piątek, 15 września 2017

Rozdział 33 – Krwawa Bitwa cz.I

W ciągu ostatnich dni do Fornost przybyły licznie sprzymierzone wojska miast i królestw Śródziemia, by stoczyć walkę o wolności i pokój, który miał szasnę na nieokreślony czas zapanować. Przywódcy swych armii byli świadomi tego, że ład i porządek, który miał zostać wywalczony, nie będzie trwał wiecznie po wsze czasy. W przyszłości miano stoczyć jeszcze wiele bitew, które będą warzyły istnieniu nie jednego królestwa. Wiedziano, że niektóre z nich mogą upaść, jednakże rzecz była warta podjęcia tego ryzyka. Wiele zależało od wyniku Krwawej Bitwy. Ostatniej bitwy, w której brały udział oddziały elfów.
Jako pierwsi do twierdzy, leżącej na terenie królestwa Arnor oraz na stokach Północnych Wzgórz, przybyły elfy w swych srebrnych zbrojach z Rivendell, na których czele stał Elrond. Władca pięknej osady Tajar z obawą zostawił pociechy opieką opiekunek. Niepokoiła go sytuacja, która coraz częściej miała miejsce, zwłaszcza bacząc na to, że były one udziałem dzieci. Często bowiem przyłapywał je na tym, że rozmawiały z powietrzem, uważając, że widzą rodziców. Alyaseldo zarzekał się, że nie kłamie i nie ma tak wybujałej wyobraźni jak siostra, która potrafiłaby to zmyślić czując tęsknotę względem swych rodziców. Uriel widząc nowo przybyłego, nie odstępowała go na krok, pytając o stan zdrowia dzieci. Elf podzielił się z nią i jej narzeczonym o dziwnych sytuacjach. Postępowanie dzieci oraz uporczywa wiara w to co widzą, wskazywały na to, iż była to prawda. Brązowowłosa elfka bała się, że dziwne spotkania z rodzicami, zwiastują ich śmierć. Mimo braku pokrewieństwa krwi, traktowała je, jak swe pociechy, mając na uwadze również to, że niedługo miała poślubić Shapiro. Pragnęła stworzyć rodzinę, na który wszyscy zasługiwali.

Wielu mężczyzn po długiej wędrówce, dotarło także z Bree. Ich zmęczone twarze były smagane smutkiem i determinacją. Widzieli bowiem, że to od nich samych zależy jaki los, spotka ich bliskich. Dezercja była hańbą, nie tylko dla dezertera, ale i dla całej rodziny do końca jej istnienie, zawsze ciążyło na niej piętno jednej osoby. Mimo, iż serca przybywających ciągnęły z powrotem do beztroskiego życia, odważnie kroczyli do przodu na stoczenie pojedynku ze śmiercią, która szczerzyła do nich swoje długie kły, zadowolona, że już wkrótce rozpocznie swe żniwa, zagarniając dla siebie ich życia. Była rad z prezentu, który sprawił jej los, posyłając młodych na pewne zatracenie. Rzadko kto, wydostawał się z jej zimnych i ciemnych objęć, odbierających ostatnie tchnie. Nie stała, jednakże ona po żadnej stronie. Nie pragnęła niczyjego zwycięstwa poza niej. Wiadomym było, że gdy pochłaniała duszę, nigdy jej już nie utraciła. Była pewna, że nie zależnie od wyniku Krwawej Bitwy, ona i tak wygra, ponieważ po za nią nie ma zwycięscy, który zwyciężyłby bez strat. Nigdy nie rozumiała jak ludzie mogą się cieszyć ze swej wygranej, wiedząc o stratach jakie na nich padły.
Następnymi wojskami, które przybyły do twierdzy, okazały się zastępy elfów z Mrocznej Puszczy, na których czele stał sam król – Thranduil. Władca czuł niewielki dyskomfort w prawym ramieniu, ponieważ tamtej nocy ugodziło go ostrze drugiego z napastników. Toczył z nim zaciekłą walkę. Niewątpliwie przegrałby, gdyby nie odwaga małej elfki, która wychyliwszy się spod łoża, rzuciła w mężczyznę pluszowym misiem. Wróg spłoszył się na ten gest i zanim oprzytomniał, został brutalnie pchnięty nożem przez swoją ofiarę. Był jednak rad z tego, że Lira została nietknięta. Sam nie wiedział, co by się stało, gdyby nie nocny lęk swej córki. Jedyne czego pragnął, przejeżdżając przez wielką bramę, to ujrzeć swego syna zdrów. Obawiał się, że go nie zastanie lub zobaczy go pokiereszowanego. Znalazł go pośród łuczników, ćwiczących swą celność. Poczuł dumę, widząc jak trzy strzały wbijają się w sam środek tarczy. Uśmiechnął się, zsiadając ze swego wierzchowca. Otworzył swe ramiona, spostrzegając kraczącemu ku niemu Legolasa. Oboje zakleszczyli się w silnym uścisku. Byli rad ze swego spotkania. Oboje długo rozmawiali o dzielnej Lirze, śmierci straży oraz nocnej napaści. W księciu zawrzała krew słuchając o poczynaniach sługusa Eliona, który panoszył się po ziemiach, jakby już należały do niego.




