środa, 21 grudnia 2016

Rozdział 25 - Starcie cz.II

      Nie chciał dopuścić tego do swojej myśli. Oddychał ciężko, idąc szybkim krokiem w stronę swej komnaty. Mając przed oczami cierpiącego syna, słysząc jego wrzask – wściekłość wzbierała w nim coraz bardziej. Wszedłszy, trzasnął z impetem drzwiami. Pchnął z siłą krzesełko, które stało na jego drodze. Rozwścieczony szarpnął białe prześcieradło, które wylądowało na ziemni. Zerwawszy zasłonę, zrzucił książki leżące na biurku. Padł zrozpaczony na kolana. Zakrył twarz dłońmi. Kiedy adrenalina ustąpiła, poczuł ogromny ból. Natychmiast pożałował swojego czynu. Oparł się z wielkim trudem o łoże. Wziął głęboki wdech, sięgając do stolika po zioła przeciwbólowe. Schował twarz w dłoniach, próbując opanować ogarniający jego ciało ból. Drzwi lekko skrzypnęły, a do środka weszła mała elfka. Przysiadła się do niego, łapiąc kruchą rączką jego dłoń. Lira wtuliła się w króla, jednocześnie tuląc misia. Objął ją ramieniem.
 - Dlaczego jesteś smutny? – zapytała cicho.
 - Legolas bardzo cierpiał – przymknął oczy.
 - Lauca, zawsze mi pomaga, kiedy jestem smutna – uśmiechnęła się do niego, najszerzej jak potrafiła. – Proszę – podała mu misia.
 - Bardzo ci dziękuję – uśmiechnął się, biorąc go do ręki.
 - To znaczy, że już go nie zobaczę? – zapytała smutno.
 - Chciałbym wiedzieć, Lira. Mam nadzieje, że wszystko z nim w porządku.
 - Na pewno go zobaczymy. Musi być bardzo odważny. Bałabym się wyruszyć tak daleko – przytulił ją.

      Niebo naszło szaroczarnymi chmurami, zwiastując deszcz. Mgła uniemożliwiła wzrok, w gęstym ciemnym lesie. Kruki co chwilę przelatywały z gałęzi na gałąź, z drzewa na drzewo. Rozejrzała się niepewnie dokoła. Nie spostrzegła niczego niepokojącego. Wysiliła swój słuch, jednakże poza trzepotem skrzydeł, niczego nie dosłyszała. Nie wiedząc co robić, wyciągnęła z pochwy miecz. Wciąż skupiając się na nasłuchiwaniu otoczenia, trwała w bezruchu. Niespodziewanie drzewa przed nią rozstąpiły się, tworząc ścieżkę. Wybałuszyła szeroko oczy, oczekując najgorszego. Nic się jednakże nie wydarzało. Ruszyła ostrożnie drogą, wskazaną przez drzewa. Stado kruków podążało za nią, krok w krok. Szpiedzy… Czeka aż… Drzewa znów zmieniły miejsca, ukazując ścieżkę po lewej stronie. Rozejrzała się niepewnie, wahając się. Po kilku minutach namysłu, ruszyła nią zdecydowanym krokiem.

Czuwał przy niej piątą godzinę. Każda sekunda dłużyła się w nieskończoność. W jego głowie, rodziły się coraz większe wątpliwości, o wygranej Alwiny. Bał się, że została pokonana i nie wydostanie się już z stamtąd. Podejrzewał, że długo będzie to trwało, jednak nie aż tak. Ent za każdym razem uspokajał go, mówiąc, że czeka ją długa droga, zanim dostanie się do Weaorne. Wiedział, jakich sztuczek nauczył ją Saruman, kiedy potajemnie nauczał ją sztuki magii.

Książę pogładził jej rękę z uśmiechem. Pragnął by poczuła jego dotyk…  by czuła, że nie jest sama. Nie miał jej za złe, że się nie pożegnała. Nie potrafiłby jej pożegnać. Westchnąwszy, odwrócił się w stronę, cierpliwie czekającego enta.
 - Jesteś pewny, że dobrze to zainicjowałeś? – zapytał zniecierpliwiony. Ten spojrzał na niego uważnie, lecz z ciepłym uśmiechem. Nie mógł mu mieć tego za złe, kochał ją.
 - Jeśli postąpiłbym źle, nie byłoby to możliwe, przyjacielu – zamknął oczy. – Pozostańmy cierpliwi. Weaorne ma nad nią przewagę, mimo, że to umysł Alwiny. To ona ustala zasady przebiegu i walki.
 - Masz rację – przysiadł się do niego. – Nie powinienem w ciebie wątpić. Martwię się o nią. Przepraszam.
 - Nie mogę mieć ci tego za złe – otwarłszy oczy, spojrzał na niego. – Rozumiem wasze uczucia – znów je zamknął.

Legolas nie spuszczał z niej wzroku. Bał się, że przegapi coś ważnego, co zaważy o wszystkim. Uśmiechnął się na samą myśl o chwili, kiedy już do niego wróci. Wygra. Jest silna, sprytna i odważna… Ma wszystko czego potrzebuje. Zadziwiające, że przy tym wszystkim potrafi być delikatna, nieśmiała, czuła i czarować swym wdziękiem niejednego rozmówce. Ta myśl nieco pokrzepiła jego serce, zatrzymując narastający strach, w miejscu którego pojawiła się duma.

 - Legolas nie wiem czy powinniśmy – krzyknęła zasłaniając oczy. Mimo, że zdjął tylko koszulę czuła, że się rumieni. Gdyby wiedziała, że ta przejażdżka nad jezioro tak się skończy, nie zgodziła by się na to. Wymyśliłaby coś, ale na to było już za późno. – I tak nie wejdę – krzyknęła, robiąc mała szparę miedzy palcami, by spojrzeć na elfa, który uśmiechnąwszy się szeroko, zaczął śmiać.
 - Wszystko widziałem! No chodź, wiem że chcesz. Nie zaszkodzi ci! Wręcz przeciwnie! Alwina! – zawahała się.
 - No dobrze! Ale musisz się odwrócić! – postawiła warunek.
 - Jak chcesz – zaśmiał się, uśmiechając chytrze. Odwrócił się, ale tak, że kątem oka widział dziewczynę.
 - Ej! – krzyknęła, ściągnąwszy koszule. – Odwracasz się!
 - Już dobrze, dobrze – zaśmiał się, odwracając. Zdjęła dolna część garderoby i pozostając w bieliźnie weszła do wody. Powoli podeszłą do księcia, ale nim zdążyła złapać go za ramie momentalnie odwrócił się do niej, za co został ochlapany. Nie pozostając jej dłużny, oddał. Rozpętała się dziesięciominutowa bitwa, w której przegrała, gdyż książę wynurzył się tuż przed nią i spojrzał w jej oczy. Patrzyli przez chwile na siebie, a woda sięgała im do szyi. Ich twarze zaczęły się do siebie zbliżać. Legolas postanowił postawić wszystko na jedną kartę; zrobił krok do przodu. Dziewczyna nie wiedząc co robić cofnęła się o krok, wpadając do wody. Poślizgnęła się. Czuła pod swoja stopą gładką deskę, wiec nie wynurzając się próbowała wydostać ją ze szmalu.
 - Alwina? Nie wygłupiaj się – zaśmiał się nerwowo. – Alwina?! – zaczęła jej szukać rękoma. – Alwina! – już zamierzał zanurkować, ale ona niespodziewanie, wynurzyła się z wody tuż przy jego twarzy, trzymając skrzynkę pod taflą wody. Patrzyli sobie w oczy, po czym ją wynurzyła tak, że było widać tylko jej płaskie wieko. Przeniósł niepewnie wzrok na skrzynkę. Już gdzieś widział znak wyryty na niej. Niestety nie mógł przypomnieć sobie gdzie.

      Zirytowana ciągłym szukaniem oraz podążaniem ścieżkami prowadzącymi donikąd, stanęła. Rozglądnęła się po raz kolejny. Nie spostrzegła nic prócz paciorkowych oczu, ciągle wlepionych w jej osobę. Westchnęła, namyślając się nad tym, co należy dalej czynić.
 - Nie będę cię szukać – powiedziała w końcu donośnym głosem, którego echo powtórzyło się.
Las otoczywszy ją, tworząc polanę, stał się rzadszy. Zza cienia drzew wyszła zakapturzona postać, z wystającymi spod kaptura złocistymi włosami. Wyglądało to jak ich pierwsze spotkanie. Tym razem, to ona musiała zwyciężyć. Weaorne uśmiechnęła się szyderczo, widząc poważna minę swojej przeciwniczki. Zaczęła okrążać Alwinę, która nie pozostała jej dłużna. Musiała być czujna, i zwracać uwagę na najmniejsze szczegóły. Weaorne miała moc, której ona nie posiadała. W każdej chwili mogła złamać zasady, które ona sama ustaliła.
 - Nie sądziłam, że tchórzliwe dziecko Míri i Ilfirina, odważy zmierzyć się ze mną. Twoja śmierć jest pewna – zaśmiała się w głos, kpiąc z niej. – Jeżeli padniesz mi do stóp, może rozważę zamknięcie cię w lochach – posłała jej chytry uśmiech. – I oszczędzę Legolasa – wyjąwszy odcięte złociste włosy spod płaszcza, rzuciła je pomiędzy nie.
Alwina spojrzała na nią zdezorientowana. Przeniosła powoli wzrok na włosy. Miały taką sama długość jak jego. Wśród nich, leżały dwa splecione warkocze. Co jeśli rzeczywiście… Mogła przecież na nich napaść, kiedy jej szukałam. To nie może być prawda. NIE! Oddychała ciężko. Zaraz… Legolas nie ma ciemniejszych włosów na czubku głowy. To zasadzka. Odetchnęła z ulgą. Opanowawszy swoje emocje, przeniosła wzrok na Weaorne.
 - Myślisz, że taki ciemięga jak ty, zdoła mnie pokonać? – zaśmiała się ironicznie. Księżniczka jednak nie zareagowała. Rozpoznała jej sztuczkę.
Zniecierpliwiona Weaorne, naparła na nią z prawej. Alwina zwinnie uchyliła się od ostrza. Kolejny cios również nadszedł z prawej. Odparła go zwinnym ruchem miecza. Uchylając się przed kolejnym atakiem, podcięła jej przez chwilę niestabilną nogę. Weaorne padła na plecy, rozwścieczona. Valatimpe wyprostowawszy się, wzięła głęboki oddech. Odchyliła lewą nogę prostując i wysuwając ją do przodu. Prawą natomiast ugięła, a stopą zwróciła się w prawą stronę. Trzymając wyprostowany sztywno pionowo miecz w dłoniach, czekała aż ją zaatakuje. Podrażniona Weaorne podniosła się szybkim ruchem na nogi. Kolejny cios zadała od góry. Księżniczka wykonała obrót, z mieczem nad głową, dzięki czemu mogła swobodnie się przemieścić. Stanęła w „swojej” pozycji.
Widząc zdezorientowanie Weaorne, naparła nią. Tamta jednak zrobiła unik. Klingi po raz kolejny skrzyżowały swe ostrza. Pchnęła księżniczkę do tyłu, która wpadła na drzewo, ponieważ las znów zmienił swoją pozycję. Weaorne uśmiechnęła się chytrze, widząc ją przypartą do drzewa. Skoczyła ku niej z lśniącym ostrzem.

