poniedziałek, 1 czerwca 2015

Rozdział 5 – Sen na jawie


Nie reagowała. Oparła głowę o jego klatkę piersiową. Miała otwarte oczy, ale wywrócone do góry nogami. Przerażony wziął ją na ręce i zsunął się z siodła. Poklepał ją po policzku.
 - Zatrzymajcie się! – krzyknął.
Miała coś we krwi, co dopiero teraz pokazało swoją obecność. Nasilające się drgawki i gorączka niczego nie wskazywały. Nie wiedzieli co jej jest. Do tego mieli mało czasu. Bardzo mało. Czemu tego nie powstrzymałam? Nie mogłam. Kocham ją jak córkę, mimo to mam surowy zakaz…
Od kilku dni byli w lesie. Ich twarze nie widziały słońca, a serca coraz bardziej tęskniły do domu. Każdy kogoś zostawił. Kogoś kto był dla nich najważniejszy. Wyobraźcie sobie, że wasza ukochana osoba jest na drugim końcu świata. Oglądasz obrazy, wspominasz i modlisz się aby powróciła cała. Słyszę miliony takich próśb, łkań matek, żon, córek. Choć chce pomóc nie mogę. Więc dlaczego ma tę moc?
Shapiro bardzo zbliżył się do Uriel. Kochał ją i chciał z nią być, ale nie wiedział, czy wyjdzie cało z tej wyprawy. Długo debatował ze samym sobą, kiedy w końcu postanowił postawić wszystko na jedną kartę. Dziewczyna siedziała przy namiocie Alwiny. Nie wiedziała kiedy odejdzie, więc chciała być przy niej. Elf usiadł koło niej. Siedzieli chwilę, aż w końcu elfka zrobiła pierwszy krok i oparła głowę o jego ramię.
 - Myślisz, że wyzdrowieje? – spojrzała mu w oczy.
 - Mam nadzieje mélina (kochana) - pocałował ją. Nivis widząc całe zajście zaczęła śmiać się niekontrolowanym śmiechem. Miała swoją miłość. Niestety orkowie odebrali go jej. Gdyby nie przyjaciele załamałby się. Nie jadła, nie piła, nie widziała dalszego sensu życia. Na każdym kroku jej go brakuje i choć minęło od jego śmierci sto lat nadal pamięta i próbuje wrócić do normalnego życia. - Le melin (kocham cie).
Uśmiechnęła się do niego i wtuliła. Zazwyczaj elfy od razu wiedzą z kim chcą spędzić całe życie. Zazwyczaj… Jest pewien wyjątek, ale to już zupełnie inna historia związana z tajemnicami Rivendell…

Leżała osłabiona na ziemi. Podniosła się z ledwością jednak gdy zrobiła krok upadała. Była wyczerpana. Nie miała siły. Nic jej tego nie dodawało. Chciała po prostu sczeznąć. Znów podeszli do niej orkowie i zaczęli nowe tortury. Tortury, które trwały wieki.
 - Ma być cała – ostrzegł kobiecy głos. Napuchnięte oko z ledwością dostrzegało jej sylwetkę. Kolejny cios biczem z haczykami. Następne strzępki koszuli padały na ziemie, a na jej ciele powstawały kolejne rany i oderwane kawałki skóry. Chciała tego. Miała dosyć życia z myślą, że zginie. – Nie uda ci się – zaśmiała się szyderczo.
 - Skończ to wreszcie! No już! Chce mieć to za sobą! Dalej! – krzyczała ze Łazami w oczach.
 - Nie tak prędko kochana. Pomęczę cie trochę – splunęła na nią. – Brać ją!
Zaczęli ciągnąć ją po ziemi. Ból przestawał istnieć. Okazała słabość. Ale przecież w końcu jeszcze nie przegrała. Może wygrać, upragnione szczęście i…
 - Legolas trzymaj ją!- krzyknął Thranduil.
 - Alwina nie teraz – błagała zrozpaczona Nivis.
Jej ciało z minuty na minutę robiło się coraz bardziej blade, a puls zanikał. Drgawki nie ustawały, a z ust leciała krew.
Gasła.