wtorek, 5 września 2017

Rozdział 32 – Naznaczenie

Słońce poczęło wschodzić zza horyzontu, okalając swymi promieniami Śródziemie. Przebijało się przez chmury, chcąc ponownie plątając spojrzeniem każdy kraniec. Najpierw powolnie z małym skutkiem, lecz w miarę upływu czasu, ognista kula niespiesznie podnosiła się coraz wyżej. Ciemny granat nieba rozbłysnął kolorami różku, błękitu, żółci, fioletu oraz pomarańczu. Barwy chmur zmieniały się wraz z nim, tworząc coraz to nowe odcienie. Wszystko wyglądało bardzo majestatycznie. Jakby anioły malowały misternie pędzlami, dbając o każdy skrawek swego płótna. Kwiaty poczęły ponownie otwierać swe pąki, ukazując piękno i wdzięk swoich płatków, zasypując łąki kolorowym dywanem. Wraz z kwiatami budziły się do życia owady, które biorąc się do pracy, przelatywały z kwiatka na kwiatek. Co jakiś czas płoszyły je zbudzone zwierzęta, które przechadzały się pośród gęstych traw, skubiąc ja co chwilę.
Patrząc z góry, widniała Zielona Ścieżka, porośnięta z każdej strony drzewami. Większością wśród nich były dęby, jednak wraz z jej rozwidleniem (jednym w lewo prowadzącym do Buckland, natomiast drugim w prawo do Bree), pojawiły się o wiele młodsze, drzewa owocowe. Pomiędzy nimi chodziły zwierzęta, konsumując opadłe jabłka i gruszki. Wraz z owym rozwidleniem, łańcuch utworzony z dębów dobiegł końca, jakby zabrakło sadzonek na dalszą drogę. Prawda była jednak inna. Ojciec Mentisa, kazał je zasadzić, by tworzyły znak, że miasto, w którym władał miało się niebawem pojawić i ugościć w swych murach.
Lecieli nad rozciągającymi się łąkami i wzgórzami. Teren stawał się coraz bardziej górzysty, nad którym osiadła mgła, uniemożliwiająca widoczność. Wkrótce na horyzoncie pojawiły się pierwszy zarys szczytów. Z daleka wydawały się małe i nie tak potężne, jak w rzeczywistości, jakby małe dziecko usypało górkę ciemnego piasku. Obraz ten wydawał się bardzo pozorny, o czym wkrótce mogło się przekonać. „Górka piasku” przeobraziła się w duże i potężne góry z ostrymi szczytami.
Patrząc na ten widok, poczuła bolesne ukłucie, które z każdą minuta stawało się coraz mocniejsze. Z całych sił powstrzymywała się przed zwinięciem się w „kłębek”. Trzymałą się kurczowo, próbując nie myśleć o przeszywającym jej ciało bólu. Wciągnęła gwałtownie powietrze, tłamsząc w sobie krzyk.
 - Ląduj, błagam – syknęła błagalnie.
Zdezorientowany orzeł obniżył swój lot, próbując znaleźć miejsce, by móc swobodnie wylądować. Zaniepokoił się zachowaniem swojej towarzyszki, jednak postanowił wykonać jej błagalna prośbę. Przeszukiwał teren swoim dokładnym wzrokiem. Każde z miejsc, które dostrzegał, okazywało się nie wygodnym. Po paru minutach, słysząc głośny jęk, wydobywający się z jej ust, postanowił bezzwłocznie lądować. Skierował swój dziób w stronę ziemi, machając raz po raz skrzydłami. Przyspieszył, czując jak kobieta powoli ześlizguje się z jego grzbietu. Nie mógł pozwolić na to, by coś się jej stało. Skupił swój wzrok na łąkę, która była jego celem. Zniżając swój lot coraz niżej, próbował pomóc utrzymać jej równowagę. Wiedział, że upadek z tak wysoka grozi jej pewna śmiercią. Kobieta czuła jak ktoś próbuje zawładnąć jej ciałem. Krzyknęła, kuląc się na prawą stronę. Próbując trzymać się mocno orła, zamknęła oczy. Ból rozdzierał jej klatkę piersiową, serce i piekł w płuca. Z całych sił, próbowała walczyć o życie, lecz wzięcie głębszego oddechu było niemożliwe. Wiedziała, że nie może się poddać, kiedy już prawie wypełniła swoją przepowiednie.
 - Świeć gwiazdeczko ma – jęknęła, próbując uśmierzyć ból – Rozjaśnij drogi me/Zaprowadź tam gdzie/chcesz bym udała się/Jestem tu, spójrz tu/Czy widzisz kruchą mnie?/Czekam na Ciebie. Prowadź tam gdzie chcesz/Do jaśnistych twych/W niebiosach bram [i]– załkała, nie mogąc znieść bólu.
Czując jak traci swe siły, puściła się grzbietu swego towarzysza, upadając na ziemię. Legła na plecach, prężąc się jak struna. Walczyła z ciemnością, która chciała opanować jej duszę i ciało. Widziała przed oczyma pędzącą ciemność na swych czarnych koniach, które rżały. Ziemia trzęsła się pod ich ciężkimi kopytami, tak że kamienie podskakiwały nad ziemi, jak skaczące na łóżku dzieci. Patrzyła na nich z przerażaniem. Nie wyobrażała sobie takiego końca. Bez namysłu postanowiła im uciec, czołgając się po trawiastym podłożu. Obdzierała sobie łokcie i koszulę chcąc znaleźć się w bezpiecznym miejscu. Płakała, próbując zapomnieć o bólu. Czuła oddech ciemności na swoim karku. Podjęła decyzję. Wyjęła z bólem miecz ze swej pochwy, ustawiając się w swojej pozycji. Rozwarła szeroko oczy, powiększając źrenice. Byli tuż przy niej. Przygryzała trzęsąco się dolną wargę, próbując wyzbyć się strachu jaki odczuwała. Nie powinna się bać, jednakże świadomość tego co miało się za chwile stać, przerażała. Patrzyła na pędzące koniec, które ją otoczyły.
 - To nie możliwe, one nie żyję. Zabito je – mówiła sama do siebie.
Analizowała wzrokiem postacie w czarnych obszarpanych szatach. Podczas wojny o pierścień zastanawiała się jak wyglądają ich twarze, jednak nigdy ich nie dostrzegła. Zdawała sobie sprawę, że byli oni niegdyś władcami ludzi, pragnącymi władzy, którzy zostali zniewoleni przez Saurona, który dzięki ich dziewięciu pierścieniom władzy, przemienił je w bezwzględne oraz pozbawione własnej woli stworzenia. Starła się stronić od nich, co przychodziło jej z niemałą łatwością. Czy pragnęła czy też nie, czekała na nią śmierć. Rzuciła się na oślep na jednego z nich, raniąc swym ostrzem jego konia. Zwierzę zawyło z przerażenia i bólu, spowodowanego pulsującą raną. Stanęło dęba, chcąc jak najszybciej uciec. Nazgûl dopadłszy swego miecza, skrzyżował klingi z księżniczką. Odepchnął ją z siła, tak, że opadła na plecy. Patrzyła z przerażeniem jak jeden z trzech Czarnych Jeźdźców, trzyma ostrze przy szyi Legolasa.
 - Nie pozwolę wam! – wrzasnęła z determinacją. – Już raz was zgładzono – wstawszy na nogi, przygotowała się do kolejnego ataku.
Wiedziała, że Czarny Jeździec śmieje się jej w twarz. Książę patrzył na nią przerażonym wzrokiem, nie wiedząc co zrobić. Jej oddech przyspieszył, kiedy klinga miecza znalazła się tuż przy jego gardle. Rzuciła się pędem do ataku. Było już za późno. Nazgûl przeszył jego krtań. Zachłysnęła się powietrzem, widząc szkarłatną ciesz spływając po jego skórze i ubraniu. Upadła na ziemie, wstrzymując oddech. Zabił go. Zabił. Legolas został zabity. Z jej piersi wydostał się krzyk rozpaczy, a z oczu toczyły się łzy.

