołnierza stojącego za jego plecami. Po kilku minutach ogromne drewniane wrota zaczęły się ociężale otwierać, powodując wyczuwalne dla puchacza wstrząsy. Spłoszony odleciał w przeciwnym kierunku. Ciszę panującą w koło nich, zapełnił łoskot łańcuchów i stalowych krat. Weszli po woli do środka, obserwując wszystko z zaciekawieniem. Zapracowani żołnierze chodzący po dziedzińcu nawet nie zwrócili na nich uwagi. Od ich zrobi odbijał się blask pochodni, a ich oczy świeciły w ciemności. Książe, krasnolud i Shapiro pochłaniali wzrokiem każdą najmniejsza część murów obronnych. W tamtej bitwie zginęło wielu orków, ale i też przyjaciół, którzy byli w stanie poświęcić własne życie dla upragnionej wolności i pokoju. Może inaczej by się to potoczyło, gdyby tamta jedna starcza strzała nie wystrzeliła za wcześnie uśmiercając wroga. Z kamiennych schodów zszedł dumnie wyprostowany mężczyzna. Był to ten sam, z którym rozmawiali. Ukłonił się księciu, a zaraz potem objął piątkę towarzyszy wzrokiem.
 - Przepraszam za tę niedogodność, ale w dzisiejszych czas nie można być pewnym niczego. Mimo, że ostrzeżono mnie o waszym przyjeździe. Pewien starzec powiedział, że mam was wyczekiwać. Rozumiem, że na pewno zostaniecie z nami na noc?
 - Tak, jeśli nie będziemy ciężarem – odparła z uśmiechem Uriel.
 - Trochę się tu zmieniło – powiedział prowadząc ich w głąb ogromnej budowli. – Mam nadzieję, że nie będzie ci przeszkadzało, pani, jeśli będziesz spała z przyjaciółmi.
 - Będę musiała zacząć się przyzwyczajać – zaśmiała się zerkając na Shapiro, który nie spuszczał wzroku z mężczyzny. Stare mury, nie straciły dawnej świetności. Co kilka metrów w słabo oświetlonym korytarzu świeciły pochodnie. Woda gdzie nie gdzie skapywała na kamienną podłogę, dając głuchy dźwięk. Czuli się jak kiedyś. Kiedy naradzali się co robić dalej, kiedy lał deszcz, tworząc kurtynę. Mężczyzna skręcił nagle w prawo.
 - Tu możecie przespać noc. Jeżeli tylko zechcecie zostać na dłużej, poinformujcie mnie – uśmiechnął się przyjaźnie. Pomieszczenie nie było ani duże, ani małe. Pod ścianami stało pięć łóżek układając się w odwróconą podkowę. Dwie duże pochodnie wisiały przy drzwiach. Stosunkowo niski sufit przedstawiał niebo, z którego smugi światła padały na ziemie, a na ścianach w około nich widniały obrazy wyryte w skale przez Dunlendingów. Przedstawiały obraz ostatniej bitwy. Dwie siły: Dobra i Zła, gotów oddać życie, by wygrać. Na podłodze zaś zostały wyryte stosy ofiar i wygranych. Może nie były to arcydzieła, ale wzbudziły szacunek u każdego kto na nie patrzył.
 - Prosiłbym, że tego nie deptać. Zostawili tu cząstkę siebie. A po za tym to doskonale uwiecznia historie.
 - Oczywiście – uśmiechnął się Shapiro. – To niesamowite. Tak to przedstawić – przyglądał się ścianą z zapałem.
 - Orki! – rozległ się przeraźliwy wrzask na korytarzu. – Nadchodzą chmary!