Jak ognik tańczący wśród czerwieni.

Na rozgrzanym czole pojawiły się kropelki potu. Ostatkami sił walczyła. Uriel przyniosą papkę z roślin zerwanych w górach Mglistych. Nałożyła je na mokry cienki biały materiał i przyłożyła do czoła. Nic nie dawało. Po pół godzinie drgawki ustały. Towarzysze wpatrywali się w nią z niecierpliwieniem. Nivis płakała, nie chciała, żeby tak szybko odchodziła. Potrzebowała jej, chociaż nie wiedziała co przyniesie przyszłość i jaki los ją czeka. Otworzyła lekko oczy i spojrzała na Legolasa, a następnie znów porwał ją błogi sen.
Żyła.
Odetchnęli z ulgą. Syn Thranduila nie odstępował jej na kok. Nie wiedział dlaczego mu tak zależy. Miłość to za dużo powiedziane, ale dziwna więź, której nie potrafił nazwać. Trzymał ją za rękę, a kiedy budziła się dawał pic, żeby nie odwodniła się.
 - A… - próbowała otworzyć usta. – Le…
 - Ci… - przerwał jej. – Spokojnie. Pij. Jesteś bezpieczna – uspokajał ją. Patrzyła na niego przez chwilę, a potem znów zasypiała. Ten stan trwał dwa dni, a na trzeci wyruszyli. Czuła się znacznie lepiej odkąd dostała okład. Jechała na koniu wraz z Legolasem, jak wcześniej. Wszystko się ułożyło. Przez pierwsze mile nie ujrzeli nic po za tutejszymi zwierzętami leśnymi. Raz po raz elfka schodziła z konia, prowadząc go, żeby rozprostować nogi. Teraz też tak było, mimo iż Legolas wielokrotnie namawiał ją do wsiąść na wierzchowca. Nie słuchała i dalej szła na piechotę.
Słysząc szelest zatrzymała konia. Blondyn widząc to stanął koło niej i jak ona przygotował broń. Król wydał rozkaz przygotowania się do obrony…
Pierwszy nadszedł z lewej prosto na Nivis, lecz ta cięła z ukosa mieczem wykutym przez elfy, przecinając stwora na pół. Martwy odwłok pod wpływem impulsów nerwowych ruszał się jeszcze przez chwalę wypuszczając z siebie systematycznie krew. Rozwścieczone pająki widząc to zaatakowały pochód. Przestraszone konie uciekły w stronę Leśnego Królestwa.
Alwina mając Ninquëeel miała większe szanse od przyjaciół na przeżycie. Przebiegła pod cielskiem potwora. Podcinając mu parę odnóży. Ten wydarł z siebie przeraźliwy ryk, który było słychać w okolicy trzech mili. Podniósł przednia parę odnóży by z nią skończyć. Zrobiła przewrót w tył i skoczyła na jego głowotułów wbijając broń w mózg. Martwy trup padł na ziemie, a ona ruszyła na następnego. Wykonując zwinny ruch przecięła skórę pajęczak. Wściekły rzucił się na nią. Schyliła się. Chciała nadejść na niego, ale wytracił jej broń z ręki wbijając je w drzewo. Upadła.
Wyciągnął zwinnym ruchem dwa krótkie miecze i odbijając się od oczu stwora wspiął się na gałąź. Portów chciał wejść za nim, ale w tedy wbił je mu pomiędzy oczy, zeskoczył robiąc salto w powietrzu. Zajął się następnym, nieco większym od drugiego. Stwór przewidywał każdy jego ruch. Musiał skupić się i uprzedzić go. Jakoś mu to nie wychodziło w pierwszych minutach walki, jednak później pająk myśląc, że wygra zmniejszył siłę. Popełnił największy błąd w sowim oślizgłym życiu. Skoczył na niego i krzyżując miecze odciął mu głowotułów od odwłoku. Poszedł na następnego uśmiechając się pod nosem widząc jak Uriel i Shapiro bronią swoich pleców nawzajem. Od razu kiedy ich tylko poznał wiedział, że będą razem.