****
Cześć i czołem!
Oto druga część rozdziału. Mam nadzieję, że podoba wam się jego zakończenie, w sensie opis walki. Długo się zastanawiałam jak potoczyć akcję.
Jeżeli widzicie jakieś błędy, uwagi są jak zawsze mile widziane! :D
To chyba na tyle.
Aaa… Nieee…

Wszystkiego najlepszego z okazji świąt Bożego Narodzenia i szczęśliwego Nowego Roku! 
:* ❤❤
Do zobaczenia!

niedziela, 4 grudnia 2016

Rozdział 25 - Starcie cz.I

Obudziła się przed świtem. Całą noc śniły się jej koszmary, przez które co jakiś czas, budziła się. Bała się, że sny urzeczywistnią się, w bardziej okrutny sposób. O ile taki istniał. Oparłszy się o drzewo, podkuliła nogi, chowając w nich podbródek. Westchnąwszy ciężko, spojrzała w stronę wschodzącego słońca, które niemiłosiernie śpieszyło się, by wznieść się ponad horyzont. Czas przyspieszył, jakby specjalnie dla niej, chcąc ją wyszydzić. Spuściła wzrok, nie mogąc znieść, dręczących ją myśli. Wiedziała, że musi opanować się i skupić. W końcu nie walczyła tylko dla siebie. Mogła w ten sposób uratować życie wielu mieszkańców Śródziemia. Przeniosła wzrok na tafle jeziora, na której odbijały się promienie słoneczne. Uśmiechnęła się widząc jak niedaleko niej, podeszła do niego młoda sarna. Spojrzała niepewnie na księżniczkę, zastanawiając się przez chwilę. Ostatecznie schyliła się, by zaspokoić swoje palące pragnienie. Chciała się podnieść, kiedy do zwierzęcia podbiegło jej młode, które otarło się o matkę, by zwrócić na siebie jej uwagę. Obserwowała przez krótką chwilę, zażyłość tych zwierząt. Spojrzawszy ponownie na słońce, przypomniała sobie, po co tam tak na prawdę przybyła. Zerknęła na Legolasa, który nadal spał. Nie chciała się z nim żegnać, to by oznaczało koniec. A tak przecież nie mogło stać się, prawda? Wstawszy, ruszyła w stronę kamiennego stołu.
 - Alwina! – dopadła ją Uriel. – Zapomniałabyś – zdyszana biegiem, podała jej pas z mieczem.
 - Dziękuję – uśmiechnąwszy się do niej, zapięła go. Bez słowa, wpadły sobie w ramiona.
 - Proszę, uważaj na siebie – szepnęła bliska płaczu. – Twój czas jeszcze nie nadszedł – odsunęły się od siebie. – Legolas wie, że…
 - Nie, tak będzie lepiej – zerknęła ostatni raz tamtego ranka w jej oczy, po czym odeszła.

Jego stan znacznie się poprawił. Mimo, że nie był jeszcze zdolny do walki, mógł poruszać się po pałacu bez większego trudu. Jednakże zbyt nagłe ruchy, w dalszym ciągu sprawiały mu ogromny ból, którego często nie mógł wytrzymać, wiec przywoływał medyka, pytając o zioła przeciwbólowe. Wiedział, że nie może się poddać. Lira go potrzebowała. Nie chciał by ponownie straciła opiekuna. Ta mała elfka sprawiała, że uśmiech częściej gościł na jego twarzy. Uwielbiał patrzeć, jak bawi się swoim pluszowym misiem. Przez swój krótki pobyt w pałacu, zdążyła nauczyć Thranduila wiele rzeczy. Z wielkim trudem przyszło jej, nauczanie króla, w pleceniu wianków. Dziewczynka starannie dobierała kwiatki, uważając by nie zagnieść choćby najmniejszego płateczka. W ten sposób wykonała mnóstwo przepięknych wianków, które rozdała służką. Elfki z wielką dumna nosiły je na głowach. On natomiast robił to trochę niechlujnie. Pozaginane liście i płatki, niejednokrotnie zostawały poprawione przez Lirę.

Siedział z nią na trawie, czekając, aż Elladan przyprowadzi więźniów. W między czasie jego córka, po raz kolejny pokazywała mu, jak starannie powinno zaplatać się wianki, które przyozdabiały głowy pięknych pań. Zdawał sobie sprawę, że przesłuchiwanie dowódcy wrogiej armii, nie będzie należało do najlżejszy zadań. Prawdopodobnie nawet, nie dowiem niczego. Nie zależy im na życiu. Cóż… zawsze można spróbować. To nic nie mnie kosztuje. Mimo, że oddziały przeczesywały Mroczną Puszczę i pilnowały jej granic, robiło się coraz bardziej niebezpiecznie.
 - Tato! Nie słuchasz mnie! – oburzyła się, wykrzywiając twarz w grymasie nie zadowolenia.
 - Ależ…
 - Przyjacielu, – przerwał mu Elrond, stojąc w drzwiach, prowadzących do ogrodu – już czas – Thranduil przytaknął głową.
 - Zostawię cię – pocałował ją w czoło. – Wkrótce wrócę – uśmiechnął się, wstając powoli i ociężale. Stęknął, prostując się. – A jak przyjdę pokażesz mi jeszcze raz, jak należy pleść wianek – dołączył do Elronda. Lira odprowadziła ich wzrokiem. Czuła napięcie w słowach Elronda. Nie wiedziała, jednakże co ono może znaczyć.
 - Rozumiem, że to poważna sprawa, – zaczął władca Rivendell – jednakże uważam, że nie powinieneś się przemęczać, zwłaszcza w twoim stanie – spojrzał na niego z uwagą.
 - Rozumiem twoją troskę o moje zdrowie. Jestem królem, królestwo powinno być ponad moje zdrowie.
 - Pomyśl o Legolasie, Lirze… Chcesz znów ją osierocić? – otworzył drzwi do sali tronowej.
 - Wiem dobrze, że powinienem dłużej…
 - Ojcze, – przerwał mu Elladan, wchodząc pospiesznie za nimi – prowadzą tu plugastwo.
 - Przyprowadź je – Thranduil opadł na tron. Podparł brodę o dłoń, wskazujący palcem przygniatając lekko policzek. Nie podnosił wzroku dopóki dopóty, nie wszedł Elladan, popychając Uruk-hai. Syn Elronda widząc, że ork nie zamierza paść na kolana, pchnął go z siłą. – Czego tu szukacie?! – warknął, mierząc go lodowatym spojrzeniem.
 - Jesteś słaby, boisz się – uśmiechnął się pod nosem dowódca. – Jak twój synalek! – Thranduil łypnął na niego, powstrzymując swój gniew. – Gdybyś widział jak wrzeszczał, gdy haczyki rozrywały jego skórę! – prychnął, śmiejąc się. Wściekłość w królu coraz bardziej narastała. – Dał się złapać jak bachor! – uśmiechnął się szyderczo, ukazując zniekształcone żółto-czarne zęby. Thranduil nie wytrzymując, odciął mu głowę, która potoczyła się jak kula. Buzująca w nim adrenalina i wściekłość, spowodowały, mniejszą siłę bólu. Dysząc ciężko, opadł na kolana. Patrzył jak czarne cielsko, rusza się pod wpływem impulsów nerwowych, a w około niego zabiera się kałuża czarnej posoki. Elrond natychmiast się przy nim znalazł.
 - Wysłać posłańców do Tharbadu. Mają tam oczekiwać mojego syna – syknął, gdy Elrond pomógł mu się podnieść. - Jeżeli Legolas… nie żyje… Zapłacą mi za to – wyszedł wściekły.
****
Cześć i czołem!
Dawno mnie tu nie było! Ale jestem. ;)
Mam nadzieję, że rozdział nie zwiódł waszych oczekiwań.
Jeżeli widzicie jakiekolwiek błędy, napiszcie.
To pomoże mi ich unikać na przyszłość!
Do zobaczenia!

czwartek, 10 listopada 2016

Rozdział 24 - Decyzja Część. 3

Zostawiając za sobą wrota Rohanu, otworzyła się przed nimi droga, wiodąca do Isengardu. Słońce łaskawie oświetlało ich twarze. Zima jeszcze dobrze się nie skończyła, pozostawiając po sobie błotniste drogi i ogromne kałuże, niejednokrotnie utrudniające przejście. Wiatr stawał się jednak cieplejszy, nie tak mroźny jak przedtem.

Drużyna jechała pogrążona w milczeniu. Uriel nie mogła odpędzić myśli od Shapiro. Z każdym dniem, coraz trudniej było opanować jej, natrętnie przychodzące czarne scenariusze, w których jej ukochany ginął. Nawet Gimli jechał w milczeniu, rozważając po raz kolejny propozycje Firina. Nie sądził, że ktoś,… kiedykolwiek złoży mu taka propozycję. Niemniej jednak, schlebiały mu słowa mężczyzny. Głowił się nad tym, jak przekonać chociaż część swych rodaków, do opuszczenia rodzinnych stron. Co mogą słowa Firina i rodacy… Jeżeli zginę, Królestwo Błyszczących Jaskiń nie powstanie. Zasmuciła go ta myśl. Sapnął, czując jak po raz kolejny, podskakuje na siodle. Po woli przyzwyczajał się do jazdy konnej, po woli. Szło mu to bardzo mozolnie.
 - Kiedy dojdziemy do Isengardu, - podjęła Alwina – będę musiała się zmierzyć z Weaorne. Jeżeli przegram, z pewnością uwięzi mnie w mojej podświadomości. Nie będzie odwrotu. Chce, żeby bez względu na wszystko… Chce, byście wyruszyli bez chwili zwłoki, zostawiając mnie tam.
 - Piekło, dopiero w tedy się zacznie – Luthias spuścił wzrok na swoje dłonie.
 - Masz racje – Uriel przeniosła na niego wzrok. – To dopiero początek góry lodowej.
 – Śródziemie nie będzie już bezpieczne – westchnął Gimli.

Znów zapanowała grobowa cisza. Przygnieceni, każdy własnym ciężarem, nie mieli najmniejszych ochoty do dalszej rozmowy. Koniec zbliżał się wielkimi krokami. Gdy wyruszali z Rivendell, wydawał się tak bardzo odległy, jakby nie rzeczywisty… Teraz? Wszystko było namacalne, tak bardzo blisko. Każdy dzień stawał się coraz bardziej ponury. Myśl o śmierci coraz bardziej nękała głowy, nie dając spać. Wprawiała wielu w lęk i paraliż. Niejeden miał oddać w bliskiej przyszłości życie, po ty by inny mógł żyć i cieszyć się nim.

Przez kolejne trzy dni nieustannie lał deszcz, utrudniając im widoczność. Często towarzyszyła im gęsta mgła. Przemęczeni, przemoknięci i zziębnięci, dotarli do Isengardu. Mgła powoli rzedniała, a deszcz ustępował słońcu. Zsiedli z koni, niedowierzając widokowi. Isengard wyglądał pięknie. Odżył na nowo. Enty zmieniły go w park. Wyburzyły cały kamienny krąg i usunęły gruzy. A nowe strumienie utworzyły jezioro, otaczające wieżę Orthank. W miejscu bramy wyrosły dwa wielkie drzewa.
 - Alwina! – zawołał rozradowany Ent. – Moje serce się raduje, widząc cię zdrów– uśmiechnął się. – Wbrew pogłoską, czułem, że nie umarłaś.
 - Pięknie tu – podeszła do niego, kłaniając się delikatnie. – Miło cię widzieć – uśmiechnęła się.
 - Wiem po co przebywasz – spoważniał. – To jest bardzo niebezpieczne. Wiesz co się stanie. Jeżeli przegrasz, bądź nie będziesz miała sił, by wrócić… Nie wydostaniesz się ze swojej podświadomości.
 - Zdaje sobie z tego sprawę, jednakże nie widzę innego wyjścia – spuściła wzrok. – Choćbym chciała – uśmiechnęła się smutno.
 - Dobrze, więc… wypocznij. Jutro o świcie zmierzysz się z Weaorne. Tymczasem, czujcie się jak u siebie w domu – zwrócił się już do wszystkich, po czym odszedł.
 - Chce byś sama, nie martwcie się – mruknęła Uriel, podając uzdę Luthiasowi. Księżniczka westchnęła, patrząc na oddalającą się postać przyjaciółki. Rozumiała jej zmartwienie. Mogła już nigdy nie zobaczyć Shapiro.
 - Zajmiemy się z Gimlim końmi – Luthias pogłaskał konia po chrapach. – Musisz nabrać sił – uśmiechnął się, odchodząc.