Wiedziała, że Czarny Jeździec śmieje się jej w twarz. Książę patrzył na nią przerażonym wzrokiem, nie wiedząc co zrobić. Jej oddech przyspieszył, kiedy klinga miecza znalazła się tuż przy jego gardle. Rzuciła się pędem do ataku. Było już za późno. Nazgûl przeszył jego krtań. Zachłysnęła się powietrzem, widząc szkarłatną ciesz spływając po jego skórze i ubraniu. Upadła na ziemie, wstrzymując oddech. Zabił go. Zabił. Legolas został zabity. Z jej piersi wydostał się krzyk rozpaczy, a z oczu toczyły się łzy.
Patrzyli na nią z przerażeniem w oczach, kiedy rzucała się na ziemi i uciekała, czołgając się. Kobieta toczyła walkę z powietrzem, miotając się na wszystkie strony. Bojące się o życie orły, wzniosły się ku niebu, krążąc nad nimi i obserwując całe zajście. Zaniepokoiły się jej zachowaniem, co wywołało u nich wątpliwości, czy dobrze robią pomagając dostać się im do Fornost. Widząc jak upada na kolana, książę pobiegł do niej, zakleszczając w mocnym uścisku, uniemożliwiającym jej ruch rękoma.
 - Zbiliście go! – wrzasnęła poprzez łzy. – Zabiliście! Legolasie– jęknęła.
 - Legolasie, trzymaj ją – Gandalf chwycił jej dłoń, podwijając rękaw białej koszuli.
 - Alwino, jestem tutaj – szepnął do jej ucha. – Jestem.
Kobieta próbowała wyrwać się z żelaznego uścisku, lecz jej starania na nic się zdały.. Czarny Jeździec okazał się nazbyt krzepki. Drugi z nich począł podwijać jej biały rękaw koszuli. Z każdym jego ruchem, bała się coraz bardziej. Z cały sił starała się, nie patrzeć na martwe ciało przyjaciela. Zamknęła oczy, czekając na nadchodzącą śmierć. Miała nadzieję, że taki obrót sprawy nie zaważy na losach Krwawej Bitwy. Czyż nie miała polec z rękę swego wroga? Zacisnęła usta w wąską linie.
 - Tak myślałem. Została naznaczona znakiem węża – zmarszczył brwi Gandalf. – Muszę się go jak najszybciej pozbyć. Jeżeli zostanie zabita w swoim umyśle, polegnie i tu.
Wziąwszy swój kostur dotknął nim naznaczenia w postaci węża. Zamknął oczy, wypowiadając słowa znane tylko jemu. Blondynka krzyczała z bólu, próbując się wyrwać. Nabierała łapczywie powietrze, chcąc załagodzić ból, lecz na nic się to zdało. Błagała o śmierć, nie potrafiła znieść tysiąca ostrzy przeszywających jej serce. Nie mając siły, poddała się mrokowi. Jej głowa bezwładnie opdała do przodu. Uśmiechnęła się, czując ciepło. Uchyliła powieki, nie wiedząc co się dzieje. Widziała jak ciemność odstępuje, a otula ją wszędobylska jasność. Zamknęła oczy, czując jak miękną jej kolana. Upadłaby, gdyby nie silne ramiona otulające jaj talię.
 - Żyjesz – szepnęła, tuląc się niego. – Widziałam jak Nazgûl przeszył twoją krtań – dotknęła opuszkami jego policzek, by utwierdzić się w przekonaniu, że to naprawdę on.
Uśmiechnęła się do przyjaciółki z wdzięcznością, gdy ta dała jej pić. Zamknęła oczy, wyczerpana. Pragnęła zasnąć, była taka słaba. Czuła się bezpiecznie w otoczeniu przyjaciół i jego objęciach. Wypuściła ze świstem powietrze, zasypiając. Zaniepokojona Uriel spojrzała na Gandalfa, jednak ten uśmiechnął się tylko, dając jej do zrozumienia, że właśnie tego teraz potrzebuje najbardziej.