Podniosła się z ledwością. Stała twardo. Nie miała broni. Do czasu. Widząc kamienie koło nogi zaczęła nimi rzucać w potwora. On zaczął cofać się, a ona mogła swobodnie dostać się do miecza.

Chwyciła go mocno za rękojeść. Odchyliła lewą nogę prostując i wysuwając do przodu, prawą natomiast ugięła a stopą zwróciła się w prawą stronę. Trzymając wyprostowany sztywno pionowo miecz w dłoniach czekała aż ją zaatakuje. Chciał rzucić się na nią, ale widząc odwróconego tyłem Legolasa popchnął go na drzewo. Pobiegł szykując się do zadania śmiertelnego ciosu, ale elfka naskoczyła na niego. Przewidując atak odrzucił ją do tyłu. Wykorzystując tę chwilę chciał wpuścić w nią jad, gdyż elf nie podniósł się. Myślał, że ma czas. Czułki były coraz bliżej, miało coraz mniej czasu, a tak jak zaplątała się w korzenie, tak nie mogła odplatać. W ostatniej chwili Zielony Liść (Legolas) zasłonił ją. Padł na ziemie. W tedy nadeszła pomoc. Walka nie trwała zbyt długo. Cielska niektórych pająków ruszały się jeszcze przez chwilę. Dziewczyna wyrwała się z „uścisku” korzeni i kucnęła przy przyjacielu. Patrzył na nią przez chwilę z uśmiechem. Ciemność „wchłonęła” go pozbawiając kontaktu z towarzyszami. Przerażona nie wiedziała co zrobić. Właśnie oddano za nią życie, kiedy to jej misja. To ona musi zginąć, nie on. Zwłaszcza on. Nie mógł, nie wybaczyłaby sobie tego. Przez swoja nieostrożność.
Thranduil podszedł do nich. Wybałuszył oczy.
 - Legolas – szepnął przerażony.
 - Gdzie Legolas? – zapytała rudowłosa elfka. Widząc całe zdarzenie stanęła przy królu.
 - To moja wina – szepnęła Alwina powoli wstając. – Trzeba go jak najszybciej przetransportować do Królestwa…
Siedziała przy nim kolejny dzień. Oddychał co oznaczało, że żyje. Czasem nawet drgał, a ona myśląc, że obudził się podrywała się z nadzieją z krzesła. Było tak za każdym razem. Miała nadzieje, której nie straciła przez dwa tygodnie. Nie mogła sobie tego wybaczyć. Gdyby tylko była bardziej ostrożna do niczego by nie doszło. Prawda? Wcześniej nie wiedziała czy to miłość, ale teraz była tego pewna. Kocha go i nie może pozwolić, żeby odszedł. Zmieniła mu okład na czoło. Starała się zbić mu temperaturę. Po części udało się. Zioła, które pomogły jej kończyły się. Mimo ich starań i tak wszystko zależało do niego. Czy będzie walczył. Jeśli podda się, to będzie koniec.
„Muszę odejść… Jeśli jeszcze coś mu się stanie przeze mnie… Nie może tak być. To ja mam zginąć. On nie ma prawa. Nie może…” – z zamyślenia wyrwał ją ruch elfa. Zaczął cały drgać, a na rozgrzanym czole pojawił się pot. Nie mogła nic zrobić. Uzdrowiciele również rozkładali ręce. Thranduilowi nie mogła spojrzeć w oczy. Dziwiła się, że i tak na nią nie nakrzyczał za to. Bezradna złapała go za dłoń przyciskając do piersi, nachyliła się nad nich i pocałowała w czoło trzymając na nim przez chwilę wargi. Po czasie uspokoił się. Thranduil widząc ruch syna chciał natychmiast wejść, ale widząc reakcje elfki stał w drzwiach patrząc na to. Gdy usiadła z powrotem, położył dłoń na jej ramieniu i uśmiechnął się.
 - Odpocznij – odwróciła się w jego stronę. - Nie śpisz już od dwóch tygodni – spojrzał jej w oczy. Ponownie przeniosła wzrok na Legolasa. – Zawołam cie gdy się obudzi. Obiecuję. A teraz idź, bo inaczej cie siłą wyniosę.