Gwiazdy już dawno obsypały niebo. Świeciły wyjątkowo jasno, jak na tak pochmurną noc. Siedziała przy jeziorze, skubiąc trawę. Wpatrywała się w wierze Orthank. Czuła jak przygniata ją ogromny ciężar, związany ze zbliżającym się starciem. Nanah, oda… Pomóżcie mi… Proszę. Potrzebuje was. Od mojego zwycięstwa wiele zależy. Po jej policzku spłynęła łza, którą szybko wytarła.
 - Jestem słaba – szepnęła, czując obecność elfa. – Nie odzyskałam dawnej formy. Nic już nie powstrzyma Weaorne.
 - Nie ma takiej opcji – przysiadłszy się, objął ją. – Nie przegrasz. Wiem, że to trudne. Wierzę, że dasz radę. Najważniejsze to nie poddawać się – pocałował ja w czoło.
 - Dziękuje, że jesteś – wtuliła się w niego, zamykając oczy. – Nie zostawiaj mnie…

****
Cześć i czołem!
Dalsza część ciapowatego rozdziału!
Mam nadzieje, że jakoś to przebolejecie te moje rozdziały (chodzi o wstawianie).
Końcówka wyszła marna, ale  w następnym będzie się dużo działo! ^^
Jak widać, Gimli ma wciąż te same rozterki. Ciągle chodzi mu po głowie to samo.
Mam nadzieje, że rozdział (właściwie 3 część) podobał się.
Przepraszam za jakiekolwiek błędy.
Do zobaczenia!

niedziela, 6 listopada 2016

Rozdział 24 - Decyzja Część. 2

Zatrzymali się przed wrotami Morii. Słysząc dudnienie dochodzące z wnętrza, schowali się za skałą. Przykucnęli, opierając się plecami o zimną skałę. Gandalf kątem oka spojrzał na drzwi, które otworzyły się ociężale. Wymaszerował z niej, jeden z oddziałów Uruk-hai, przywleczonych w czarne zbroje. Zmarszczył brwi, nie rozumiejąc po co im ciężki oręż. Po kilku minutach legion zniknął z pola ich widzenia, a wrota z powrotem się zatrzasnęły. Rozglądnął się dyskretnie czy nie pozostawili straży na zewnątrz. Tak jak myślał, nikogo nie było. Zaniepokoił się jednak, tym wymarszem.
 - Jesteś pewny, że chcesz tam ze mną wejść? – spojrzał uważnie na Shapiro–. Nie będzie odwrotu – podeszli do wrót.
 - Tak, Gan – zatrzymał się w pół słowa. Zbiornika wodny, który znajdował się tam przed laty, był zupełnie suchy, a na środku, sterczał szkielet, wielkiego monstrum. Z wyglądu przypominał ośmiornice z dziesięcioma mackami. Kreatura miała dziób z szeregiem malutkich ząbków i sześcioro oczodołów. Jedna z macek przypominała ogon płaszczki z trucizną.
 - Gobliny musiały czerpać stąd wodę – podszedł do olbrzymiego szkieletu. Odłamawszy kolec jadowy, schował go do kieszeni. – Pospieszmy się, nie wiemy co jaki czas wychodzą oddziały – podszedł do Shapiro. – ‘Przyjacielu’ – rzekłszy po elficku, oboje się odsunęli. Wrota stanęły przed nimi otworem. Weszli powoli do środka, rozglądając się uważnie. Wrota zatrzasnęły się z powrotem, a ich otoczył gęsty mrok. Shapiro dobył swojego miecza, wyciągając go ostrożnie z pochwy. Z głębi korytarza biła łuna żółtego światła. Do ich uszy docierał, stłumiony odgłos kłucia żelaza.
 - Muszą mieć tam kuźnie – szepnął Shapiro. – Mało prawdopodobne, żeby trzymali tam palantir.
 - Tak. To by oznaczało, że jednak myślą – skomentował Gandalf. – Jednakże żadne z nich, nawet nie zdaje sobie sprawy z jego mocy.
Ruszyli ostrożnie w stronę światła, opierając się wciąż plecami o ścianę. Jeden z prawej, drugi z lewej. Zbliżyli się ostrożnie do wejścia. Usłyszeli krzyki w języku Goblinów. Shapiro nie mógł ich zrozumieć, jednakże widząc minę Gandalfa, zorientował się, że nie jest to dobra wiadomość. Przez korytarz przedarł się, przeraźliwy krzyk bólu. Zapanowała nagła cisza. Po kilku minutach, huknął donośny głos, a Gobliny zaczęły uciekać w popłochu przez jeden z korytarzy. Zapanowała ciemność. Odczekali chwilę, by upewnić się, czy aby na pewno nikt nie został. Jako pierwszy wszedł Gandalf, zaraz za nim Shapiro. Żarzący się jeszcze trochę węgiel, oświetlał minimalnie pomieszczenie. Shapiro rozejrzał się po opustoszałym pomieszczeniu. Na podłodze leżały narzędzia, rzucone w przerażeniu. Obok wanny z mokrym węglem leżało wiadro, z którego kapała woda. Gandalf mając złe przeczucie, rozświetlił kostur. Zrobił krok do przodu, przydeptując martwą rękę. Cofnął się gwałtownie, wpadając na podchodzącego Shapiro. Na posadce leżał przeszyty na wpół mężczyzna. Na jego twarzy gościł zwycięski uśmiech.
 - Myślisz, że to zakładnik, który pokrzyżował im plany? – zapytał Shapiro, zamykając mu utkwione w suficie oczy.
 - Tego się obawiam. Musimy iść, nie możemy zwlekać – spojrzał smutnym wzrokiem na ciało. – Zostawiły wszystko w popłochu. To nie wróży nic dobrego – wszedł do korytarza, którymi nie biegły. Wiedział, że nie trzymali by go, na widoku. Wędrowali prze kilka minut korytarzem, oświetlonym przez kostur Gandalfa. Ze ścian kapała woda, dając rozchodzące się echo. W skupieniu nasłuchiwali czy nikt nie nadchodzi. Nie byli skorzy, do jakikolwiek rozmów. Musieli być czujni.
Wreszcie, po kilku minutach spostrzegli w oddali białe światło. Przyspieszali kroku. Im bardziej się przybliżali, łuna zwiększała się coraz bardziej. Gandalfa niepokoił fakt, że nie było słychać żadnych rozmów. To mogłoby oznaczać, że źle wybrał drogę. Zgasił światło swojego kosturu. Stanęli przed wejściem do pustego pomieszczenia. Shapiro podniósł z podłogi wilgotny kamień. Oboje przywarli do ścian, gdy elf wrzucił go do środka. Kamyk odbił się pary razy o kamienną podłogę, robiąc hałas, przerywający śmiertelną ciszę. Odczekali chwilę w skupieniu. Jednakże, nic się nie stało. Nie zastawiono żadnej pułapki. Weszli ostrożnie do środka, badając jedną nogą, drogę przed sobą. Upewniwszy się, że nic nie ma, Shapiro spojrzał na dziurę, przez które wlatywało słońce. Zerknął na ścianę, na którą padał snop światła. Przyjrzał się uważnie każdemu z kamiennych kawałkowi ściany. Tak jak myślał, jeden z kamieni wystawał kilka milimetrów od innych. Uśmiechnął się zadowolony z siebie.
 - Myślę, że jest tu ukryte przejście – szepnął do Gandalfa.
 - Świetnie, że też na to nie wpadałem – zaśmiał się cicho. – Odsuń się, nie wiemy co nastąpi. Rozsunęli się na prawo i lewo, w bezpiecznej odległości. Czarodziej sięgnął końcem kosturu kamień, po czym go wcisnął. Ściana zatrząsnęła się, jakby zbudzona z wiecznego snu. Przejście otworzyło się, a z niego wypełzło wszelkie robactwo. Odczekali chwilę, bacznie obserwując wejście, jednakże nic innego nie nastąpiło. Gandalf zajrzał ostrożnie do środka. Mur oddzielający pomieszczenia miał około dwóch metrów grubości. Z sąsiedniej hali, biło białe światło. Weszli ostrożnie do środka. Na samym środku niewielkiej przestrzeni, znajdował się piedestał z wyżłobionym półkolem. W nim zaś znajdował się palantir.
 - Kryształ Amon Sûl – Gandalf owinął go ostrożnie szatą.
 - Poszło nam za łatwo – skomentował Shapiro, rozglądając się po pomieszczaniu.
 - Tak, masz racje. To jeszcze nie koniec.
Ściany niespodziewanie zatrząsnęły się z siłą. Z sufitu spadły kamienie, a przejście zatrzasnęło się.
****
Cześć i czołem!
W końcu napisałam cały rozdział. Nigdy jeszcze nie pisałam tak długo, żadnego rozdziału.
Niestety nie zdążyłam wszystkiego poprawić, więc tylko tyle.
Zrobiłam błąd publikując co tydzień rozdziały w wakacje. Nie czekalibyście teraz tak długo.
Nie wyszedł tak jakbym chciała, znów muszę się dostosowywać na nowo do stylu bloga. Przerwa nie służy niczemu dobremu.
Następnym razem inaczej to rozegram. Obiecuje.
Mam nadzieje, że rozdział się podoba.
Do zobaczenia!

wtorek, 1 listopada 2016

Rozdział 24 - Decyzja część.1

Wieść o czynie Thranduila obiegła całą Mroczna Puszczę, zarówno jak Rivendell. Pisarze czynnie pracowali nad nowymi pieśniami, wychwalającymi jego uczynek. Utwory ukazujące głównie jego heroizm i poświecenie w obronie nawet najmniejszego swojego poddanego, przechodziły do historii. Król po raz kolejny, swoim czynem udowodnił, jak ważni są dla niego poddani.
Elrond bez chwili zwłoki wyruszył do Leśnego Królestwa, zostawiając wszystko jednemu ze swoich synów, Elrohirowi. Drugi zapewniając ojca o świetnej ręce brata do zarządu, wyruszył z nim. Uważał, że jego pomoc okaże się niezbędna, gdy wróg zaatakuje. Władca Rivendell nie mogąc tego zakwestionować, zgodził się by Elladan mu towarzyszył.
Stan Thranduila, nie ulegał poprawie. Martwiło to bardzo, Elronda. Thranduil był jego przyjacielem. Niejednokrotnie pomagali sobie wzajemnie. Wiedział, że jego stan w każdej chwili może się pogorszyć. Gorączka nie ustępowała od kilku dni, a z rany od czasu do czasu, sączyła się świeża posoka. Spojrzał smutnym wzrokiem na bladą, lecz dostojną twarz, która wydawała się, jakby uśpiona wiecznym snem. Westchnął ciężko, słysząc pukanie. Do środka wszedł Elladan.
 - Ojcze, wojska przybyły – zameldował, nie spuszczając z niego wzroku. – Rozbiliśmy trzy obozy orków, wśród nich przebywały Gobliny. Udało się nam złapać jednego, jednakże skręcił sobie kark. Przywódca Uruk-hai, również próbował popełnić samobójstwo, zdołaliśmy jednak go powstrzymać. Zamknąłem go w lochach.
 - Dziękuje, Elladanie – uśmiechnął się smutno.
 - Czy… Czy stan króla uległ poprawie? – zapytał niepewnie. – Przeżyje?
 - Mam nadzieje, synu – spojrzał na jego spokojną twarz. – Thranduil jest uparty. Marzył o tym by zobaczyć zwycięstwo Smoczej Księżniczki, nie przegapi tego. Jestem pewien – westchnął zrezygnowany. Niespodziewanie głowa Thranduila poruszyła się. Elrond spojrzał na niego wyczekująco, czekając na dalszą reakcję.
 - Gdzie ona jest? – zapytał słabym głosem, nie otwierając oczu. – Przeżyła?
 - Tak, mała jest cała – spojrzał na niego uważnie.
 - Rodzina? – wysapał.
 - Nie ma nikogo. Rodzice zginęli tamtej nocy. Została sama – spuścił głowę.
 - Przywołaj ją do mnie. Zostanie w pałacu. Każ służką przygotować dla niej sypialnie – stęknął otwierając na chwilę oczy. – Nie zostawię jej – zamknął je z powrotem.
 - Zajmę się tym – rzucił, wychodząc Elladan.

Kilka minut później dziewczynka siedziała na korytarzu, niecierpliwiąc się. Tuliła do siebie misia, którego dostała od rodziców, na swoje pierwsze urodziny. Nie rozumiała, dlaczego musieli odejść, mimo to wiedziała, że już nie wrócą. Bardzo za nimi tęskniła. Po jej rozgrzanych czerwonych policzkach spływały łzy. Nie chciała zostawać sama. Bała się, tego co miało nadejść. Nie wiedziała co się z nią stanie. Zdobione drzwi ponownie się otworzyły. Przestraszna, podskoczyła. Spojrzała przestraszonym wzorkiem na wychodzące wysokie postacie, które były dla niej niczym zamkowa wieża. Jedna z nich uśmiechnęła się do niej ciepło.
 - Choć – chwycił jej małą kruchą rączkę.
Weszli powoli do środka. Wybałuszyła szeroko oczy, widząc ogromne łoże. Nigdy nie przebywała w tak pięknym pokoju.
 - Dziękuję Elrondzie – uśmiechnął się do niego Thranduil. – Jak masz na imię? – przeniósł na nią wzrok. Wzruszył go obraz zdumionej dziewczynki, przyciskającej kurczowo do swej piersi, misia.
 - Lira – odpowiedziała nieśmiało, speszona bogactwem. – Patrzyła zdezorientowana na dwie postacie. Kątek oka spostrzegła krzesełko, na którym leżały ręczniki nasiąknięte krwią. W jednej chwili przed oczami przemknął jej obraz broniącego ją Thranduila, gotowego oddać za nią życie. Dodało to jej śmiałości. Zrozumiała, że nie grozi jej niebezpieczeństwo. Podeszła niepewnie do łoża. Spojrzała na jego zabandażowane ramie, które wystawało spod kołdry. – Bardzo cię boli? – zapytała nieśmiało.
 - Przyszłaś, wiec przestało – zaśmiał się ciepło. – Cieszę się, że przyszłaś. Zostaniesz ze mną w pałacu? – zapytał niepewnie, obawiając się reakcji dziewczynki. Spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.
 - Chcesz zostać moim drugim tatą? – zapytała niedowierzająco. Nie spodziewała się tego. Mimo, że rodzice często powtarzali jej, jak bardzo oddanego mają króla.
 - Oczywiście – zaśmiał się. – Jeżeli się zgodzisz za kilka miesięcy poznasz mojego syna… Legolasa…
 - To go widziałam z taką piękną panią? – zapytała, ożywiając się. – Miała piękne długie blond włosy…
 - Tak, to Alwina. Bardzo ją kocha. Zostaniesz? – zapytał z nadzieją. Dziewczyna usiała na jego łożu, podając mu maskotkę.
****
 Cześć i czołem!
Bardzo dawno mnie tu nie było. Liceum okazało się dużo trudniejsza niż myślałam. Albo jestem totalnie wykończona, albo mam naglące sprawy.
Postanowiłam opublikować chociaż tyle gotowego materiału.
Mam nadzieje, że nie opuściliście jeszcze tego bloga.
Postanowiłam ulitować się nad Thranduilem, chociaż chciałam go zabić. Stwierdziłam, jednakże że będzie to za duży cios, dla jednego z bohaterów. Chyba muszę zacząć, ich trochę oszczędzać.
Mam nadzieje, że rozdział się podobał.
Przepraszam za błędy, ale długo nie pisałam.
Do zobaczenia!