Wraz z minięciem dwóch godzin, byli gotowi do dalszej podróży. Wznieśli się wysoko, ponad ziemię, otoczeni pierwszą warstwą chmur. Lecąc nad Południowymi Wzgórzami podziwiali piękne jezioro o kolistej budowie z przejrzystą wodą i otoczone zielonymi trawami i skałami. Lecąc nad nim ujrzeli w tafli wody odbicie nieba, które wyglądało jak przejście do nieznanej krainy, jakby pod wodą czekało kolejne nieodkryte jeszcze przez nikogo królestwo. Tuż za wzgórzami dostrzegli w oddali miasto, które z każdą chwilą stawało się coraz większe, aż w końcu mogli podziewać je w całej okazałości. Bree było piękne, ale opustoszało przez zbliżającą się wojnę. Lecąc nad nim mogli dostrzec żegnające się żony, siostry i dzieci z ich mężami, ojcami oraz braćmi. Pośród nich panowało wielkie poruszenie. Nie jedni płakali nad swym losem, nie wiedząc, czy zdołają kiedyś zobaczyć swoją rodzinę. Widowisko było bardzo przygnębiające, tylko człowiek z sercem zatwardziałym, przeszedłby obojętnie obok tylu łez i pożegnań. Kiedy wreszcie minęli miasto, mogli dostrzec pochód składający się ze zbrojnych mężczyzn. Niejeden z nich nie trzymał nigdy broni, a w krótce miał walczył o życie swoich bliskich. Teraz jednak, musieli zmierzyć się z tą trudną do przyjęcia prawdą. Patrzyli na ziemię, która już niedługo miała zostać zalana przez szkarłatną oraz czarną posoką. Ziemię, która stanie się udziałem Krwawej Bitwy, wysysającej życie z żywych ciał. Wojny od zawsze pochłaniały wszystko, nie patrząc na skutki i emocje. Zagarniała wszystko, czego zapragnęła, nie oddając niczego w zamian. Zostawiała po sobie czarny ślad, przypominając, że wróci i być może z dwojoną lub czterokrotna siłą. Śródziemie stawało się po woli ziemią ludzi, co oznaczało, że czeka je jeszcze nie jedna bitwa i wojna.
Na horyzoncie zamajaczyła pierwsze wierze i dwa ogromne posągi umieszczone po obu stronach bramy wjazdowej, przedstawiające konie ze swymi jeźdźcami, którzy dzierżyli w dłoniach broń. Z oddali zdało się to wyglądać znikomo majestatycznie. Jednak ten, kto zdołali podziwiać twierdzę w całej swej okazałości (co miało im przypaść w krótkim czasie), widzieli pałającą od niej potęgę oraz majestat. Jej mury stawały się dla drużyny coraz wyraźniejsze. Dostrzegli wyskokową wierzę, znajdującą się w jej centrum. Tuż przed samą bramą, orły postanowiły władować na ziemi. Przyjaciele zszedłszy z nich, zgodnie ukłonili się im, dziękując za pomoc. Majestatyczne stworzenia nie zostały im dłużne – pochwaliwszy głowy, odleciały pospiesznie.
Przeszli przez mur grubości czterech metrów. Ku ich zdziwieniu żelazna krata była podniesiona, a drewniane wrota otwarte na oścież, jakby czekały na kolejnych przybywających. Przechodząc przez nie, znaleźli się głównym placu, gdzie trwały gorączkowe przygotowania do zbrojnego starcia. Kowale w pośpiechu kuli podkowy dla koni, które miały stać się udziałem walki o pokój i wolność, choć los niechybnie przeznaczyła dla większości z nich, śmierć. Mężczyźni poganiali swych pomocników, bojąc się, że nie zdąż na czas. Stajenni, trzymając zniecierpliwione wierzchowce, pomagali je podkuwać. Mężczyźni zdolni do walki, ćwiczyli pchnięcia, a łucznicy zwinność strzelania w sam środek tarczy. Inni natomiast przemierzali zbroję, by znaleźć odpowiednią i wygodną.
 - Witam, przyjaciele – podszedł do nich uśmiechnięty Eldarion. – Oczekujemy was w sali, gdzie odbywają się obrady – wskazał, by ruszyli za nim. – Wybaczcie ten pośpiech, jednakże jest on jak najbardziej wskazany.
Prowadzeni przez syna Aragorna, podziwiali potęgę twierdzy. Patrzyli na główny budynek z wysoką wierzą. To właśnie w nim podejmowano najważniejsze decyzję dotyczące samej twierdzy jak i w tamtym czasie, Krwawej Bitwy. Jego korytarze były puste. Nie zawieszono na jego ścianach żadnych obrazów przedstawiających twierdzę. Ich szarość przełamywało światło, wpadające przez średniej wielkości okna, które znajdowały się od siebie w odległości pięciu metrów. W końcu po długiej wędrówce stanęli przed drewnianymi drzewami z półokrągłą górą. Po obu stronach stały dwie złote zbroje, jakby pilnujące wejścia. Młody następca tronu, otworzył je wprowadzając swych gości do dużej przestronnej sali, której ścinany były pokryte mapami oraz obrazami. Wzrok mężczyzn spoczywający na mapie, uniósł się na nowoprzybyłych.
 - Chciałbym wam przedstawić Gandalfa Białego, Uriel i Shapiro, Legolasa – Ksiecia Leśnego Królestwa, Luthiasa, Gimli’iego oraz Alwinę, Smoczą Księżniczkę – wskazywał na nich kolejno. – Przenoszą nam strategię, o którą poprosiliśmy Mentisa. – Mężczyźni skinęli głowami.
 - Proszę ją przedstawić – podjął jeden z nich.
 - Postanowiliśmy wspólnie – podjął Luthias – że każda strona warownego muru przypadnie każdemu królestwu. Północy mur zajmie Mroczna Puszcza, wschodni Rivendell, zachodni Gondor natomiast południowy Tharbad. Każdy z wytypowanych jest w posiadaniu rogu. Ich dźwięki różnią się od siebie, więc w ten sposób, będziemy wiedzieć z wyprzedzeniem, z której strony nadejdzie atak wroga.
 - Ponadto – wtrącił Gandalf – część swych wojsk rozdysponujemy na Północne i Południowe Wzgórza – przesunął dwa pionki na mapie w ich kierunku. – Zyskamy mniejszą siłę natarcia na twierdzę.
 - Pozostała część wojsk, podzielimy na dwa odziały. Jeden będzie znajdował się w, natomiast drugi po za murami Fornost – przypomniał Legolas.
 - Wasza strategia wydaje się być logiczna – zauważył rosły mężczyzną o posiwiałych włosach. – Jednakże obawiam się, że liczba naszych wojsk, nie jest wystarczająca.

Patrzył na dwójkę bawiących się dzieci, siedząc na misternie zdobionej, kamiennej ławce. Odkąd Nivis wyruszyła z Rivendell, jej latorośle znacznie urosły. Córka elfki często pytała o matkę, jednakże Elrond nie miał serca mówić im okrutnej prawdy. Postanowił, że uczyni to Uriel, jako ich prawowita opiekunka. Mała odziedziczyła urodę po matce, będąc do niej bardzo podobna. Nie potrafiła patrzeć, jak jej bart rozdeptuje robaki i znęca się nad nimi. Starała się każde z nich ratować. Nie zawsze przyszło jej zostać wybawicielką. Każde zwłoki owada, grzebała w ogródku, pośród kwiatów. Uśmiechnął się, widząc jak poprawia swoją błękitną sukienkę, by móc wziąć lalkę na rączki. Kątem oka zauważył, jednak jej buntowniczego brata, który dzierżąc drewniany mieczyk w dłoni, miał zamiar zabić zabawkę. Rzeczywiście tak się stało. Alyaseldo wbił końcówkę miecz w sam środek lalki, śmiejąc się tym samym do siostry. Ellir zapłakana odepchnęła brata, tuląc ją do siebie. Podniosła załzawione oczka, pokazując wyrządzoną jej krzywdę.
 - Mamusiu – pisnęła – on zabił Isil – przetarla dłonią oczka.
 - Ellir, nie ma tu mamy – zaniepokojony Elrond kucnął przy dziecku, obejmując je ramieniem.
 - Plzeciez tam stoi – wskazała paluszkiem w pustkę.
 - Pseplaszam, muse na kimś ćwicyć – burknął niezadowolony chłopiec, spuszczając głowę.
Elf patrzył na nie, niezrozumiałym wzrokiem. Bał się, że jeden ze służących mógł dosypać im czegoś, chociażby do ulubionego soku z jabłek. Rozejrzał się po ogrodzie w poszukiwaniu obserwatora, jednakże nikogo poza nimi nie dostrzegł. Wziął dziewczynkę na ręce, podając lalkę.
 - Alyaseldo, przyjdź do mnie – wyciągnął w jego stronę dłoń, którą chłopiec chwycił. – Wracamy do środka – zmarszczył brwi.
 - Kocham cie, mamusiu – dziewczynka pomachała, zza pleców swego wuja. – Ciebie tez tatusiu – ułożyła główkę na ramieniu elfa, ziewając.