 - No dobrze – westchnęła ze zrezygnowaniem. Rzeczywiście była zmęczona, ale myśl, że Legolas może w każdej chwili odejść napawała ją strachem. Nie mogła na to pozwolić. Kiedyś nie miała niczego. Była skazana na samotność. Nie mogła odwiedzać przyjaciół mimo ogromnej ilości wolnego czasu. Dawne zauroczenie musiało jej natychmiast przejść przez co zerwała z nim kontakt na pewien czas. Otworzyła duże białe drzwi. Przez chwile przyglądała się złoceniom na nich. Gałęzie z kwiatami okalały smoka. Zamknęła drzwi. Dopiero teraz zauważyła, że jej pokój jest śnieżno biały ze złotymi elementami. Po lewej stornie było duże okno, wyjście na balkon i biurko. Naprzeciw niej stało duże łoże z ogromną ilością poduszek, starannie zaścielone bez żadnego zgniecenia. Po lewej stronie ogromna szafa i toaletka. Znajdowały się również drzwi. Domyśliła się, że to łazienka. Gdy je otworzyła nie mogła uwierzyć, w to co widzi. Na stoliku leżały suknie. Nie to było najlepsze. Na jednej była karteczka: „Należała do Twojej matki”. Wzięła delikatnie biały materiał w ręce. Nie chciał jej zniszczyć. Postanowiła, że założy ją na specjalna okazje, o ile takowa zdarzy się. Wróciła do pokoju. Położyła się i próbował zasnąć…

Poobijana z rozdartym brzuchem szła obijając się o drzewa. Nie mogła się poddać. Dopiero teraz do niej to dotarło. To by oznaczało, że przegrała.
Upadła.
Starał podnieść się. Za pierwszym razem udało się, ale przy następnych musiała jakoś czołgać się.
Znikąd podbiegła do niej banda orków, która zaczęła ją torturować. Ból fizyczny zastępował psychiczny. Czekała aż skończą lub też na swój koniec. Jedyną rzeczą, której żałowała było niewyznane uczucie wobec Legolasa. Elfka, która musi poświęcić się nie ma szansy na miłość. Za dużo poświeceń, wyrzeczeń, smutku i łez. Czasami nienawidzi życia. Inni mają to czego ona nie może. Ale czy to takie złe? W końcu jest wyjątkowa. Od niej zależy jak potoczy się kolejna walka o Śródziemnie. Tylko od niej. To Eru powierzył jej te misje. Nikomu innemu, a matka mogła cieszyć się dzieckiem. Dali jej mądrość, która dorównuje Galadrieli. Ma prorocze sny. Zna każdą historię patrząc istocie w oczy. Czego można chcieć więcej? Mogłoby wydawać się, że ma wszystko. Niestety. Jedno nie jest jej dane, miłość mężczyzny. Nigdy niczego więcej nie chciała. Tylko poczuć ciepło i miłość mężczyzny, z którym mogłaby spędzić resztę życia. Założyć białą suknie i wianek. Żyć choć przez chwile bez trosk. Mogłoby się zdawać, że to taka nie istotna rzecz. A jednak. Każdy chce być kochany i ważny dla kogoś, niezastąpionym. No, ale czasem życie toczy się inaczej.
Czuła jak jej siły słabną. Mimo, że była obdarzona wieloma darami, odczuwała to. Dobrze wiedziała, że to sen, ale nie podejrzewała, że może być aż tak realistyczny…
Patrzył na spokojną twarz Legolasa. Widok jak uspokoił się, gdy dziewczyna złapała go za rękę i pocałowała w czoło, uszczęśliwił go. Mogło to oznaczać, że coś do niej czuje, a to z kolei, że Tauriel z nim nie będzie. Ciężko jest wychować samotnie dziecko. Starał się jak mógł i z zadowoleniem mógł stwierdzić, że udało mu się. Może jako chłopiec nie zaznał miłości matki, ale nie wpłynęło to na niego zbytnio. Przynajmniej żywił taką nadzieje. Nie wiedział co mu siedzi w głowie, ale ich więzi polepszyły się. Bo od kiedy pojawiła się rudowłosa elfka wszystko zaczęło walić się. Gdy Legolas poruszył się król wyprostował się czekając na coś więcej. Otworzył po woli oczy co przyniosło ulgę władcy. Elf rozejrzał się po pomieszczeniu, po czym uśmiechnął się do ojca.
