wtorek, 10 maja 2016

Informacja

Niestety nie wiem jak to będzie do końcówki maja. Muszę zaliczyć 6 projektów + występną dzień mamy. Jednym z nich jest scenariusz, który musze napisać do końca maja i zaliczyć mapę. Jak zdołam to dodam, ale nic nie obiecuję.

czwartek, 5 maja 2016

Rozdział 14 – Otchłań śmierci

Płakał trzymając swoje usta na jej. Nie wierzył, że to koniec. Nie chciał. Towarzysze spojrzeli po sobie smutno. Uriel, nie wytrzymując rozpłakała się, wtulając się w Shapiro. Nivis patrzyła na księżniczkę bezradnie, a Gimli z Luthiasem uklękli przy jej ciele trzymając ręce na trzonkach broni. Wiedzieli, że wojna pochłonie ich życia, ale nie byli na to przygotowani. Wierzyli, że wszystko dobrze się skończy.
 - L-Legolas – Nivis jąkając się, położyła rękę na jego ramieniu. – To jej nam nie wróci. Ona nie… - przełknęła ślinę. – Nie żyję. Nie wróci już – westchnęła patrząc na spokojną twarz Alwiny. – Musimy ją tu zostawić.
 - Wydrążę w skale półkę. Zasługuje na to – podniósł się z ziemi Gimli.
 - Nie dam rady – wyszeptał, wybuchają szlochem. – To przeze mnie. Gdybym nie był tak ślepy – przymknął powieki. Przepraszam cię. Mam nadzieję, że spotykamy się nie długo, a ty mi wszystko wybaczasz.

W dwa dni później złożyli ją w kamiennej wnęce. Na głowie miała swój diadem, a na szyi medalion ze smokiem. W ręce dzierżyła berło z białego złota i białą lilię, którą dostała od Thomasa. Płakali, ale nikt nie odważył się powiedzieć chociażby słowa. Pragnęli w ten sposób uczcić jej pamięć. Życzyłaby sobie tego. Chcieli dodać księciu otuchy, ale żadne z nich nie wiedziało jak. Stracił jedyną miłość w swoim życiu. Zostawili, więc go samego. Patrzył zapuchniętymi od płaczu oczami na jej bladą skórę, naznaczoną czarnymi liniami przez czar. To koniec. Koniec… Kocham cię, moja pani.
 - Kocham cię, moja pani – szepnął, spoglądając na nią po raz ostatni.

Trzy dni później przeszli srebrna żyłę, a dzień od tego znaleźli się w dawnym domu Galadrieli. Księżyc świecił pełnią, przenikając swym blaskiem przez gołe gałęzie drzew, rzucając przejrzysto-białe smugi światła. Wiatr ucichł, a w lesie dało się słyszeć ciche pohukiwanie puchacza. Starego, ale równie mądrego, pamiętającego dawane czasy. W jego czarnych oczach odbijały się lśniące najczystszym blaskiem gwiazdy. Patrzyli na wszystko zachwyceni, mając w głowach dawne czasy. Mosty, wysokie wieże nie straciły dawnego blasku. Pierwszy raz na twarzy podróżnych (oczywiście nie Legolasa) pojawił się niewymuszony uśmiech. Co prawda rzucali od czasu do czasu jakieś żarty, ale bawiły one tylko przez chwilę. Nie jak kiedyś, gdy w myślach przywoływano je bardzo często, gdy śmieszyły w sześć godzin później. Ich oczy napotkały skulonego, siedzącego samotnie na szarym kamieniu, w szaro-błękitnym płaszczu z kapturem, starca. Nivis zsiadłszy z gniadego ogiera, podeszła do niego ostrożnie. Gdy ich spojrzenia skrzyżowały się, wstał. Bez namysły wtuliła się w niego. Wielkie było ich zdziwienie. Nie podejrzewali tego, co ich spotkało. Uśmiechnęli się do siebie. Nie sądzili, że wróci. Przecież to nawet nie wchodziło w grę. Jednak cieszyli się niezmiernie.
 - Gandalf – szepnęła uśmiechając się szeroko. Był dla niej jak ojciec. – Tak dawno się nie widzieliśmy. Byłbyś ostatnią osobą, której bym się w tej chwili spodziewała –zaśmiała się puszczając go.
 - Tak to prawda. Podzielam twoją radość. Mamy sobie wiele do opowiedzenia – westchnął, uśmiechając się. Spojrzał na przyjaciół. – A gdzie Alwina? Z tego co mi wiadomo, wyruszała z wami – swój wzrok zatrzymał na stojącym z tyłu Legolasie. Patrzył w jego oczy, czując, że jest w żałobie. – Gdzie?! – zapytał zniecierpliwiony. Książe patrzył przez chwilę na niego, namyślając się.
 - Nie żyje – magle odwrócili się wszyscy zdziwieni. W pierwszej chwili myśleli, że się przesłyszeli. Jednak nie, to była prawda. Książe po raz pierwszy, od sześciu dni, odezwał się. – Sześć dni temu – głos ugrzązł mu w gardle.
 - Nie kończ – powstrzymał go gestem ręki. – Musimy w takim razie porozmawiać, ale najpierw wyśpijcie się dobrze – nie spuszczał spojrzenia z elfa.