               Patrzyła na północne wzgórza, ciesząc się ciszą. Nocą ich majestat wydawał się jeszcze większy, kiedy gwiazdy górowały na nieboskłonie wraz z księżycem, który odbijał światło, oświetlając nieznacznie ziemię. Moment śmierci wydawał się znacznie odleglejszy, podziwiając piękno i tajemniczość Matki Natury. Starała się, nigdy sobie go nie wyobrażać, by jej strach nie rósł. Nie mogła się wycofać, bądź stchórzyć i przyczynić się tym razem do śmierci niewinnych osób. Jej wyobraźnia jednak dała górę. Przełknęła ślinę, wyobrażając sobie, jak ostrze przyszywa jej ciało na wylot. Obraz krwi, plamiący jej i tak brudna koszulę i palący wzrok wroga, spowodował bolesny dreszcz przeszywający jej ciało. Westchnęła cicho, podpierając się z tyłu rękami. Żałowała, że nie podzieliła się swoimi uczuciami z blondwłosym elfem, który nadal czekał na jej dopowiedź.
 - Pięknie, prawda? – zapytał, dosiadający się Legolas.
 - Tak. Żałuję, że niszczycielska wojna, zniszczy to, co powstawało przez wiele lat.
Trwali w milczeniu, wpatrując się przed siebie. Oboje zlęknieni wykonać pierwszy ruch, który mógł wszystko zapoczątkować. Wydawałoby się, jakby gwiazdy chcąc dodać im odwagi, poczęły jaśniej skrzyć. Wierząc, że dodadzą im w ten sposób odwagi. Położył dłoń na jej, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Kobieta spojrzała niepewnie na ich splecione palce. Przysnęła się bliżej, kładąc głowę na jego ramieniu. Książę, jakby czytając w jej myślach, objął ją.
 - Będę tęsknił – wyznał.
Podniosła głowę, patrząc mu w oczy. Próbowała wyczytać z nich jakiekolwiek uczucia. Dostrzegła w nich strach, determinacje i… miłość. Uśmiechnęła się, kiedy nachylił się w jej stronę tak, że ocierali się nosami. Była świadoma, dokąd dąży jego zachowanie. Chciała tego. Przymknęła oczy, czując jego ciepłe wargi na swoich. Położyła rękę na jego policzku, czując przyjemne mrowienie.
 - Amin mela lle, Alwino (Kocham cię, Alwino) – szepnął, opierając swoje czoło o jej.
 - Lle vesta? (Przysiegasz?)
Uśmiechnął się, całując ją ponownie. Pragnął odłożyć chwilę jej śmierci choć na chwilę w zapomnienie. Widział, jak cierpiał jego ojciec po tracie matki i choć nie był na to gotowy, nie potrafił nie wyznać jej uczuć, kiedy miała odejść na zawsze.
 - Amin mela lle, Legolas.


[i]Chronione prawami autorskimi

Cześć i czołem!
Tak, wiem, wiem... Zawaliłam sprawę z dwoma ostatnimi scenami. No cóż, jak już zacznę poprawiać tę historię, postaram się bardziej. Mam taką nadzieję.
Postanowiłam, że zrobię, jednak tylko jeszcze jeden rozdział (33) i epilog.
Pozdrawiam!
Do zobaczenia!