 - Bałem się o ciebie – szepnął zatroskany.
 - Nie mogłem dopuścić by odeszła – przyznał nieśmiało. – A gdzie – w sercu króla pojawiła się nadzieja – Tauriel? – zapytał zaniepokojony.
 - Była tu na krótko cztery razy w ciągu dwóch tygodni. Alwina cały czas siedziała przy tobie. Dopiero teraz przymusiłem ją by poszła odpocząć. Legolas milczał chwilę. Czyli to jednak nie był sen. Trzymała go za ręce tyle razy. Siedziała i pilnowała. Głupio mu było przyznać, że ojciec miał znowu rację.
 - Mogę do niej isć? – zapytał nie zważając na słowa ojca.
 - Dopiero położyła się, a po za tym słaby jesteś, a…
 - Proszę – przerwał mu. Przyglądał się uważnie twarzy syna. Wahał się czy dobrze robi. W końcu dziewczyna też potrzebuje odpoczynku, a on tym bardziej.
 - Choć – odrzekł po chwili. Pomógł mu wstać i zaprowadził go do jej komnaty. Uśmiechając się zostawił ich samych.
Siedział koło niej z uśmiechem. Wyglądała pięknie w białych poduszkach i błogim uśmiechem na twarzy. Wydała mu się jednak zbyt blada. I może dziwnie to brzmi, ale tak było. Podniósł koc z kołdry. Przeraził się. Na pościeli była ogromna plama krwi. Podniósł kołdrę. Zrobił się jeszcze bardziej blady.
 - Pomocy!- krzyczał bezradny. W pierwszej chwili nie wiedział co robić Patrzył na rozdarty brzuch dziewczyny jak głupi. Po chwili wstał pociągnął za białą firanę od okna i próbował zatamować krwotok. – Proszę! Alwina musisz żyć – powiedział przez łzy całując jej rękę. Jego pomoc okazała się bez skuteczna. Na jej ciele pojawiały się kolejne rany, a on przerażony patrzył na to. Każde zadrapanie zmieniało się w cięcie. Bał się, że straci ją nieodwracalnie. Chwycił jej twarz w dłonie i przyłożył usta do czoła prosząc Eru, żeby przeżyła.
 - Eru proszę, oszczędź ją. Musi żyć – podniósł oczy ku górze, a potem znów je przymknął. - Nie odchodź. Potrzebujemy cie. Ja cie potrzebuje – szepnął, a po jego policzkach poleciały łzy. Odsunął się. Do komnaty wbiegli uzdrowiciele. Odsunął się na bok. Patrzył no to. Nienawidził bezczynności. Dziewczyna otworzyła oczy i spojrzała na niego. Poczuła ulgę.
Żył.
To było najważniejsze.
Uzdrowiciele wyprosili go na zewnątrz. Chodził w te i z powrotem, spoglądając od czasu do czasu na twarz zmartwionego ojca. Nie potrafił wyjaśnić skąd brały się te wszystkie rany. Podejrzewał jedno, ale nie był pewien. Czekali do zmroku. Nikt nie wyszedł wiec zdenerwowany mimo próśb ojca wtargnął do środka.
 - Właśnie miałem wołać – ukłonił się lekko. Przetarł pot z czoła. – Ktoś panienkę przez sen nęka. Skutki były widoczne na jawie.
 - Już jej nic nie grozi? – zapytał patrząc na nią.
 - Raczej nie. Teraz musi odpocząć – ukłonił się lekko i wyszedł z komnaty, a za nim reszta. Thranduil stał przez chwile w drzwiach, ale zmęczony całym dniem poszedł do siebie. Zielony liść został sam. Usiadł przy jej łóżku i złapał ją za delikatną dłoń…
****
Wiem, wiem, dawno mnie nie było, ale jestem w trakcie kończenia dwóch blogów, więc będzie lepiej. Mam nadzieje, że podoba się i komentujcie proszę!! Przypominam, że możecie komentować anonimowo :).