Drużyna zerwała się do biegu w stronę wyjścia. W mgnieniu oka, mury zapełniły się łucznikami i wojownikami. Od przeciwnej strony dudnił odgłos bębnów, wydających z siebie złowrogi rytm, zagrzewający kreatury do walki. Rogi wydawały z siebie przeraźliwe dźwięki. Czarne kreatury uderzały równo bronią o tarczę. Ziemia pod nogami wojsk nieprzyjaciela drżała za każdym razem, gdy jeden z nich stawiał ciężką nogę, obleczoną w żelazne buty, z kolcami na czubku, a ich zbroje wydawały głuchy dźwięk. Na ich twarzach gościł szyderczy uśmiech. Obrońcy Helmowego Jaru stali pod rozgwieżdżonym niebem. W jednej chwili dało się słyszeć świst, a cięciwy zostawały napięte. Łucznicy skupili swój wzrok mierząc bronią w górę. Jeszcze chwila… Grad strzał wyleciał. Pióra świstały przecinając z prędkością wiatr i trzepocąc. Nie minęła minuta, a niektóre tkwiły w ohydnych czarnych cielskach, tych którzy nie zdążyli podnieść swych tarcz. Serie strzał spadały jedna po drugiej, nie dając nawet chwili wytchnienia. Niebo przesłoniły czarne chmury, nie pozwalając patrzeć gwiazdom na rozlew krwi. Wojownicy zbiegli po schodach przed mur, a w ich oczach odbijała się armia bezlitosnego wroga. Obrońcy dzierżyli w ręce broń, mieniącą się, gotową by przebić wroga na wylot. Ziemia drżała, a z nieba lał deszcz. Dwie siły spotkały się, jak ogień i woda. I tocząc bezlitosną walkę, wydzierały z siebie życie. Ludzie krzyczeli z bólu, a wróg wykrzywiał twarze w bezlitosnym uśmiechu, rozkoszując się krzykiem śmierci. Miecze brzęczały, uderzając się z trzaskiem o siebie nawzajem. Legolas z Gimlim walczyli u jednego boku, jak za dawnym czasów. Krasnolud odciął jednym ruchem topora ramie kreatury. Nie czekając ani chwili dłużej zadał ostateczny cios. Ryknął z bólu, gdy jedna ze strzał z czarnymi piórami, wbiła się głęboko w jego ramię. Wyjął ją szybkim ruchem, wbijając kolejnemu orkowi w pierś. Z rany trysnęła krew. Zmuszony, przełożył topór w drugą słabszą rękę.
Książę walcząc dwoma sztyletami przebił na wylot głowę przeciwnika. Wyjąwszy z upadającego cielska ostrze wbił drugiemu w oko, oślepiając go całkowicie. Ork złapał się za głowę, stawiając kroki w tył, a krzyk bólu wydarł się z jego gardła. Jeden ze żołnierzy odciął mu głowę, skracając jego cierpienie. Legolas zaatakował ze zdwojoną siłą przeciwnika Gimliego, z którym nie mógł sobie poradzić. Kreatura skrzyżowała swoją poszczerbioną klingę z czarnym od krwi sztyletem Księcia Mrocznej Puszczy. Drugim natomiast zaatakował od lewego boku, przecinając wroga w pół. Górna część jego ciała potoczyła się pod nogi nieodrywających się od siebie plecami, pary narzeczonych. Uriel uderzyła przeciwnika z lewej, jednak ten zrobił unik, w prawo. Niespodziewający się niczego ork, dostał w prawy bok od Shapiro, który zamienił się stronami z narzeczoną. Elfka natomiast wbiła ostrze w niespodziewającego się niczego, przeciwnika narzeczonego. Elf uśmiechnął się do siebie, widząc chart i niezłomność Uriel, która żadnemu nie odpuściła. Walczyła lepiej niż jeden mąż. Przez swoją nieuwagę straciłby życie, gdyby nie rycerz, który wepchnął przed niego orka, którego głowa potoczyła się pod nogi Luthiasa. Mężczyzna nie dopuszczał do siebie innej myśli niż ich wygrana. Orków znacznie ubyło, ale i ludzie stracili życie. Zamachnął się, ale wróg odparł jego atak. Ich klingi skrzyżowawszy się, siłowały się. Po jego czole spływał pot, co wywołało rechot u orka. Człowiek w ostatnim momencie schylił się w pół unikając ataku. Niczego niespodziewająca się kreatura została przecięta na pół. Prostując się, topór splamiony ludzką krwią, wbił mu się niespodziewanie w ramie. Padł na kolana, widząc jak przed oczyma pojawiają się mu czarne plamki.