czwartek, 10 sierpnia 2017

Rozdział 31 – Nadciąga ciemność

Podniósł się zdenerwowany ze swego tronu. Od jego oblicza pała wściekłość. Przechadzał się po komnacie, karcąc w myślach wszystkich swych poddanych. Nieudacznicy! Plugastwa! Nie potrafią niczego dobrze wykonać! Czego się spodziewałem, po tych starcach! Żaden z nich nie zasługuje na miano mędrca! Kazałbym przygotować dla nich szubienice, jednakże mogą być te stare próchna do czegoś przydatne. Znają się na mapach i starych strategiach, o których nikt już nie pamięta. Tak… To potrafią! Jednakże, kiedy byliśmy w posiadaniu Palantíra, niczego nie wiedzieli! Każe ich wszystkich powiesić, kiedy już zasiądę na tronie Śródziemia. Toron również jest do niczego! Miał ją złapać! Żałuje, że nie wykonałem tego zadania sam. Leżałaby teraz w lochach i gniła. Już wkrótce mrok, rozleje się po wszystkich zakątkach zmieni. Nadciąga ciemność. Rozwścieczony, cisnął złotym świecznikiem w ścianę. Złożywszy ręce z tyłu, począł na nowo krążyć. Przystanął przed herbem znienawidzonego rodu, patrząc na niego z pogardą. Miał za złe swojemu pradziadowi to, że w tak szybkim tempie wyssał ze Smoczego Królestwa życie. To przysporzyło jego ojcu, wielu utrapień związanych ze znalezieniem blondwłosego plugastwa. Chciał pojąć ją za żonę, ale nikt nie wiedział, gdzie się ona znajduje. Podszedł do stołu, odkładając na nim koronę. Upił łyk wina, przyglądając się swojemu pierścieniowi. Napawał się dumą, gdy wpatrywał się w wizerunek węża. Pamiętał jak udusił on, a potem pożarł jednego z latających ścierw. Odkroił kawałek kromki chleba, grubo posmarowanej miodem. Odwracając się z powrotem w stronę herbu, rzucił w niego ostrzem. Brzeszczot wbił się w pierś smoka. Zaśmiał się gromko, mając w pamięci tchnienie ostatniego smoka. Pałał dumą ze swego czynu. Wrzask potwora, poprawił mu tamtego dnia humor. Mężczyzna był pewny swej wygranej. Posiadał w zanadrzu broń, której nikt - jak sądził, nie mógł pokonać. Pragnął widzieć śmierć wroga, ponoszoną za sprawą jego armii, o której nikt po za nim i kilku zaufanych podwładnych, nie wiedział. Uśmiechnął się w duchu ze swego podstępu.
Drzwi niespodziewanie stanęły otworem, a zza nich wyłoniła się postać, jednego z głównych dowódców. Mężczyzna ukłonił się, pozostając w tej pozycji.
 - Królu – zaczął niepewnie – rozkaz został wykonany.
 - Zatem, czas rozpocząć egzekucje tych wieśniaków – zaśmiał się skrzekliwie.
Na niebie zebrały się czarne chmury, zwiastujące rychłą burzę. Panująca szarość i mrok, zagęszczały panującą atmosferę. Wiatr, który się zerwał, przeganiał słomę oraz kołysał wiszące sznury. Ich grubość wprawiała w lęk. Kruki, obserwując tłoczący się na dziedzińcu lud, krążyły nad nimi. Czekały w milczeniu na swoją część obiadu. Otwarte z hukiem, z prawej strony drzwi, omal nie wyleciały z zawiasów. Na placu wywołało to szmer i ogólne poruszenie. Szli zakuci w łańcuchy, podnosząc dumnie głowy. Nie żałowali ani jednej ze swoich decyzji. Każdy z nich postąpiłby ponownie tak samo, gdyby zdarzyła się ku temu sposobność. Wierzyli w wolność i sprawiedliwe panowanie. Wiedzieli jednak, że niewielu z ich ludu, zdoła się zdobyć na taki heroizm, jakim oni zasłynęli. Wręcz przeciwnie. Niektórzy z nich, uparcie powtarzali o hojnej dobroci Elion’a, zaćmieni przez szerzącą się przez niego propagandę. Wkroczyli dumnie na podest, będący ich ostatnim wspomnieniem. Uśmiechali się do wpatrującego się w nich tłumu. Pragnęli zostać wzorem dla przyszłych młodych pokoleń.
Rozradowany Elion, stanął przy balustradzie tarasu. Widział przerażenie w oczach motłochu, który musiał znosić. Stanowili oni dla niego społeczność, służącą do wyzyskiwania.
 - Niech to będzie przestrogą dla wszystkich – wskazał na więźniów, którym zakładano stryczki – którzy ośmielą przeciwstawić się mnie, waszemu panu i królowi. Dbam o was, poświęcam całe dnie, by rozwijać nasze królestwo! Oni! – krzyknął, wskazując na jednego z nich. – Ośmielili się przeciwstawić! Działali przeciw naszej społeczności! Spiskowali i zakłócali spokój waszego życia! Stając tym samym w szeregach wroga – dodał ciszej z powagą. – Moje dobre serce, ułaskawiłoby ich lecz… wiem, że tylko będzie w stanie ich powstrzymać przed szerzeniem oszczerstw – spuścił wzrok, słysząc przychylne głosy ludu. – Powiesić! – krzyknął ostro.
Przestraszone ptaki, popadły w panikę, wpadając na siebie.
 - Chwała Smoczej Księżniczce! Chwała jej królestwu! – krzyknęli skazańcy jednym tchem.
Klapa opadła, a ich ciała zawisły na grubych sznurach. Ostatkami sił, próbowali wciągnąć powietrze do płuc. Marzyli o takiej śmierci, więc witali ją z szeroko otwartymi ramionami. Wierzyli, że to śmierć honorowa. Wkrótce martwe ciała wisiały bez życia, trzymane przez sznur. W tłumie dało się słyszeć szloch matek, żon i dzieci. Płakali nad okrutnym losem, który spadł na rodzinę. Wielu z nich było jedynymi mężami w domach. Od tamtej pory, kobiety musiały poradzić sobie same. Wiedziały, że nie mogą liczyć na pomoc Eliona, który w rzeczywistości nie zważał na potrzeby ludu. Niejednokrotnie samotne matki, wdowy opuszczały wraz z dziećmi rodzinny dom, podążając ku nowemu życiu. To samo, a więc czekało i je. Plac powoli pustoszał, a w tedy pozostały tylko one i ciała ich mężów, braci i ojców.