Wczesnym rankiem, nim słońce zdążyło wzejść, rozpalili ognisko. W ciemnym lesie cisze przerywał tylko puchacz, który uważnie słuchał opowieści kompanów, którzy zasiedli w okręgu, w około ognia. Patrzył na nich uważnie, wlepiając mądre oczy. On wiedział. Drużyna opowiedziała wszystko, z najdrobniejszymi szczegółami.
 - A więc gdzie jest jej ciało? – zapytał po krótkim namyśle, domyślając się jak doszło do tragedii. – Weaorne… Mówi mi to coś. Później sobie przypomnę – wymruczał do siebie. – A więc?
 - Leży we wnęce, wykutej przez Gimliego, w lesie – odpowiedział Luthias. Gandalf odetchnął z ulgą. Kiwnął potakująco, zapalił fajkę i nie odezwał się. Chcąc rozluźnić napiętą atmosferę, wpuszczał najpróżniejsze kształty z dymu, które unosiły się ku sklepieniu niebieskiemu.

Kolejne cztery dni nie przyniosły zmian. Mimo, że panowała zima, słońce świeciło pełnym blaskiem na niebie. Przed nimi, na horyzoncie pojawiły się pierwsze drzewa Fangornu. Mieli nadzieję spotkać drzewca, który już nie raz im pomógł. Czuli, że z każdym dniem siła wroga rośnie. Ich zwycięstwo wisiało na włosku. Wiatr owiewał ich twarze, otulając jakby kocem. Nagle czarna chmura zawisła nad nimi, a z lewej nadchodził mały oddział orków. Zaskoczona drużyna ześlizgnęła się z siodeł. Ustawieni w wypukłe pół kole patrzyli na rozpędzony oddział orków, biegnący w ich stronę. Cięciwy napięły się, a miecze przecięły powietrze. Patrzyli w skupieniu, czekając na odpowiednią chwilę. Strzały ze świstem wyleciały przed siebie wbijając swe lśniące groty w czarne cielska. Wiatr stanął, jak ich oddechy. W jednej chwili ruszyli biegiem w stronę kreatur. Ramię w ramię. Ostrza skrzyżowały się z brzękiem. Zaraz cielsko padło martwe na ziemie. A po nim kolejne. Luthias, dzierżąc Verkalamma przeciął w pół orka, kopiąc drugiego w pierś. Schylił się w pół by uniknąć ostrza, które drasnęło jego ramię. Z rany wytrysnęła krew, prosto w oczy kreatury, oślepiając ją na moment. Mężczyzna wbił w niego miecz, wyciągając podręczny sztylet zza pasa, który wylądował w ciele następnego. Nie zabezpieczając tyłów, poszczerbiony miecz przebiłby go na wylot, gdyby nie miecz Gandalfa, który w sama porę odciął czarną głowę. Czarodziej unikając ciosu, przepchnął przed siebie stojącego bok orka, który zaraz leżał martwy u jego nóg. Shapiro walczył na obrzeżach, chroniąc Uriel. Strzegł jej jak oczka w głowie. Nie mógł odpędzić od siebie myśli, że może zginąć, co go wprawiało w jeszcze większą furię. Przecinał ciała, które padały jedno za drugim koło siebie. Gimli walczenie podcinał nogi wrogowi, dobijając go potem toporem. W głowie liczył ile już padło z jego ręki, by wygrać ze swym elfim przyjacielem. Legolas dzierżąc długi sztylet w prawej dłoni, wygiął rękę do tyły, wbijając ostrze w głowę orka, a lewym sztyletem przeciął następnego. Myśl o śmierci ukochanej wprawiała go w furię, przez którą tracił kontakt ze światem. Zabijał ze złości, z własnej głupoty i własnych błędów. Żaden nie uszedł z życiem z jego ręki, każdy padał. Z zachmurzonego nieba zaczął padać deszcz, utrudniając im walkę. Krople wpadały im w oczy, rozmazywały zaschniętą krew. Niezgrabne kreatury potykały się o własne nogi, upadając na twarz. Nie minęła chwila, a w ich ciałach zatapiało się czarne od krwi ostrze. Oczy pozostawały otwarte, ale