niedziela, 2 października 2016

Informacja

Przepraszam za tak długą moją nie obecność. Liceum okazało się dużo trudniejsze niż przypuszczałam. Niedługo już będę miała pełny plan na mój następny rok. Od Października będę chodziła na zajęcia z pianina, w tedy się wszystko wyklaruje.

niedziela, 18 września 2016

Rozdział 23 – Droga przez ostrza

Siedział oparty plecami o ścianę. Stracił najważniejszą osobę w jego życiu. Nie mógł uwierzyć, że Uriel zerwała zaręczyny. Przeklinał siebie za swoje, jak mu się wydawało, prostackie zachowanie. Nie myślał, że elfka będzie w stanie z nim zerwać. Nienawidził się za swój czyn. Gdybym może spróbował z nią spokojnie porozmawiać, nie zerwałaby zaręczyn. Jak mogłem ją tak zranić?! Jaki ze mnie narzeczony, skoro nie potrafię uszanować tego, że chce walczyć. Były narzeczony… Zasługuje na kogoś lepszego, kogoś kto będzie ją uszczęśliwiał. Tylko… Kocham ją, tak bardzo. Nie wyobrażam sobie życia bez niej. Jak spojrzę jej teraz w oczy? Co z naszymi dziećmi? Po raz kolejny zawiodłem. Przy najbliższej okazji muszę opuścić drużynę, skoro taka jest decyzja Uriel… Nie pozostaje mi zrobić nic innego, jak tylko poddać się temu. Najwidoczniej tak miało być.
 - Shapiro – do pomieszczenia wszedł Luthias. - Gandalf prosił, żebyśmy zebrali się w sali obrad, pilnie – podszedł do niego. – Chodzi o Uriel, prawda? – zapytał wzdychając. Elf nie odpowiedział, zamiast tego, wpatrywał się tępo w punkt przed sobą. – Czyli jednak – dosiadł się do niego.
 - Jak się czułeś kiedy Alwina, nie przyjęła twojego pierścionka zaręczynowego? – nie odrywał wzroku.
 - Nie kocha mnie, tak jakbym chciał. Zawsze będę dla niej starszym bratem, to się nigdy nie ulegnie zmianie. Ona kocha Legolasa, jest szczęśliwa… a więc i ja jestem – uśmiechnął się. – Uriel cię kocha, nie ważne czego by nie zrobiła i nie powiedziała czy też zrobiła i powiedziała. Kocha cię, prawdziwą miłością. Trzeba być po prostu, cierpliwym – spojrzał na niego uważnie.
 - Muszę się od tego wszystkiego oderwać – podniósł się z ziemi. – Idziesz? Pewnie już na nas czekają. Skoro to pilna sprawa, musimy się spieszyć – podawszy mu rękę, pomógł wstać
 - Pamiętaj, że czasem słowa wypowiedziany pod wpływem złych emocji, są fałszywe – poklepał go po plecach, udając się do sali obrad.

Weszli do znajomego im pomieszczenia. Elf starał się na ile mógł, by nie spojrzeć na Uriel. Okazało się to o wiele trudniejsze niż przypuszczał. Zawsze była pierwszą osoba, którą spostrzegał. Zajął miejsce między Legolasem i Luthiasem. Elfka wpatrywała się w niego namiętnie ze swoją upartością, chcąc by zwrócił na nią uwagę. Miała nadzieję, że wybaczy jej to co zrobiła. Shapiro jednakże nie uległ spojrzeniu, bez przerwy wpatrując się w środek stołu, chcąc pokazać, że wcale go to nie ruszyło. W jej oczach zebrały się ponownie łzy, więc spuściła wzrok. Co ja najlepszego zrobiłam? Zraniłam go bardziej niż myślałam. Nie będzie chciał mnie wysłuchać… Muszę go przeprosić. To co zrobiłam, nie powinno mieć miejsca. Co jeśli mi nie wybaczy? Nie chce żyć bez niego. Jest całym moim światem…
 - Dotarły do mych uszu złe wieści – zaczął Gandalf.
 - Jak bardzo złe? – wtrącił Gimli. Czarodziej zmierzył go wzrokiem.
 – Gobilny zajęły Morię. Prawdopodobnie weszły w posiadanie trzeciego kryształu. Oczywiście, nie wiem czy to prawda, dlatego też muszę to sprawdzić. Jednakże potrzebuje jednego ochotnika, który zaryzykuje i zechce mi pomóc. Wyprawa jest niebezpieczna i trudna. Jeżeli złapią, któregoś z was, a nie zdążę wam pomóc… - pokręcił głową. – Nie będzie odwrotu.
 - Ja pójdę – odezwał się Shapiro. Gandalf spojrzał na niego uważnie. Zaskoczyła go jego kandydatura.
 - Możesz już więcej nie wrócić – powtórzył raz jeszcze. Elf podniósł na niego wzrok. Nie mogę się teraz wycofać. Nawet jeśli… Nie mogę!
 - Zdaje sobie z tego sprawę – odpowiedział twardym głosem.
 - Dobrze, więc - podparł się o kostur. – Wyruszmy dzisiejszej nocy. A wy, – objął wzrokiem resztę drużyny – wyruszycie z samego rana. Oczekujcie nas w Tharbadzie. Jednakże, jeśli nie zjawimy się cztery dni od waszego przybycia, ruszajcie dalej – wyprostował się. – Powodzenia, drużyno – wyszedł, a za nim Shapiro. Przerażona Uriel patrzyła jak jego sylwetka oddala się coraz bardziej. Nie dopuszczała do siebie myśli, że może żyć bez niego. Zostało mi tak mało czasu… Nie wiem co zrobię, jeśli…
 - Porozmawiaj z nim – wyrwała ją z rozmyślań Alwina, przemieściwszy wzrok z elfa na nią. – Nie wszystko stracone. Zrób to za nim będzie za późno.
 - On to zrobił z mojego powodu – szepnęła.

Szukała Shapiro od kilkunastu minut. Kiedy o niego pytała, słyszała ciągle tę samą zbywającą odpowiedź. Nie wiedziała, gdzie może go znaleźć. Bała się, że nie zdąży na czas. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby odszedł zanim, zdążyłaby mu wszystko wyjaśnić. Biegła kolejnym korytarzem, zaglądając co chwilę do każdego pomieszczenia. Nie potrafiła kryć swoich łez, kiedy serce ze strachu chciało wyskoczyć z jej piersi. Otarła je pospiesznie, zaglądając do zbrojowni. Stanęła jak osłupiała, widząc jak elf zapina pas. Weszła niepewnie do środka, nie spuszczając z niego oczu. Nie zwracał na nią uwagi, więc oparła się plecami o ścianę. Cały czas głowiła się nad tym, jak zacząć rozmowę. Bała się jego reakcji, a najbardziej tego, że nie będzie chciał jej wysłuchać. Schował miecz do pochwy z zamiarem wyjścia. Nie mogąc wytrzymać jego obojętności, zagrodziła mu drogę.
 - Błagam, Shapiro – szepnęła zalana łzami, łapiąc jego rękę. – Przepraszam, nie chciałam tego powiedzieć. Proszę, spójrz na mnie – szepnęła błagalnie. Czując, że nic nie wskóra, odsunęła się od niego. Elf niespodziewanie, przyciągnął ją do siebie. Wtuliła się w niego, spragniona jego ciepła. – Błagam, zostań…
 - Uriel – objął jej twarz dłońmi. – Jeżeli gobliny mają stworzyć jeszcze większe niebezpieczeństwo, trzeba je powstrzymać. Wiesz, że nie ma odwrotu – pokiwał przecząco głową. – Nie mogę pozwolić by coś ci się stało. Musisz żyć dla naszych dzieci, dla mnie… Jeżeli choć jedno z nas zachowa pamięć o drugim, żadne z nas nie zginie.
 - Nie, nie, nie… Obiecaj, że wrócisz – łkała. – Obiecaj! – wtuliła się w niego. – Kocham cię.
 - Nie mogę, kochana – pocałował ją. – Kocham cię – odszedł.
Stała załamana nieruchomo, a po jej policzkach ciekły nieprzerwanie łzy. Musiał wrócić. Był ochłodą w gorące dni i światłem w ciemności. Upadła na kolana, nie mogąc znieść myśli, że może nie wrócić.


Siadłszy z konia, poprawił swoją szatę, zachwycony widokami Rivendell. Przyjechał pierwszy raz do tak wspaniałego miejsca. Cieszył się, że zamieszka tam na stałe. Gdy jeden z elfów zabrał jego konia, wszedł przez krużganek do jednego z korytarzy. Stukot jego podeszew odbijał się echem w korytarzu. Z zachwytem wpatrywał się w mijany przez siebie, malowniczy obraz za oknem. Niespodziewanie, wpadła na niego brązowowłosa elfka. Oboje wylądowało na zimnej posadzce. Pośpiesznie wstali, zderzając się głowami. Shapiro prasnął śmiechem, łapiąc się za głowę. Nie spodziewał się takiego powitania. Spojrzał na zakłopotaną zaistniałym zdarzeniem, elfkę.
 - Przepraszam najmocniej – wpatrywała się mu przez chwilę w oczy. – Mam nadzieję, że to nie zepsuje panu, pobytu w Rivendell – ukłoniwszy się lekko, pobiegła przed siebie. Chciał ją zatrzymać, ale była zbyt daleko. Nie wiedząc gdzie iść dalej, z uśmiechem poszedł przed siebie…

Na rozświetlonym dziedzińcu, elfy podskakiwały radośnie w tańcu. Elfki w przepięknych sukniach, towarzyszyły elfom ubranym w odświętne szaty. Muzycy wsłuchując się w melodie, dali ponieść się emocją. Na stołach rozstawiono najwspanialsze potrawy i wyborne wino. Elrond przyglądał się temu z uśmiechem, rozmawiając z Alwiną i Nivis. W Rivendell zapanowała wielka radość, kiedy przyszły na świat bliźnięta blondwłosej elfki, mimo że ich ojciec zginął, postanowili uczcić wspaniałą nowinę. Przez jedne z drzwi, wybiegła zdyszana elfka, przykuwając tym samym wzrok Shapiro, siedzącego przy stole z przyjaciółmi. Dosiadła się do pana Rivendell, z uśmiechem poprawiając sukienkę i przesunięty diadem. Elrond roześmiał się na ten widok, kręcąc głową. Podał jej kielich z winem, widząc jak dyszy.
 - Oczywiście, spóźniłam się – upiła łyk. – Zagrałam się na lutni. Musiało się ściemnić, bym zauważyła, że przyjęcie się rozpoczęło – upiwszy kolejny łyk, westchnęła. Shapiro widząc, jak odkłada kielich, wstał od stołu, przepraszając swych towarzyszy. Podszedł powoli, ale zdecydowanie do elfki.
 - Zechcesz ofiarować mi taniec? – ukłonił się lekko. Zdezorientowana elfka przeniosła na niego wzrok. Jej policzki poróżowiały, więc chcąc ratować sytuacje, chwyciła jego dłoń. Nie zachowywała się jak na damę przystało, nigdy tego nie lubiła. Uważała, że to krępujące. Zaskoczony Shapiro, udał się z nią w stronę tańczących par. Oboje ustawiło się po właściwej stronie, gdy muzyka przestała grać. Kiedy na nowo rozbrzmiała melodia, zaczął się najsłynniejszy taniec w całym Rivendell. Elfki zaczęły drygać w rytm melodii, unosząc trochę suknie, kiedy elfy zaczęły tupać od prawej nogi. Rozbrzmiały dzwonki, a w tedy pary złączyły się, robiąc obrót na zmianę stron. – Wybacz mi pani, że śmiem się pytać… Dlaczego twoja twarz, przybrała barwę dojrzałego pomidora? – uśmiechnął się, wykonując z elfką kolejną figurę taneczną. Jej policzki jeszcze bardziej poróżowiały. Odwróciła wzrok, czując jak się jej przypatruje.
 - Jak za pewne zauważyłeś, spóźniłam się. Biegłam, to dlatego – odpowiedziała, próbując być przekonującą. W odpowiedzi elf zachichotał, więc zrobiła się jeszcze bardziej czerwona.
 - Świetnie tańczysz – uśmiechnął się. – Musiałaś dużo ćwiczyć.
 - W zasadzie, nie tańczę panie. Tego musiałam się nauczyć – odwzajemniła uśmiech. – Przyjaźniejsza jest mi lutnia.
 - Jestem Shapiro, wpadłaś na mnie. Pamiętasz? – zapytał ze uśmiechem.
 - Oczywiście, że tak – zachichotała. – Uriel. – ‘Jak mogłabym o tym zapomnieć?’ Shapiro parsknął śmiechem. – Śmieszy cię to? – uniosła jedną brew.
 - Oczywiście, że nie – zrobił poważną minę, jednakże chwilę potem, wybuchnęli śmiechem.