               Półmrok otulił las. Przez gęste korony drzew przedzierały się nikłe, odbijane przez księżyc promienie. Zapadła cisza, przerywana przez pojedyncze odgłosy. Wiatr kołysał liściaste gałęzie. Szum lasu dało się słychać już przed nim. Mimo iż zapadła noc, puszcza nie przestawał tętnić życiem. Zwierzęta uśpione w dzień, budziły się do życia. Młoda lisica wyszła z nory, zwabiona szelestem opadłych liści. Trochę przygarbiona, nastawiła uszu i wytężyła wzrok. Zauważyła. Nieopodal grasował szczur. Zbyt zajęta poszukiwaniem jedzenia, nie zważała na niebezpieczeństwa. Lisica skradając się, przystanęła na tyle blisko, by móc w każdej chwili skoczyć. Wyczekiwała cierpliwie momentu, który byłby odpowiedni do ataku. Przygotowała swe ciało do sprężystego skoku, nie spuszczając wzroku ze zdobyczy. Czekała, aż podejdzie bliżej. Ku nieszczęściu gryzonia, przysunął się w stronę drapieżnika. Lisica skoczyła ku niemu, by po chwili, trzymać go w pysku. Całe zdarzenie obserwował stary puchacz, którego ubiegł drapieżca. Niezadowolony, wrócił do wypatrywania swojej kolejnej ofiary. Ptak począł cicho pohukiwać. Wiedział, że prędko, nie wypatrzy swojej ofiary. Mrugnął swoimi oczyma, rozglądając się na boki. W oddali dostrzegł borsuka, który również poszukiwał pożywienia. Jego głównym celem były ślimaki i dżdżownice. Zwierzę węszyło z nosem przystawionym do ziemi. Lecz, jakby nagle spłoszone, poczęło uciekać w kierunku, z którego przyszedł.
Nie uszło to uwadze wartowników, patrolujących teren. Siła straży patrolujących, została potrojona ze względu na zwiększone niebezpieczeństwo. Cisza panująca wokół nich, pozwoliła im bardziej wyostrzyć słuch. Ruszyli w stronę dobiegającego hałasu. Poruszali się bezszelestnie, nie chcąc zdradzić swej obecności. Wiedzieli, że od ich starań, zależy życie mieszkańców królestwa. Przechodzili pomiędzy drzewami, wypatrując epicentrum hałasu. Zauważywszy borsuka, odetchnęli z ulgą. Uśmiechnęli się do siebie pocieszająco. Żaden z nich nie chciał tracić życia. Mieli swoje rodziny. Wiedzieli, że dzieci czekają, aż wrócą nad ranem do domu, by błagać ich o zabawę. A oni? Po długich namowach, znów ulegną urokowi mały istot.
Dwie strzały z czarno-białymi lotkami, wbiły się w jeszcze żywe ciała. Ich źrenice rozszerzyły się. Zdezorientowani, wstrzymali oddech. Runęli na ziemię, trzęsąc się w ostatnich konwulsjach, będą w objęciach śmierci. Uśmiechając się do białych trupów, ruszyli w stronę bramy. Upewniwszy się, że nikogo przy niej nie ma, przeszli przez nią radując swe skamieniałe serca. Dobrze znali każdy zakamarek pałacu. Długo przygotowywali się do powierzonego mi zadania. Wiedzieli, że misja zakończona niepowodzeniem, równa się z ich śmiercią. Natomiast, taka śmierć równała się z hańbą, która nie tylko okryłaby ich, ale i cały dom. Mimo, iż rodziny często namawiały swych bliskich do ucieczki, oni pragnęli pozostać wierni swemu królowi. W końcu stanęli po obu stronach drzwi sypialnianych. Porozumiewawczo skinęli do siebie głowami, pchając delikatnie drzwi z obawy przed skrzypnięciem. Wkroczyli do komnaty, zastając puste łoże.
Otulał ją ramieniem, chcąc by zasnęła. Mała elfka, obudziła go krzykiem w środku nocy. Śnił się jej koszmar. Niepokoił go jej stań, gdyż takie pobudki w nocy, stawały się coraz częstsze. Niejednokrotnie pytał córkę, czy boi się czegoś. Ona nie potrafiła, jednak odpowiedzieć na to pytanie. Było jej przykro, że budził się w nocy przez jej koszmary. Wiedziała jednakże, że jego obecność odgoni te sny. Uśmiechnął się, czując jak jej mała rączka, obejmuje go mocniej. Ucałowawszy jej głowę, przymknął oczy. Nie potrafił zasnąć. Wytężył słuch, chcąc się upewnić, czy jego obawy maja rzeczywiste potwierdzenie. Wstrzymał powietrze w płucach, słysząc kroki na korytarzu. Zbudził Lirę, pokazując by zachowała spokój. Wyciągnąwszy dwa długie sztylety spod jej łoża, pokazał jej gestem ręki, by się tam schowała. Sam przywarł plecami do ściany, stając blisko drzwi. Serce biło mu w niewyobrażalnym tępię, mając przed oczami obraz martwej dziewczynki. Jeżeli jego obawy miały się spełnić, oznaczało to śmierć jego straży. Przymknął oczy, słysząc kroki tuż pod drzwiami. Widząc, jak się one otwierają, przygotował się do ataku.
Do pomieszczenia wkroczyło dwóch rosłych mężczyzn. Ciała tych zabójców, pokrywała jasna, cienka zbrojna. Na ich piersiach gościł wizerunek czarnego węża z białym okiem i wystającym językiem. Połowę głowy mieli ogoloną, a na drugiej włosy sięgały do ich uszu. Przyjrzawszy się im jeszcze raz dokładnie, napadł na nich. Głowa jednego z nich, zsunęła się z ciała, wpadając pod łóżko. Lira, podskoczyła przestraszona widokiem bezwładnej głowicy.