nieruchome. Puste i bez wyrazu, martwe. Oczyszczający deszcz spłukał z drużyny czarną posokę. Strumienie spływały z ich martwych czarnych ciał i jednej białej. Drobne ciało leżało pod cielskami kreatur. Jej jasne włosy opadały bezwładnie na ich twarze. Niebieskie oczy wpatrywały się z nadzieją w niebo, a usta wykrzywiały się w uśmiechu, jakby widziały znajomą i ukochaną twarz. Brązowowłosa elfka desperacko odkopała ciało przyjaciółki, która pozostawiła po sobie dwójkę dzieci. Tuliła jej martwe ciało, wylewając łzy. Mówiła do niej, mając nadzieję, że ją usłyszy i zaśmieje się z takiego potwornego żartu. Ona się nie obudziła. Drużyna pochyliła głowy, by uczcić jej pamięć. Nagle blade ciało zaczęło się skrzyć. Złoty blask otulił ich, zmuszając do zamknięcia oczu. Po kilku minutach wszystko ustało, a ciała elfki nie było.
Wieczorem zmordowani doszli na skraj lasu. Ćwierkanie wróbli dochodziło do ich uszu. Tylko melodia tak wesoła i skoczna, nie wydała się być na miejscu. Gimli z ponurym wyrazem twarzy przyglądał się im uważnie. Nieopodal ich stała łania, uważnie przypatrując się im. Zobaczywszy Gandalfa na Cienistogrzywym, zerwała się do biegu w głąb lasu.
 - Szkoda, ładna była z niej sztuka – mruknął niezadowolony Gimli, któremu burczało w brzuchu.
 - Biada! – czarodziej posłał mu piorunujące spojrzenie. – Biada wszystkim, którzy skrzywdzą ten las!
 - Gandalfie, przyjacielu! – przywitał go Ent. – Zima was nie zatrzymała? – podszedł do nich.
 - Widzę, że też masz szpiegów – zaśmiał się wesoło, wstając. Nie wierzył, że mógł ich zdradzić. Był na to za szlachetny i mądry.
 - Nadeszły niestety niespokojne czasy. Muszę dbać o las ze zdwojoną siłą. Zanim nastała zima, gobliny odważyły się postawić nogę w moim lesie
 - Mam nadzieję, że zdołasz go obronić – uśmiechnął się.
 - Zaprowadzę was w bardziej bezpieczne miejsce. Te przeklęte stwory zabijają w moim lesie! – burknął oburzony. – Znów odważyli podnieść, naostrzone siekiery na drzewa! – ruszyli w nieznanym im kierunku. – Im szybciej, wytępimy te plugastwa do zera, tym lepiej – przerwał na chwilę. – Wieść o śmierci księżniczki rozchodzi się bardzo szybko. Wielka to strata dla Śródziemia. Miała bardzo szlachetne serce. Zapewne teraz tańczy wesoło w białej sukni, wśród swojego ludu. Zobaczyła ojca i matkę. To po niej odziedziczyła tak wielką urodę. Niektórzy ważą się porównywać ją do Galadrieli. Zawsze się śmiała, że nic i nikt nie może dorównać urodzie Białej Pani – krew w Legolasie zaczęła się burzyć. Widząc, że drzewiec zamierza kontynuować, uprzedził jego słowo.
 - Proszę… Możesz przestać o niej tyle mówić? – zapytał najuprzejmiej jak na tamtą chwilę potrafił. Jednak nic mu z tego nie wyszło. Ent spojrzał w jego oczy, przepełnione bólem, złością i żałobą.
 - Legolasie, synu Thranduila, którego ojcem był Oropher, książę Mrocznej Puszczy… Przepraszam jeśli cię uraziłem. Nie miałem tego w zamiarach – spojrzał na niego ze współczuciem. Jesteś księciem! Alwina… ona by tego nie chciała, Muszę go przeprosić. Nie mogę się tak zachowywać. Muszę dać radę, dla niej. A jeśli Eru pozwoli, spotkamy się niedługo. Wierzę w to.
 - Jeżeli ty mi wybaczysz – ukłonił się wpół. – Nie powinien był tego mówić – wyprostował się. - Alwina – zawahał się. – Alwina była bliska memu sercu – uśmiechnął się.