Noc była przepiękna. Niebo usypanie gwiazdami, przyciągało wzrok bawiących się elfów, na oświetlonej blaskiem księżyca polanie. Okolica wypełniła się śpiewem czystych głosów. Przyglądał się i przysłuchiwał temu wszystkiemu z uśmiechem, siedząc po drzewem. Cieszył się, że choć na chwilę mogą zapomnieć o zbliżającej się bitwie i niebezpieczeństwie jakie się z nią łączy. Upił łyk wina, które ukochał sobie w szczególności. Zauważywszy mała elfkę, goniącą za świetlikami, roześmiał się. Próbowała schwytać chociaż jednego, swoimi małymi rączkami, jednakże one czmychały jej za każdym razem. Podszedł do niej powolnym kokiem. Kucnął przed nią, łapiąc jednego. Zawstydzona spuściła głowę. Thranduil zaśmiał się, otwierając dłoń. Siedział na niej świetlik. Wzięła go na rączkę, z największą delikatnością jaką potrafiła. Niespodziewanie usiadł na jej nosie. Roześmiała się czując jak ją łaskocze.
Nagle strzała wbiła się w drzewo obok. Czarne lotki zdradziły właściciela. Elfy w popłochu zaczęły uciekać przed orkami. Jednym się to udało, a drugich martwe ciała padały na ziemie. Król dobył miecza osłaniając elfkę. Przerażona wtuliła się w jego płacz. Nie wiedziała co się dzieje. Straże stanęli do walki z parszywymi kreaturami. Wiedzieli, że zostali otoczeni. Pozostało im tylko bronić się. Za drzew wyskoczyły pierwsze monstra. Thranduil przeciął pierwszego z nich, który na nich ruszył. Dziewczynka krzyknęła przerażona, widokiem przeciętego cielska, z którego trysnęła czarna posoka. Otaczała ich śmierć. Z jej oczu wypłynęły łzy.
 - Słuchaj – zwrócił się do niej. – Będę cię bronił… Musisz uciekać – odparł atak następnego. Klingi skrzyżowały się z brzękiem. – Teraz! – wrzasnął, odpychając przeciwnika. Elfka zerwała się do biegu. Ork przeciął powietrze z prawej. Król Leśnego Królestwa, uchylił się od ataku, przebijając pierś orka na wylot. Wrzasnął, wydając z siebie ostatnie rozpaczliwe tchnienie. Elf, nie czkając chwili dłużej, ruszył na następnego. Odciął kreaturze głowę. Zauważywszy kątem oka roześmianego orka zbliżającego się w stronę dziecka, ruszył za nim w pogoń. Przeciwnik szybkim ruchem zaatakował go z lewej. Thranduil zdołał odeprzeć jego atak. Klingi wyznaczyły koło w powietrzu, aż w końcu jedna z nich wbiła się w czarne cielsko. Przerażona chwyciła Thranduila za nadgarstek. Uśmiechnął się do niej, chcąc dodać jej otuchy. Spojrzała jeszcze raz na ciało martwego orka, które jeszcze drgało pod wpływem impulsów nerwowych. Odepchnął ją nagle, przyjmując na siebie serie cisów, które były skierowane w jej stronę. Jedna wbiła się w jego pierś, a druga w nogę. Padł na kolana, czując jak jego siły słabną. Dotarły do niego stłumione krzyki i płacz dziecka. Obraz stawał się coraz bardziej niewyraźny. Padł na ziemie, widząc jak przerażeni strażnicy biegną ku niemu.

Ruszyli w kierunku Wrót Rohanu, zostawiając za sobą Helomwy Jar. Chłodny wiatr owiewał przyjemnie ich twarze. Każdy pogrążony w swoich myślach nie zwracał uwagi na otoczenie. Z każdym dniem było im coraz ciężej. Nawet Gimli zamilkł, rozważając w głowie słowa Gandalfa. Przeklinał kreatury, które zajęły Morie. Zawsze marzył by tchnąć tam życie na nowo. Pragnął usłyszeć odgłosy kucia i śmiechy wypełniające korytarze. Zdawał sobie jednakże pytanie… Czy w Morii może znów zatętnić życie?
 - Co cię trapi przyjacielu? – zagadnął go Legolas, wyrywając z rozmyślań.
 - Moria, elfie – westchnął ciężko. – Te kreatury znów ją zajęły. To cudowne miejsce na to nie zasługuje. Chciałbym, żeby znów zatętniło w niej życie, by krasnoludy wróciły do swojego domu, skoro Gandalf pokonał Balroga, to było największe niebezpieczeństwo. Teraz powstało nowe.
 - Wszystko jest możliwe – uśmiechnął się. – Prawie wszystko – dodał szeptem.


Alwina jadąc na swej klaczy, ostawała w tyle. Usiłowała sobie ponownie cokolwiek przypomnieć, jednakże wszelkie trudy szły na marne. Niemniemniej cieszyła się, że odzyskała większą cześć swoich wspomnień. Niektóre jawiły się w snach, a inne w przeżyciach. Westchnęła głaszcząc klacz po grzywie.
 - Cierpliwości gwiazdeczko – usłyszała w głowie głos Galadrieli. – Przypomnisz sobie wszystko.
 - Ile mam czekać? Zostało mi tak mało czasu… - spuściła wzrok.
 - Nie musisz wcale czekać – roześmiała się Biała Pani.
 - To nie jest łatwe – szepnąwszy, pocałowała klacz.

Wyglądała zza rogu, przyglądając się uważnie pracy ojca. Z wielką starannością oczyszczał kopyta koni. Zachwycona zwierzęciem wpatrywała się w jego czarne oczy. Koń parsknął. Przestraszona, że zdradzi swoją obecność, schowała się za rogiem. Wytężyła słuch, chcąc mieć szansę na ucieczkę.
 - Nie chowaj się – roześmiał się Ilfirin. – Wiedziałem, że się chowasz – dziewczynka niepewnie wyszła zza rogu. Spojrzała na ojca, który wyprostowawszy, uśmiechnął się do niej. – Chciałabyś go dosiąść? – zapytał, kiedy podeszła do niego. Zaskoczona wybałuszyła oczy. Rodzice nigdy nie pozwalali dosiadać jej konia, twierdząc, że na taką naukę przyjedzie jeszcze czas.
 - Naplawdę mogę? – ucieszyła się.
 - Tylko nie mów mamie – mrugnąwszy do niej, posadził ją na grzbiecie konia. – Zabije nas za to.
 - Mama wszystko słyszy – zaśmiała się, podchodząc do nich. – I popiera pomysł taty – uśmiechnęła się do niej. – Kochanie uważaj, żeby nie spaść – pouczyła córkę.
 - Kiedy będę duza, będę najszybsza na świecie- rozłożyła ręce, rozśmieszając rodziców. – Nie maltwcie się, dam sobie radę! – przytuliła się do konia.

 - Oczywiście kochanie – Míri pogłaskała jej nóżkę.

****
Cześć i czołem!
Chciałbym na wstępie powiedzieć, że byłam i jestem chora przez co rozdział oklapł. I za to was przepraszam, że wyszedł trochę słaby.
Zaopatrzyłam się w nową myszkę, więc mogę pisać!
Nie zapomnijcie, że rodziły pojawiają się co dwa tygodnie. Dlatego też w piątek go nie będzie.
Raczej nie potrwa to długo, drugi blog jest bardzo krótki.
Jestem w liceum i żeby dostać się na wymarzone studia, muszę się strać i nie potknąć się.
Muszę się ponownie zastanowić co dalej.
Rozdział jest poświęcony Uriel i Shapiro. Mały kryzys.
Mam nadzieję, że miło się czytało!
Do zobaczenia!

piątek, 16 września 2016

Informacja

Popsuła mi się myszka i niestety nie mogę wstawić rozdziału. 😢
Przepraszam.

sobota, 3 września 2016

Rozdział 22 – Pijany zakład

Wyszła z sali treningowej, zamykając za sobą drzwi. Bała się mu powiedzieć. Nie wiedziała jak zareaguje. Gandalf nie mógł się pomylić, on nigdy się nie mylił. Przymknęła oczy, nie mogąc znieść myśli, że tak łatwo dała się podejść. Weaorne wiedziała, że rodzina to mój słaby punkt. Dałam się tak łatwo zwieść. Dlaczego nie byłam czujna?! Zostałam sama i w końcu powinno to do mnie dotrzeć. Odkąd poznałam Legolas wszystko się zmieniło. Zapragnęłam żyć na nowo. Uwierzyłam, że mogę być jeszcze szczęśliwa. Założyć rodzinę z Legolasem, zestarzeć się z nim i patrzeć jak nasze dzieci dorastają. Teraz muszę sobie sama ze wszystkim poradzić. Nie pozwolę by ktoś jeszcze przeze mnie ucierpiał. Nivis oddała za mnie życie, osieracając swoje dzieci. To ja mam zginąć. Powinnam, sama ją wypełnić, bez niczyjej pomocy. Muszę wyruszyć, natomiast. Zanim ktoś się o tym dowie. Nie mogą iść za mną. To moja misja. Moje przeznaczenie, którego nie da się oszukać ani zmienić. Na mnie przyszedł już czas. Bezlitosny czas.
 - Naprawdę w to wierzysz? – usłyszała za plecami twardy głos. – Jak dowiedzą się o twoim zniknięciu, wyruszą za tobą. Postępując jak dziecko, narazisz ich tylko na jeszcze większe niebezpieczeństwo, Alwina – podszedł bliżej.
 - Dobrze wiesz, że nie powinnam mieć słabych punktów – odwróciła się nagle. – Powinnam się ich wyzbyć, a ich tylko przybywa – nie spuszczała wzroku z podłogi. – Nie tak miało być. Odkąd poznałam Legolasa moje życie się zmieniło. Pokochałam – urwała. – Mimo, że nie powinnam. Miałam się przed tym ustrzec, a to mnie dopadało ze zdwojoną siłą. Muszę to zrobić – odważyła się spojrzeć na niego. Mithrandir spojrzał na nią ze współczuciem. Widział jak bardzo cierpiała i zmagała się z rzeczywistością. Uśmiechając się ciepło, położył rękę na jej ramieniu.
 - Potrzebujesz miłości, jak każda inna osoba. To nic złego kochać, wręcz przeciwnie – uśmiechnął się smutno. – Ona cię wzmocni. Nie uciekniesz przed nią. Zrób z niej nie pokonany oręż, który zwycięży…
 - Gandalfie, co mi po miłości, skoro zaraz oddam życie? Pozostawię po sobie tylko ból i cierpienie – prychnęła, odsuwając się. – Nie zasługują na to. Żadna dobra istota na to nie zasługuje.
 - Jesteś przerażona swoimi uczuciami. Boisz się ich. Możesz uciekać, ale i tak cię dopadną – spojrzał na nią uważnie. Dziewczyna pokręciła głową. Stała przez chwilę, aż w końcu odważyła się odejść.
 - Masz racje, Gandalfie – stanęła nagle. – Jestem przerażona swoimi uczuciami, dlatego muszę wykonać tę misję sama – odeszła.
Stał na korytarzu nie widząc co robić. Nie mógł dopuścić do tego by odeszła. Patrzył na nią aż zniknęła za rogiem. Wszedł ostrożnie do sali treningowej. Spostrzegłszy Legolasa przystanął przy drzwiach, patrząc jak elf, po raz kolejny próbuje przebić środek tarczy. Jednak ta jak i inne strzały sterczały wbite na obrzeżach. Niespodziewanie klnąc po elficku, rzucił łukiem o ziemie, który rozpad się na dwie części. Dysząc ciężko, padł na kolana.
 - Co się stało z twoim wzrokiem? – zapytał twardo. – Niegdyś nie pudłowałeś.
 - Ona coś ukrywa, nie chce powiedzieć. Ostatnim razem, chciała wyruszyć sama… Prawie ją straciłem – pokręcił głową. – Nie rozumiem – książę pozbierał łuk, wstając.
 - Widzisz, ona jest teraz jak ten łuk. Rozdarta na dwie części. Thomas nie istnieje, a więc…
 - Legenda jest prawdziwa – szepnął, kończąc. – Jest coś jeszcze co powinienem wiedzieć? – zapytał czując, że to nie wszystko.
 - Chce wyruszyć sama. Jeśli chcesz ją zatrzymać, musisz się śpie…
 - Nie pozwolę jej na to! – wybiegł z sali, przerywając mu.
Był przerażony tym, że chce sama wykonać misję. Nie mógł pozwolić jej, tak po prostu odejść, bez jakiegokolwiek słowa wyjaśnienia. Mimo tego, że jego przyszłość jawiła się bez niej. Pragnął spędzić z nią każdą chwilę, aż do końca, bez względu na wszystko. Wbiegł do jej sypialni, którą dzieliła z Uriel. Wyprostował się widząc jak, przenosi na niego wzrok.
 - Gandalf ci powiedział – stwierdziła, chowając miecz do pochwy.
 - Nie zgadzam się! – podszedł do niej. – Nie pozwolę ci samej wyruszyć – odwróciła się do niego.
 - Teraz to nie ma znaczenia – szepnęła. – Nie zmienię przyszłości.
 - Alwina, kocham cię. Bez względu na to co będziesz musiała zrobić. Nie zmienię tego – złapał jej dłoń. – Nie godzę się na to, żebyś wyruszyły sama. Dobrze wiesz, że to ryzykowne. Obiecaj mi, że nie pójdziesz – spojrzał na nią z nadzieją. Westchnęła, nie wiedząc co robić. Spojrzała na ich splecione dłonie. Z jednej strony czuła, że to jej misja i nikt inny nie powinien się jej podejmować. Jednakże z drugiej strony czuła, że sama nie da rady. Nie chciała żałować swoich czynów. Spojrzała w jego pełne nadziei oczy, w których czaił się strach. Uśmiechnęła się.
 - Obiecuje – przymknęła oczy, czując jak książę ją przytula. Bez chwili wahania, odwzajemniła uścisk.