Obrońcy mogli w końcu odetchnąć z ulgą. Zdołali ponownie obronić Helmowy Jar, niegdyś kryjówkę Helma, przed armią nieprzyjaciela. Niestety poległo też wielu ludzi, którzy byli gotowi zostawić swe rodziny. Czwórka przyjaciół odnalazła się, oddychając z ulgą. Jednak po chwili w ich serca wkradł się niepokój. Nie było Luthiasa. Spojrzeli po sobie przerażeni. Zaczęli gorączkowe poszukiwania ciała przyjaciela. Mężczyzna wstał z bólem na nogi, trzymając ręką wbity w ramie topór. Krew skapywała z jednej story wystającego trzonka. Odetchnęli na ten widok z ulgą. Uriel widząc jak broń wypada mu z rany pisnęła przerażona. Shapiro nie zwlekając podbiegłszy do niego, pomógł mu dojść do medyków. Okazało się, że rana nie jest zbyt poważna. Jednak mimo to musieli przełożyć swój wymarsz o dwa dni, mimo protestów Luthiasa.

Cztery dni później wyruszyli skrajem gór. Mieli opóźnienia z powodu śniegu, - który spadł obficie, zmywając krew z pola bitwy - utrudniając tym samym wędrowcom przejście. Droga w niektórych miejscach okazała się nie do przejścia, co zmuszało drużynę do obejścia na około. Po sześciu dniach zapuścili się w głąb gór. Śnieg sypał z ukosa w oczy i gryzł w policzki. Szli tak kolejne dwa dni walcząc z nieustępliwym mrozem.

Wydostawszy się z nieprzyjaznych gór, znaleźli się polanie. Po środku stało zmasakrowane obozowisko, z żarzącym się jeszcze drewnem w palenisku. Prowizoryczny, połamany namiot leżał w strzępach rozrzucony po całej polanie. Postanowili przeszukać obozowisko. Po kilku minutach Gimli wyprostował się, zaciekawiony znalezionym pierścieniem.
 - Wygląda jak symbol rodowy – obrócił przedmiot w dłoni. Uriel podeszła do niego.
 - Należy do tutejszego władcy, a raczej jego wygnanego brata– wzięła przedmiot do ręki.
 - Mam coś jeszcze – Luthias podał jej medalion. – Musieli to przypadkiem z niego zedrzeć – związał ze sobą dwa końce sznurka.
 - Lepiej będzie jak to dla niego przechowamy – wziął je Shapiro. – Nikt o czystych intencjach nie napada na ludzi – schował je w kieszeni.
 - Słyszycie? – szepnął Legolas wytężając swój słuch. – W mieście chcą kogoś powiesić. Ruszamy!

Słońce już zachodziło, a oni dotarli do Edoras. Od handlarza na rynku, dowiedzieli się, że miał zostać powieszony szlachcic za zdradę władcy. Jednak ludzie opowiedzieli się za nim, broniąc go.
Legolas chodził zamyślony samotnie po rynku. Przemieszczał się bez celu pomiędzy straganami, słuchając Uriel i Gimliego, którzy dawali rady Luthiasowi i Shapiro, odnośnie zakupów. Nawet ta komiczna scena nie potrafiła podnieść go na duchu. Nie potrafił pogodzić się z myślą, że już nigdy jej nie zobaczy. Kopnął rozgoryczony kamień, który poturlał się pod nogi kobiety. Podniósł powoli wzrok chcąc ją przeprosić, jednak to co zobaczył sparaliżowało go na kilka sekund. Patrzył na jej złote włosy spływające kaskadami na ramiona, szare oczy i ciemno zieloną suknie.
 - Alwina! – krzyknął za nią z nadzieją. Ich wzroki napotkały się, a dziewczyna uciekła. – Alwina! – zerwał się w pogoń za nią.
****
Nie wszyscy czytali książkę, a film raczej duża większość,  więc będę mieszała. Trochę książki trochę filmu.
Projekty pokończone, niedługo koniec roku. Mam nadzieję, że będę miała więcej wolnego czasu.
Wiem, że długo czekaliście na rozdział i jest krótszy niż wszystkie, i przepraszam was za to. Czasem życie da popalić, ale dzięki temu stajemy się silniejsi. Cieszę się, że przeczytałeś/łaś ten rozdział.
O i doczekamy się w końcu zwiastunu drugiej części! Nie mogę się doczekać.
Pozdrawiam
MagicDreams
xo