Gdy doszli rozsiodłali konie. Polana była porośnięta bujną trawą i kolorowymi kwiatami. Było to dziwne zjawisko, podczas zimy, ale nikomu to nie przeszkadzało. Naprzeciw nich była jaskinia. Nad ich głowami świeciło słońce, a ptaki z zaciekawieniem przyglądały się nowym twarzą. Pośrodku stała kamienna misa, postawiona na wyrzeźbionym z kamienia trzonie. Usiedli zmęczeni na trawie. Narzekający ciągle Gimli, z którego śmiał się Ent, rozłożył się na plecach. Rozkochując się chwilą odpoczynku, przymknął oczy. Luthias poszedł w jego ślady, zastanawiając się jak będzie wyglądała ostateczna bitwa. Kto wygra, kto przegra. Jakie będą skutki starcia się sił dobra i zła. Kogo pochłonie śmierć, a kto ujdzie z życiem. Czy dane mu będzie zobaczyć ojca i małego siostrzeńca, który uwielbiał bawić się z nim w rycerzy. Co by było gdyby Alwina przyjęła jego oświadczyny. Jak potoczyłoby się ich życie. Co by się stało gdyby nie zgodził się na przyłączenie do drużyny Weaorne. Nagle jego myśli powędrowały ku domu rodzinnemu. Zabawie z siostrzenicą, która chciała dorównać starszemu bratu, który obiecywał, że będzie jej chronić. Porzeczkowego cista matki i rodzinnych kolacji, trwających do późna w nocy. Kiedy dom wypełniał się śmiechem i muzyką domowników. Kiedy brat porywał w taniec swoją żonę, a siostra tańczyła z mężem i dziećmi. To wszystko mogło już nigdy nie wrócić. Przez jedną osobę, która pragnęła więcej niż sama mogła udźwignąć.
Teraz jestem matką dzieci Nivis. Nie dam rady. Jakby nie mogła poczekać. Boję się, że nie sprostam. A matka przecież jest bardzo ważna. Dobrze, że mam Shapiro. Nie wiem co bym zrobiła, gdybym była sama. A co jeśli wojna nas rozdzieli i zostanę sama? Jak to będzie. Dzieci potrzebują ojca. Nie dam rady wychować ich sama. Ja go potrzebuję. Nie przeżyje tego. To nie będzie miało sensu. Najpierw Alwina, potem Nivis… Nie przeżyję, jeżeli wojna mi go odbierze. Nie chce tak żyć.
 - Spokojnie – usłyszała głos Shapiro w głowie. – Nie zostawię, będę przy tobie – przytulił ją mocniej. – Kocham cię, skarbie.
 - Ja ciebie też.
 - Damy radę, zobaczysz – uśmiechnął się do niej.
 - Razem, zawsze – pocałował ją.
Książę Mrocznej Puszczy siedział opierając się o kamienny trzon. Nie mógł odnaleźć siebie. Wiedział, że musi doprowadzić misję do końca. Jeżeli zginę w bitwie wszystko się rozwiążę. Będę z moją księżniczką. Ojcu będzie ciężko. Najpierw matka, potem ja… Da radę, jest silny. Co jeśli przeżyję? Nie będę mógł wrócić do Mrocznej Puszczy. Za dużo rzeczy będzie mi o niej przypominało. Nie dam rady spędzić tam, chociażby chwili. Może wypłynę za morze. Tam podobno odzyskuję się spokój. Zrobię tak. Wypłynę za morze.
 - Musimy wyruszyć jutro z rana – podjął rozmowę Legolas. – Musimy iść dalej. Alwina byłaby wdzięczna za to, że zajęliście się ciałem Nivis – uśmiechnął się do drzewca.
 - Przynajmniej to mogliśmy dla niej zrobić. Szkoda jej dzieci. Zostały całkowicie osierocone – odrzekł z żalem.
 - Teraz my jesteśmy ich rodzicami – uśmiechnęła się smutno Uriel. – One nie zapamiętają nawet jej twarzy, nie wspominając o ojcu, który nigdy ich nie zobaczył – po jej policzku spłynęła łza.
 - Nie smuć się piękna pani. Nivis teraz tańczy ze swym mężem w błękitno-białej sukni – uśmiechnął się do niej. – Gandalfie, musimy porozmawiać o ciągu waszej wyprawy, znam informację, które mogą się wam przydać – czarodziej pokiwał głową ze zrozumieniem, wstając. – Odpocznijcie w tym czasie – zwrócił się do reszty drużyny. Pamiętajcie by nie wychodzić po za tę polanę! Teraz nawet w lesie dla przyjaznym dusz nie jest bezpiecznie. Seldoninque zrobi wszystko by dostać w swoje ręce poszukiwane przez was palantíry – odeszli. Krasnolud mruknął coś niezadowolony z tajemnic, ale Ent nie zareagował. To miejsce działało na nich kojąco i uspokajająco. Mogli się wyciszyć, zapomnieć choć na chwilę o przeszłości i przyszłości. Po dwóch godzinach drzewiec wrócił wraz z Gandaldem na polanę.
 - Kryształ Osgiliath nadal pozostaje w Minas Tirith. Jest najsilniejszy i to właśnie tego Seldoninque będzie szukać. Natomiast Kryształ Annúminas widziano w Rzece Entów. Pozostaje on u starca, w Edoras. Musicie się tam niezwłocznie udać. Pamiętajcie jednak o najsilniejszym! Jeżeli on go zdobędzie… To koniec, przegraliśmy. O to, o co walczyła Alwina. Trzeba zdobyć palantír znajdujący się w Edoras – drużyna spojrzała po sobie porozumiewawczo. – Nie wolo wam go spuścić z oczy, chociażby na chwilę.