Ludzie zebrani w wielkiej sali zapomniawszy na chwilę o swoich troskach i niebezpieczeństwu, bawili się w najlepsze. Przy stołach przepełnionych jedzeniem, siedzieli spragnieni zabawy Rohańczycy. Piwo lało się kuflami przy zakładających się. Beztroskie pary tańczyły, rozmawiając głośno, chcąc zagłuszyć muzykę. Firin patrzył na to wszystko z uśmiechem. Cieszył się, że pozwolili sobie na chwilę rozluźnienia. Od dawana było to im potrzebne. Miał nadzieję, że dzięki temu wstąpią w nich nowe siły. Wstawszy podszedł do jednego z filarii, przy których stały dwie kobiety.
 - Witaj, Amice – uśmiechnął się przyjaźnie, zwracając do brunetki. – Miło cię znów widzieć
 - Witaj, Firinie – ukłoniła się lekko, na co mężczyzna zaśmiał się. - Mi ciebie również.
 - Nigdy nie zrezygnujesz z ukłonu – pokręcił głową. - Chociaż znamy się od dziecka.
 - Nigdy nie przestaniesz zwracać na to uwagi – uśmiechnęła się. – Dawno nie widziałam tu tylu uśmiechniętych twarzy – rozglądnęła się w około.
 - Tak, zasługują na to – również się rozejrzał. – Pozwolisz? – wyciągnął w jej kierunku rękę. Ukłoniwszy się, podała mu dłoń. Firin zaśmiał się ponownie. Cieszył się, że ją spotkał. Nigdy nie przestał jej kochać, jednakże kontakt z wygnańcem byłby dla niej wielkim niebezpieczeństwem. Nie mógł pozwolić by coś się jej stało. Mimo jej zapewnień, że sobie poradzi. Miał za wiele do stracenia. – Cieszę się, że cię spotkałem. Tęskniłem – spojrzał w jej oczy. Uśmiechnęła się ciepło, kładąc mu rękę na ramieniu.
 - Czekałam – szepnęła. – Będę czekać ile będzie trzeba – uśmiechnęła się pełna nadziei.

Legolas siadłszy koło Shapiro, uśmiechnął się widząc jak Alwina tańczy z Luthiasem. Mimo, że sam miał na to ochotę, mężczyzna go uprzedził. Musiał poczekać na swoją kolej. Przeniósł swój wzrok na Uriel, która zawzięcie coś szkicowała. Elfka spojrzała na portret Gimliego z uśmiechem. Zadowolona z pracy odłożyła szkicownik. Krasnolud spojrzał na nią uważnie, domyślając się kogo szkicowała.
 - Elfie! – zwrócił się niespodziewanie do Legolasa. – Chce rewanżu! – oświadczył uroczystym głosem. Książę spojrzał na niego rozbawionym wzrokiem. – Tym razem nie dam się tak łatwo podejść – wstał od stołu. – Wszystko już przygotowane – udał się w stronę Helwy.
 - Dasz mu zwyciężyć, prawda? - zapytał ze śmiechem Shapiro, widząc błysk w oku księcia.
 - Oczywiście – zaśmiał się, podchodząc do Gimliego. Stanął koło niego, przy stole wypełnionym kuflami z piwem.
 - Żadnego wylewania – oświadczył Helwa.
 - I rzygania – zaśmiał się Gimli, biorąc się łapczywie do picia. Legolas nie pozostając w tyle, chwycił pierwszy kufel. W koło nich zbierało się coraz więcej ludzi. Stawiali na swoich faworytów, będąc pewnym swej wygranej. Z zaciekawieniem i nadzieją, przyglądali się jak kolejne kufle zostają opróżnione, przez co, co chwile donoszono kolejnych. Żaden nie pozostawał w tyle. Kiedy jeden brał kolejny, drugi już zaczął. Krasnoludowi piwo ciekło po brodzie, a piana zostawała na wąsach. Pragnął za wszelka cenę wygrać.
 - Widzisz elfie! – zaśmiał się Gimli, biorąc kolejny kufel. – Od ostatniej potyczki dużo ćwiczyłem!
 - Nie wątpię – zaśmiał się w odpowiedzi książę, pijąc coraz wolniej.
 - Ha! Widzę, że nie dajesz rady! – znów się roześmiał. Książę siląc się, by wydobyć z siebie jak najlepszy talent aktorski, przechylił głowę do tyłu, wlewając w siebie ostatnie krople z kufla. Zachwiał się na nogach, zataczając koło. Podniósł palec, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył, gdyż padł na ziemie. Gimli widząc to widowisko, zadowolony z siebie, pił dalej. Wkrótce Helwa podniósł jego rękę. Przegrani, jęknęli niezadowoleni, słysząc śmiech wygranych i widząc ich radość. Niechętnie oddali sumę, którą obstawiali.
 - Oto zwycięzca! – ogłosił Helwa.
 - Jeden:jeden! – krzyknął z wielkim uśmiechem Gimli. – Jestem nie pokonany! – padł na ziemie.

Alwina ze śmiechem przyglądała się tej scenie. Cieszyła się, że przyjaciele są szczęśliwi i zaczyna się im układać. Luthias zapomniał o zaręczynach, nie robiąc jej żadnych wyrzutów. Uriel tańczyła w objęciach narzeczonego, nie zważając na cały świat. Nawet Gimli znalazł swoje szczęście.
Ku zdziwieniu innych, Legolas podniósłszy się z ziemi, wytrzepał ubrudzone ubranie. W takim wypadku, nie dało się rozstrzygnąć tego pojedynku.
 - Nic mu nie mówcie – uśmiechnąwszy się, udał się w stronę Alwiny.
 - To bardzo szlachetne – podała mu kubek wody. – Znam Gimliego od bardzo dawna i nie widziałam, żeby się jeszcze z kimś tak bardzo zaprzyjaźnił – spojrzała na krasnoluda. Legolas wypił wodę.
 - Dziękuję, tego było mi trzeba. Piwo nie należy do najprzyjemniejszych napojów – odłożył kubek. - Dla przyjaciół jestem w stanie zrobić wszystko. Gimli zasłużył na wygraną. Niestety elfa nie da się upić – zaśmiał się. – Pozwolisz? – wyciągnął w jej stronę rękę, którą chwyciła.
 - Z chęcią – uśmiechnęła. Dołączyli do tańczących par. Dziewczyna położyła mu drugą rękę na ramieniu, a on objął ją w tali. Schowała twarz w jego szyi.
 - Man mathach? (Jak się czujesz?) – zapytał szeptem.
 - Sí? (Teraz?) – uśmiechnęła się.
 - Mae. (Tak.)
 - Mathon maer. (Dobrze.) Hannon le, Legolas (Dziękuję, Legolas)– spojrzał na nią z uśmiechem.

Gimli po krótkiej drzemce, podpierając się o ławkę, wstał. Beknąwszy, przysiadł się do stołu. Był z siebie dumny. Nie każdemu przychodzi wygrać z elfem, w dodatku tak dobrze urodzonym. Podparł swoją głowę, czując jak pulsuje mu w czaszce. Burknął coś pod nosem, przeklinając ból głowy. Firin uśmiechając się życzliwie, dosiadł się do niego, podstawiając mu pod nos talerz pełen jedzenia. Gimli odwrócił wzrok, nie mogąc na nie patrzeć.
 - O nie! Więcej już nie przełknę – potrząsnął głową. Po chwili jednak, spojrzał na nie ukradkiem. – Czy to pieczeń? – spojrzał na smakowity kąsek. Od razu pożałował swoich słów. Dawno nie jadł takiego posiłku, jakie przyniósł mu Firin. Począł się zastanawiać, jak odkręcić swoje wcześniejsze słowa.
 - Smarowana miodem – zaśmiał się, widząc jak mina mu rzednie.
 - Może jednak się skuszę. Zrobiłbym przykrość kucharzowi, gdybym jej nie spróbował. Jestem pewny, że znajdę jeszcze trochę miejsca w żołądku, dla tak wspaniałej pracy – zaczął pałaszować. Firin przypominając sobie o swoich zamiarach, spoważniał.
 - Chciałbym, żebyś osiadł z pobratymcami tutaj, w Helowym Jarze. Po wojnie kiedy obejmę tron, chciałbym, ci przekazać kryjówkę Helma w opiekę. Stworzysz tu swoje królestwo – spojrzał na jego zdziwioną minę. Krasnolud nie krył swojego zaskoczenia.
 - Nie wiem, czym sobie zasłużyłem na tak hojny dar, Firinie.
 - Toron bardzo szybko podbił najpierw Helmowy Jar. Myślę, że najwyższa pora stworzyć tu królestwo – wrócił pamięcią do tamtego czasu. Od tamtej pory wszystko się zmieniło.
 - Nie jestem godzien nazywać się władcą. Są dużo szlachetniejsi niż ja. Nie uważasz, że bardziej na to zasługują? – zauważył krasnolud.
 - Nie oddałbym kryjówki Helma pierwszemu lepszemu szlachcicowi. Ludzie potrzebują prostego przykładu. Jesteś waleczny i oddany. Mądrość w sprawach państwowych przybywa z czasem. Nikt się z nią nie rodzi. Uważam, że jesteś dobrym wyborem – oświadczył z uśmiechem. – Moi poddani nie będą mieli nic przeciwko, wręcz przeciwnie, zyskamy silnego sojusznika.
 - Skoro tak uważasz, również uznam to, za rozsądną decyzje. Zaszczytem będzie dla mnie twoja propozycja, Firinie. Masz mój topór. Mam nadzieję, że cię nie zawiodę, a nasze królestwa będą rozwijały się w dostatku.
 - Jestem tego pewien, przyjacielu – zaśmiał się, kładąc mu rękę na ramieniu.

Uriel tańczyła w objęciach Shapiro. Czuła, że ukochany coś ukrywa, jednakże nie wiedziała jak to z niego wydobyć. Gdy pytała o to, słyszała wciąż tę samą zbywającą odpowiedź. Nie chciała by zostawał sam ze swoimi problemami. Chciała mu pomóc, tak jak on to robił, kiedy ona tego potrzebowała. Mieli wkrótce zostać małżeństwem i wspierać się we wszystkich sprawach. Nie chciała poruszać tego tematu przy wszystkich, ale to mogła okazać się później jedyna dobra chwila.
 - Ukochany, wiem… Wiem, że coś cię dręczy – szepnęła, chcąc by wszystko jej opowiedział.
 - Uriel – westchnął. – To nie jest odpowiednie miejsce na tę rozmowę. Chodź – pociągnął ją w stronę sypialni. – Nie będziesz walczyła w Bitwie Narodów - wydusił z siebie, gdy już dotarli na miejsce. Elfka spojrzała na niego zaskoczona. Nie wiedziała co powiedzieć. Śmiać się czy być wściekłą. Shapiro nigdy nie zabraniał jej walczyć.
 - To żart? Żartujesz, prawda? – spojrzała na niego zdezorientowana, nie rozumiejąc.
 - Nie będziesz walczyła – powiedział twardym głosem, nie znającym sprzeciwu.
 - Nie możesz mi rozkazywać! Nie masz prawa! – warknęła wściekła. Nie rozumiała jego postępowania.
 - Właśnie, że mogę! I to zrobię! – warknął. Za wszelką cenę chciał ją chronić. Nie mógł pozwolić by coś się jej stało, zwłaszcza kiedy zostali rodzicami.
 - W takim razie, z nami koniec! – krzyknęła wściekła. Przerażony Shapiro stanął jak osłupiały, patrząc na nią zdezorientowanym wzrokiem. Jakby do niego nie dotarło to, co się właśnie stało. Przerażona swoimi słowami Uriel, chciała wszystko odkręcić, ale Shapiro wyminąwszy ją, odszedł, zostawiając  tym samym samą. W korytarzu minął Alwinę, która widząc minę elfki, przeprosiła Legolasa. Weszła do sypialni, w której zastała zapłakaną elfkę. Bez słowa, przytuliła ją.
 - Zabronił mi walczyć, więc zerwałam zaręczyny – szepnęła przerażona. – On mi tego nie wybaczy.

Po kilku dniach podróży i przeprawie przez góry w końcu dotarli na miejsce. Musieli działać pod osłoną nocy, tak by nikt ich nie nakrył. Zsiadłszy z koni, zapukali trzy razy do drzwi. Kiedy po dłuższej chwili nikt nie otworzył, sami weszli. Starzec, widząc mężczyzn zatrzymał się na schodach, w opół kroku. Nie wiedział co to ma znaczyć.
 - Przysyła nas król Aragorn. Grozi ci nie bezpieczeństwo, więc mamy ci je zapewnić. Masz spakować swoje rzeczy, Eryku – oznajmił jeden z nich. Starzec spojrzał na nich podejrzliwie. – Wyruszamy do Erech.
 - Skąd mam wiedzieć, że to nie podstęp Torona? – zapytał.
 - Król przewiedział i to – podał mu list. Widniała na niej królewska pieczęć. Ostrożnie otworzył list.
Drogi Eryku,
Odkąd dowiedziałem się o czynach Torona, jestem nie spokojny o twoje życie. Wiem, że bycie sprzymierzeńcem dobra wiele cię kosztuje, dlatego też, chciałbym zapewnić ci bezpieczeństwo w moim Królestwie. Mam nadzieję, że nie odeślesz mych posłańców z powrotem.
Twój przyjaciel,
Aragorn

 - Uzupełnijcie zapasy, jedzenie nie powinno się marnować – zniknął na piętrze.
****
Cześć i czołem!
Co tam u was? U mnie już lepiej i mam nadzieje, że wena dopisze.
Rozdziały będę pojawiały się co dwa tygodnie, dopóki nie skończę drugiego bloga. Połowę mam już tam za sobą.
Ten rozdział pisałam ponownie, ponieważ poprzedni przesz przypadek usunęłam. Wyszedł dłuższy, więc mam nadzieje, że również lepszy.
Z boku macie ankietę, na temat playlisty, która jest na górze. Nie korzystam z tych utworów, gdy piszę rozdział. Tak, więc zadecydujcie.
Jeśli chcecie bym dodała jakiś bohaterów do zakładki ‘Bohaterowie’ piszcie, jednakże myślę, że te które przybyłe są epizodyczne. Z Firinem niedługo będziemy się np. żegnać. Decyzja należy do was.
Mam dylemat jak zakończyć tę historię pod dwoma względami. Znając życie, pewnie coś wymyśle na ostatnią chwilę. No cóż… Gdy w grę wchodzą ulubieni bohaterowie, czasem tak bywa.
O! Jest jedna bardzo ważna rzecz. Po rozdziale 23 zacznie się ostatnia księga, trzecia. Dla mnie osobiście bardzo ważna.
Staram się, żeby było jak najmniej błędów.
Mam nadzieje, że miło się czytało! :)
Pozdrawiam!
Do zobaczenia!

czwartek, 1 września 2016

Informacja

Cześć i czołem!
Wiem, że rozdział miał się pojawić dzisiaj, ale muszę to przełożyć na za tydzień.
Do zobaczenia!

piątek, 12 sierpnia 2016

Rozdział 21 - Kłamstwa

Stał nie dając po sobie poznać, choć cienia strachu. Wiedział, że jeśli go okaże, wzbudzi to jeszcze większe podejrzenia. Musiał chronić swoja rodzinę. Wiedział, że ich pobyt w Helmowym Jarze, to nie był dobry pomysł. Jednakże codzienna tęsknota do syna i żona, przeważyła nad decyzją. Usiadł na murze, jak gdyby nigdy nic. Toron spojrzał na niego uważnie. Wiedział, że kiedyś się złamie, ale widząc jego zachowanie, począł mieć wątpliwości. To by oznaczało zmarnowany czas. Mógł w tedy posłuchać starca i wyruszyć do Erech. Jednakże uznał to za podstęp. Miałbym już ich! Gniliby w lochu!
 - Tatusiu! – z jednego z korytarzy, wybiegł mały chłopiec. Przylgnął do ojca, tuląc się do niego. Helwa objął go ramieniem. – Bawiłem się z mamusią w rycerzy, wiesz? I wygrałem! – uśmiechnął się szeroko. Widząc jednak wzrok ojca, wyprostowawszy się na Torona. – Dzień dobry – wydukał, widząc jak Toron trzyma rękojeść miecza. Cofną się, napotykając ojca.
 - Hemon! – wybiegła za nim matka. Spostrzegłszy władcę, ukłoniła się. – Dzień dobry, panie – dołączyła do męża.
 - Widzę, że rośnie nam mały rycerz – zaśmiał się, chcąc sprowokować mężczyznę. – Jak ci na imię, piękna pani? – uśmiechnął się szarmancko. Kobieta z trudem odwzajemniła uśmiech.
 - Elizabeth, panie – powiedziała łagodnie.
 - Szkoda by było takiej rodziny, nie sądzisz? – zwrócił się do Helwy. – Chętnie się nimi zaopiekuję, gdy już znajdziemy uciekinierów – uśmiechnął się nienawistnie. Przerażony Hemon, wtulił się w nogi Elizabeth.
Ich ciężkie buty odbijały się echem w korytarzach. Śmiech pełen kpiny docierał w każdy zakątek. Nie szczędzili sobie głośnych rozmów. Byli pewni, że znajdą zdrajców. ‘Toron zawsze zwyciężał. Nigdy się jeszcze nie pomylił. Chce naszego dobra.’ – mówili między sobą. Skręcili po raz kolejny w prawo. Widząc zasypane przejście, zaklęli pod nosem, cofając się. To był ostatni korytarz, jaki im został. Mieli nadzieje, że innym się powiodło. Wrócili, więc na dziedziniec, wraz z innymi grupami poszukiwawczymi.
 - Panie, - ukłonił się jeden z nich – nie znaleźliśmy nikogo. Wszystko zostało przeszukane.
 - Starzec nie kłamał – splunął wściekły. – Do Erech! – warknął. – Otworzyć bramy! – wsiadł wściekły na wierzchowca.
Wielkie bramy, ponownie zostały otworzone. Gromada jeźdźców, wyjechała galopem z Kryjówki Helma. Helwa wszedł na mury, patrząc jak się oddalają. Wiedział, że robi dobrze. Najważniejsze, że Elizabeth i Hemon, są bezpieczni. Westchnął ciężko. Podniósł dłoń, a bramy zatrzasnęły się z powrotem. Zszedł natychmiast na dziedziniec, biorąc przestraszonego syna na ręce.
 - Już dobrze. Nie pozwolę, by coś się wam stało – objął żonę, całując w czoło. – Jesteśmy na razie bezpieczni – oparł głowę o jej.

Westchnąwszy z ulgą, podparł się o kostur. Iluzja zniknęła. Cieszył się, że przybył w porę. Zdezorientowany krasnolud, padł na ławę. Byli o włos od śmierci.
 - Jak to możliwe, że nas nie widzieli? – podrapał się po głowie. Magia była zdecydowanie ponad jego siły. Cenił sobie swój topór i skałę.
 - Iluzja, przyjacielu – uśmiechnął się. – Firinie, prowadź nas – zwrócił się do wygnańca. Po chwili, wszyscy siedzieli zgromadzeni przy jednym stole. Musieli podjąć ważne decyzje, dotyczące dalszych losów wyprawy. Sprawy znacznie się pokomplikowały. Brat Torona przyglądał się uważnie księżniczce. Była dokładnie taka, jak opisywały ją legendy.

Stanie na szczycie
By oddać za was życie
Przystrojona w złociste łany
Jakby słońcem okalany
Bystra szarość się nie trwoży
Tylko ona wroga zmorzy
Spłynie na nią chwała
W biel okalała1

Zastanawiał się, jak Toron mógł jej nie rozpoznać. Tyle razy śpiewano już te słowa. Przy każdej możliwej okazji, na biesiadach i ucztach. W pałacu, obraz przedstawiał jej narodziny. Możliwe, że zamknął tę sale. Jakie to były czasy, kiedy zasiadały w niej, przy okrągłym stole, przedstawiciele różnych ras i krain. Życie w Edoras byłoby dużo godniejsze, gdyby nie próżność Torona!
Alwina zorientowawszy się, że Firin przygląda jej się, spuściła wzrok. Wyrwało to wygnańca z rozmyślań.
 - Toron stoi po stronie Eliona – Firin przerwał ciszę. - Myśli, że wygra. Jeżeli zdołamy przekonać żołnierzy z Edoras, że stoją po złej stronie…
 - Boją się go – przerwała mu Alwina. – Zabije ich, jeżeli spróbują odejść.
 - Trzeba rozwiązać ten problem inaczej – Gimli pogładził swoją brodę. – Musi istnieć na to rada – wymruczał pod nosem. Miał dosyć wszystkich komplikacji.
 - I istnieje – zauważył Luthias. – Nie wiemy, jeszcze jaki. Gandalfie – zwrócił się do niego. Czarodziej przeniósł na niego wzrok. – Może jeśli podburzymy jego lud…
 - Wydadzą nas – wtrącił Legolas. – To bardzo ryzykowne zagranie.
 - Firinie – zwróciła się do niego Alwina. – Jeślibyś pod przebraniem i imieniem Thomasa, przeniknął w jego wojska i zdołał przekonać by stanęli po słusznej stronie, zyskalibyśmy dodatkową przewagę. Dostaliby broń i szkoliliby się, pod okiem Torona. Stanęliby w oddziałach Eliona…
 - Walcząc przeciwko nim – dokończył wygnaniec. – Oczywiście, zgadzam się. Toron pobiera ludzi do wojska. Wcielę się w jednego z nich. Przyznam księżniczko, - dodał po chwili – że mieć cię za sojusznika, to duży skarb – uśmiechnęła się do niego.
 - Weaorne odebrała mi pamięć, muszę sobie jeszcze wiele przypomnieć – Gandalf spojrzał na nią uważnie.
 - Musimy porozmawiać. Twoja legenda jest prawdziwa przemówił w jej głowie. Księżniczka spojrzała na niego zdezorientowanym wzrokiem. Nie wiedziała już, co jest prawdą, a co nie. – Byłem w Rivendell – Mithrandir podjął bardzo ważny temat. – Elfy pogrążyły się w żałobę, gdy powiadomiłem ich o śmierci Nivis. To tylko zacięło ich do walki. Bitwa Narodów, odbędzie się we Fornost. Elion planuje zaatakować północne kraje – spojrzał na Firina, który wstawszy od stołu, podszedł do półki. Mrucząc coś pod nosem, przewracał zwoje, szukając właściwego.
 - Jest – wyjąwszy jeden z nich, rozłożył na stole. – Musimy mieć plan. Wasz wcześniejszy, w obliczu nowych faktów, jest do niczego.
 - W pierwszej kolejności, musimy przekonać Isengard, by stanął do walki – Luthias pochylił się nad mapą, stawiając pierwszy pionek. – Krążą posłuchy, że chcą się wycofać. To…
 - Nie wycofają się – wtrącił Gandalf. – Gondor, również stanie do walki. Stan Aragorna znacznie się poprawił. Poprowadzi swój naród.
 - Przecież, - zaczął Gimli – Aragorn nie żyje!
 - Weaorne ma wszędzie szpiegów – spojrzał na Alwinę. – Musicie się stawić w Tharbadzie, oczekują tam księżniczki. Miasto zostało odbudowane. Chce przyjąć herb smoka. Pragną twej zgody – dziewczyna spojrzała na niego nie pewnie. Nie wiedząc co powiedzieć, przytaknęła.
 - Musimy ostrzec mieszkańców Bree, przed niebezpieczeństwem – Uriel postawia kolejne pionek.
 - I zrobimy to – Shapiro położył rękę, na ramieniu zmartwionej elfki.
 - Fornost – szepnęła Alwina. – Ostateczność. Jeżeli przegramy, Elion posunie się na wschód i południe. Nic go już nie powstrzyma – przeraziła się. Gandalf nie spuszczał z niej wzroku. Wiedział jaka to dla niej odpowiedzialność. Co musi stracić, żeby zwyciężyć.
 - Wiem o czym myślisz – głos Gandalfa rozbrzmiał w jej głowie. Przeniosła na niego wzrok. – Będzie cierpiał, ale zrozumie.
 - Nie ma innego wyjścia – odwróciwszy wzrok, spojrzała na mapę.