****
Cześć i czołem!
Ten rozdział jest jakiś dziwny, może dlatego, że jest trochę zamieszania.
Przepraszam, jeżeli będę tak trochę skakać, ale inaczej po prostu nie mogę. Mam nadzieję, że wybaczycie.
To jest drugi czy trzeci raz jak opisuję bitwę, więc jeżeli macie uwagi podzielcie się nimi ;).
Wiecie, jak planowałam to opowiadanie chciała, żeby Nivis okazała się zdrajcą, ale stwierdziłam ostatecznie, że będzie jej przyjaciółką. A Weaorne, napatoczyła się sama, tak jakoś.
Tak się bałam, że nie będę miała 2000 wyrazów, a przez to, że dodałam ich myśli na tym polu, wyszło ponad. Mam nadzieję, że się to podoba, bo tego nie było w planie.
O i zmieniłam cel, bo ten co jest teraz jest dużo lepszy.
Przepraszam, że tak długo czekaliście, ale mam nie małą wadę wzroku i nie mogę długo siedzieć, a dochodzi jeszcze szkoła i parę innych spraw.  Tego bloga bardzo dokładnie planuje i sprawdzam wszystkie informacje dwa razy, a to jednak troszkę czasu zajmuję. Do zobaczenia!
PS. Dziękuję wam za tyle wyświetleń! Jesteście kochanie. Wzruszyłam się. Dziękuję! :*:*:*:*