W sali została tylko Alwina z Gandalfem i Firinem. Dziewczyna siedziała na krzesełku, wpatrujac się tępym wzrokiem w mapę. Przeklinała siebie w duszy, że nie potrafiła trzymać języka za zębami. Żałowała, że powiedziała Legolasowi, to co powiedział jej Thomas. Miała mu zepsuć szczęście, na które zasługuje. Rozważała opcje, nie powiedzenia mu, jednakże mógłby jej tego nigdy nie wybaczyć. Do tego nie chciała dopuścić.
 - Wiem, że to nie jest łatwe. Jesteś młoda – podjął Gandalf.
 - Thomas…
 - To Weaorne – przerwał jej. – Ona ma większą moc niż przypuszczałem. Stworzyła Thomasa i jego rodzinę, to była iluzja. Wiedziała, że ród smoków to twój czuły punkt.
 - Nie powinnam ich mieć. Odkąd poznałam Legolasa… - przerwała przerażona. – Pokochałam go, a nie powinnam. Mimo tego, że straciłam pamięć i nie pamiętam niczego. Niczego co jest z nim związane, moje uczucie przetrwało. Nie miało prawa przetrwać. W głębi czułam, że moje szczęście byłoby zbyt piękne. Jestem naiwna. Straciłam dawną czujność. Nie wiem czy dam rade ich poprowadzić, a…
 - Nie znam silniejszej istoty od ciebie – przerwał jej Gandalf. – Dasz rade. Weaorne próbowała cię zagiąć, nie możesz się poddać.
 - I nie poddam – wyprostowała się, wzdychając. – Jestem jedna na całe Śródziemie.
 - Aragorn powiedział mi kiedyś, że przewyższasz siłą nie jednego, silnego męża – uśmiechnął się Firin.
 - Może i tak jest, ale umknęła mi połowa mojego życia – odwzajemniła go. – Muszę je sobie przypomnieć, żeby was poprowadzić. Nie pamiętam jak się walczy. I właśnie to, muszę teraz zrobić. Nauczyć się tego ponownie – uśmiechnąwszy się, wyszła z pomieszczenia.
 - Da radę? – wygnaniec spojrzał niepewnie na Gandalfa.
 - Zawsze daje, potrzebuje czasu – uśmiechnął się.

Chwyciła niepewnie swój miecz. Na rękojeści miał wyrytego smoka. Może lepiej byłoby zacząć od czegoś, znacznie prostszego. Zrezygnowana odpięła pas. Zapiąwszy kołczan, sprawdziła szybkim ruchem, czy dosięgnie strzał. Pasował idealnie. Wzięła łuk, ustawiając się naprzeciwko tarczy. Napięła cięciwę, skupiając swój wzrok na środku. Puściła strzałę, a ona przeleciała obok. Powtórzyła czynność kilka razy, jednakże z tym samym efektem. Zrezygnowana, wyjęła kolejna strzałę.
 - Źle trzymasz – Legolas szepnął do jej ucha. Przestraszona puściła strzałę. Elf roześmiał się, widząc jej reakcje. Zarumieniona i zła poszła pozbierać strzały.
 - To nie takie proste – podparła się o biodra. – Nie pamiętam niczego.
 - Pomogę ci – uśmiechnął się. Dziewczyna napięła ponownie cięciwę. Książe położył dłoń na jej ręce, którą trzymała łuk. – Musisz trzymać go pewniej, a przede wszystkim wyprostować się, żeby naciągnąć wszystkie mięśnie, nie zginaj łokci – dziewczyna wykonała jego polecenie. Drugą ręką, chwycił strzałę, którą trzymała. – Łuk się nie złamie – zaśmiał się. Powinnam być czujna, a przy nim, to zdecydowanie nie możliwe. Zwłaszcza jak czuje jego oddech. – Patrz na punkt, w który celujesz. Pamiętaj, że łuk trzeba trzymać twardą ręką przy strzale – puściła strzałę, która wbiła się w sam środek. Patrzyła na to z niedowierzaniem. – Przebij ją.
 - Nie ma mowy! – zaprotestowała. – Nie uda mi się.
 - Spróbuj. W tedy uwierzę – podał jej strzałę . Zrezygnowana wzięła ją. Wyprostowawszy się, napięła cięciwę, przymykając oczy.

Trzymała bezradna łuk. Nie potrafiła zrobić tego, co jej ojciec. Chciała się nauczyć, ale nie wiedziała od czego zacząć. Patrzyła zdezorientowana na Ilfirina, który uśmiechnął się szeroko, kucając obok niej.
 - Poradzisz sobie. Jedną rączkę, połóż tu – pomógł jej. – Teraz strzała – pokazał jak ma trzymać. – Teraz wyprostuj się i skup się na celu. Kiedy będziesz gotowa, wypuść strzałę – uśmiechnął się. Był dumny z córki. Była jego małym oczkiem w głowie. Nie chciał dla niej takiej przyszłość, ale to ona musiała, sama zdecydować. Strzała wbiła się w sam środek.
 - Udało się! – rzuciła się mu na szyję. Rozbawiony przytulał ją. – Mamusiu! Udało mi się! – podbiegła do kobiety z dzieckiem. – Teraz ja będę uczyć blaciszka – uśmiechnęła się szeroko. Míri poczochrała ją po głowie.
 - Nasza córeczka robi duże postępy – pocałował żonę. Dziewczynka odwróciła się w stronę lasu, w którym przemknęła czarna postać. Przestraszona chwyciła się ręki ojca.

Otworzyła oczy, a strzała sterczała wbita w poprzednią. Zaskoczona przełknęła ślinę. Nie dowierzała własnym oczom, więc wzięła kolejną. Musiała być pewna, że to nie wytwór jej wyobraźni. Jednak i ta, przebiła środek. Przerażona puściła łuk. Widziała orka i nie powiedziała o nim nikomu.
 - Alwina – Legolas położył dłoń, na jej ramieniu.
 - Nic się nie stało, tylko… Kiedy ojciec uczył mnie strzelać… Widziałam orka w lesie, nikomu o nim nie powiedziałam – szepnęła przerażona. – Stwierdziłam, że mi się zdawało. Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś takiego. Myślałam, że to wytwór mojej wyobraźni, ale to była prawda. Niedługo potem, zaatakowali nas – Legolas bez słowa, przytulił ją. Całą sobą powstrzymywała cisnące się do oczu łzy.
 - To nie twoja wina. Nie wiedziałaś – próbował ją uspokoić. Trwali przez chwile w uścisku. – Byłaś dzieckiem – odgarnął włosy z jej twarzy. – To nie twoja wina.
 - Masz racje – spuściła wzrok. – Nie pomyślałam w ten sposób. Pomożesz mi z mieczem?
 - Nie uważasz, że starczy na dzisiaj? – zapytał zmartwiony.
 - Tak trzeba, Legolas – spojrzała na niego poważnie.
 - Dobrze – wyjął jej miecz z pochwy. – Jest lekki i zwinny – zaczął go oglądać. Jego ostrze nigdy nie stępieje, został wykuty w ogniu smoka. Elfickie runy, zdradzają twoje pochodzenie. Chwyć go oburącz – podał jej broń. Stanął z nią. Dziewczyna niepewnie wykonała jego polecenie. Wykonali razem parę ruchów. – Poprowadź go, a zapewni ci zwycięstwo. Jesteś wojownikiem, posłucha się – wziął do ręki drugi miecz.
 - Dziękuje, za twoją pomoc – spojrzała na ostrze. – Teraz będę mogła pokonać Weaorne.
 - To ja powinien dziękować – uśmiechnął się. – Dzięki tobie odkryłem prawdę.
 - No tak, pamięć – westchnęła. – Mam może jakieś szczególne zachowania podczas walki? – szybko zmieniła temat. – Coś co może, pomoże mi…
 - Tak, masz – przerwał jej. - Stań dokładanie, tak samo jak ja. Dzięki temu zachowasz równowagę. Zdołasz przemieścić się zwinnie w każde miejsce i wykonać bezbłędnie każdy ruch – wykonała jego polecenie. – Broń się – zaatakował ją. Klingi skrzyżowały się z łoskotem. Książę uśmiechnął się pod nosem, widząc jej zdezorientowaną minę.

Ojciec podał jej drewniany miecz. Ustrugał go, specjalnie dla niej. Liczyła się każda chwila. Orkowie mogli już wpaść na ich trop. Dziewczynka spojrzała na broń. Nie wiedziała, dlaczego tatuś uczy ją tych wszystkich rzeczy. Kilka dni temu podsłuchała rozmowę rodziców. Míri szlochała w ramię męża, nie mogąc pogodzić się z przyszłością córki. Wiedziała jednakże, że nauka jest jej potrzebna.
Ilfirin ukląkł przed małą na kolana.
 - Nauczę cię dzisiaj paru podstawowych rzeczy. Stań twardo na nogach i…
 - Po co to wszystko? – przerwała mu. Spojrzał na nią, łapiąc łapczywie powietrze.
 - Kiedy dorośniesz, wszystko zrozumiesz. W tedy otrzymasz swój własny miecz.
 - Dlaczego telaz mam się uczyć – nie rozumiała.
 - Przekonasz się kiedyś – pocałował ją w czoło. – No, a teraz ćwiczymy. Stań twardo na nogach. Skrzyżujemy nasze klingi – wykonała polecenie. – Opieraj się na nogach, nie przekładaj całej siły na ręce, łatwo będzie cię w tedy podejść. Kiedy poczujesz jak przeciwnik drga lub jest przez chwile nie uważny, odepchnij go.

Odepchnęła Legolasa do tyłu. Zaskoczony książę padł na ziemie. Bez chwili wahania, dziewczyna doskoczyła do niego, przykładając do jego krtani ostrze.
 - Ojciec nauczył mnie tego, zanim uciekłam do Leśnego Królestwa – uśmiechnęła się, pomagając mu wstać.
 - Twoja pamięć…
 - Tak – przerwała mu z uśmiechem. – Zaczynam sobie wszystko przypominać. Niestety, dalej nic związanego z tobą – spuściła wzrok. Spojrzał na nią smutnym wzrokiem. – Potrenujesz jutro ze mną? – zapytała zmieniając temat.
 - Oczywiście. Alwina… Na pewno wszystko w porządku? – zapytał widząc jej wzrok.
 - Tak, nic mi nie jest – uśmiechnęła się. – Dziękuję, że mogę na ciebie liczyć – przytuliła się do niego. Zaskoczony objął ją ramieniem.

1 Chronione prawami autorskimi
****
Część i czołem!
Rozdział jest słaby. Miałam lepsze. Nie wiem, dlaczego ten mi nie wyszedł. Ostatnio jestem przymulona, ale wracam do normy.
Wiem, że namieszam w fabule, ale proszę, Aragorn musi żyć. Przepraszam, że wam mieszam, ale znalazłam pewna kartkę. :) Uznajmy, że był chory.
Jeszcze raz przepraszam, ale ważne rzeczy pisze na kartkach, a potem je gubię. Ten blog jest wymagający. I dużo zajmuje mi planowanie.
Do zobaczenia!