               Siedzieli przy okrągłym stole w milczeniu, pochyleni nad ogromną mapą Fornost i okolic. Mentis otrzymał list, w którym poproszono go, by wraz ze swymi gośćmi rozważył strategię, którą mieli wszystkim przedstawią. Pismo okazało się niemałym zdziwieniem, jednakże postanowili spełnić prośbę Eldariona. Pogrążeni w myślach, wpatrywali się w pionki ustawione na blacie. Próbowali przewidzieć ruch czarnych pionków, jednakże możliwości było zbyt wiele, a każda z nich wydawała się bardzo prawdopodobna. Zdawali sobie sprawę, że Elion mógł mieć ukryte wojska na wschodzie. Mężczyzna był nie obliczalny, toteż musieli przewidzieć każdy możliwy jego ruch.
 - Elion – zaczął, odchrząkując Luthias – zapewne swój pierwszy atak rozpocznie przechodząc pomiędzy Północnymi i Wichrowymi wzgórzami. Dotarłby w ten sposób, bez przeszkód pod bramę – poprawił się w fotelu.
 - Masz racje, jednakże nie jest on głupcem. Nie zaatakuje tylko z jednej strony. To bardzo ryzykowne – zauważył Shapiro. – Nie wiemy również, jak dużą armią dysponuje nasz przeciwnik.
 - To jest nasz największy problem – westchnął Mentis. – Musimy zebrać jak największą armię. Połowa liczby dorosłych mieszkańców, składa się ze zbrojnych mężczyzn. Obawiam się jednak, że mimo to armia złożona z wszystkich królestw będzie za mała – stwierdził smętnie.
 - Trzeba pamiętać, że możemy liczyć na pomoc drzewca – uśmiechnęła się Alwina. – Przyrzekł to – oparła się o fotel.
 - Będzie nam trzeba ustawić łuczników na murach – stwierdził Gimli. - W ten sposób, będziemy przygotowani na nadejście ataku z każdej strony. Będą nam jednak potrzebne cztery sygnały, dzięki którym będziemy mogli rozpoznać, z której strony nadchodzi atak.
 - Świetny pomysł, przyjacielu – poklepał go po plecach Legolas. – Musimy jednak spisać wszystkich, którzy chcą walczyć przeciw Elionowi, wtedy będziemy mogli rozważyć twój pomysł – zauważył. – Mroczna Puszcza stanie po stronie dobra.
 - Rivendell oraz Isengard również – odparła Uriel.
 - Jeżeli dywersja Firina, zakończy się sukcesem, otrzymamy wsparcie ze strony Edoras – przypomniał Shapiro, krzywiąc się na wspomnienia związane z tym miastem.
 - Razem z Fornost i Tharbadem, będzie nas łącznie siedmiu – mruknął Mentis. – Proponuje by na północnych murach umieścić łuczników z twego królestwa Legolasie, a na południowych zaś z mego miasta – zaproponował, marszcząc brwi. – Na zachodnich mógłby stanąć Gondor, a na wschodnich… Rivendell – zerknął na Shapiro. – Uważam, że to byłoby najlepsze rozwiązanie.
 - Zgadzam się z tobą – przytaknęła Alwina. – Część naszych wojsk, moglibyśmy umieścić na skraju wzgórz – przesunęła pionki – by osłabić ich atak na twierdzę.
 - Armia, która zostanie we Fornost, mogłaby podzielić się na dwie części. Jedna z nich zostałaby w murach, a druga wyszła przed twierdzę – dołączył do niej Gimli.
 - Nie ważne, z której strony Elion zaatakuje, będziemy przygotowani – uśmiechnął się zadowolony Mentis. – Jestem zmuszony ogłosić obowiązkowy pobór do wojska. Wspólnie z Radą Miasta, ustaliliśmy, że warunkiem będzie ukończenie wieku jedenastu lat – spuścił wzrok.
 - Nie godzę się na to – zaprzeczyła Alwina. – To są jeszcze dzieci! Nie wiedzą nic o wojnie! – wstała gorączkowo. – Nie potrafią dobrze posługiwać się bronią! Czeka ich niechybna śmierć. Mentisie, proszę rozważcie to jeszcze raz – podeszła do okna.
 - Z całym szacunkiem, ale nie mamy wyboru, pani – począł się tłumaczyć.
 - Nie po to mam zginąć, by i one ginęły – warknęła. – Ponownie proszę, rozważcie tę decyzję… zanim będzie za późno. Wojna to nie miejsce dla dzieci. Ona nie ulega nikomu, nie patrzy na wiek – spojrzała na niego – Nie pomogą nam, jeżeli przy fali pierwszego ataku, one zginą. Wręcz przeciwnie. To one w niedalekiej przyszłości, będą sprawowały władzę. Od nich zależy to co nastanie.
 - Przyrzekam ci, że dołożę wszelkich starań, by zmieć decyzje rady – odrzekł po chwili.
W komnacie zapadła cisza, przerywana przez pojedyncze chrząknięcia. Wpatrywali się w stół, mając w pamięci ogrom strat spowodowany walką z Sauronem. Utrata materialna wydawała się nikłym ubytkiem, w porównaniu do śmierci ojców, dziadów i braci. Rodziny długo nie mogły otrząsnąć się po stracie bliskich osób. Matki musiały nauczyć się, jak samotnie wychowywać swe dzieci. Wraz z wygraną, rodziny poczęły się wspólnie wspierać, budując swe życie na nowo.
Drzwi otworzyły się z hukiem, przerywając głuchą ciszę. Spojrzenia zebranych powędrowały w stronę nowo przybyłego.
****
Cześć i czołem!
Koniec tej historii jest bliski końca. Tak właściwie, zostały jeszcze cztery rozdziały i epilog. Przede mną zdecydowanie najtrudniejsza część, ponieważ muszę opisać bitwę, co nie należy do łatwych zadań, jednak mam nadzieję, że podołam temu zadaniu i nie zepsuje końca tej historii.
Przepraszam za te przecinki. Staram się, jak mogę. Naprawdę. Czytam, czytam i jeszcze raz czytam zasady interpunkcji, ale mi to nie wychodzi.
Pozdrawiam!
Do zobaczenia!

piątek, 4 sierpnia 2017

Rozdział 30 – Światło ze wschodu

Echo kroków niosło się po korytarzu, odbijając się od przeszkód. Spóźniony mężczyzna przemierzał korytarz wykonany z jasnego marmuru. Jego ściany zdobiły obrazy smoków, rodziny królewskiej jak również scen z codziennego życia. Z zaciekawieniem przyglądał się kolejnym obrazom, przeciągając swoje spóźnienie. Spoglądał na sianokosy i kucharza, ugniatającego ciasto. Wszystko wyglądało nienagannie. Wydawał się oczarowany domem swego gospodarza. Stanął nagle widząc… siebie. Siedział jako mody chłopak pod drzewem. W zębach trzymał źdźbło trawy. Zdezorientowany nie mógł się poruszyć. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek malarz wykonał obraz z nim w roli głównej. Na jego twarzy widniał szeroki uśmiech, a oczy błyszczały jakby od śmiechu. Ocknąwszy się, ruszył z powrotem w kierunku sali jadalnianej. Zerknąwszy ostatni raz w kierunku srebrnej ramy obrazu, wpadł na coś. Zdezorientowany spojrzał przed siebie. Mężczyzna nie należał do niski osób, wręcz przeciwnie. Wzrost jego osiągnął już w bardzo młodym wieku dwa metry. Zaskoczony spojrzał w dół na rzecz, która zagrodziła mu drogę. Tą rzeczą okazał się… krasnolud. Potarł dłonią nerwowo kark, spostrzegając, że to nie mężczyzna, ale kobieta. Miała długie kręcone kasztanowe włosy. Patrzyła na niego swoimi piwnymi oczami, w których dostrzegł brązowe plamki, srogim wzrokiem. W tej chwili zorientował się, że postać ubrana po męsku, leży na ziemi.
 - Przepraszam najmocniej, pani – schylił się, chcąc pomóc jej wstać. – Powinienem być bardziej uważny – spojrzał na nią ze skruchą. – Nazywam się Luthias, Lady. Pragnę wynagrodzić ci moją nieuwagę. Czy jest coś co mógłbym dla ciebie uczynić, pani? – ukłonił się, chcąc wyrazić szacunek.
 - Bryluen – odparła bez namysłu, zapominając o zaistniałej sytuacji. – Jak najbardziej jesteś mi coś winien – rzekła bez ogródek. – Pragnęłabym pójść z tobą na spacer – zilustrowała go od góry do domu.
Luthias był rosłym mężczyzną o barczystych ramionach. Przyciągał wzrok kobiet, powodując zazdrość u innych mężczyzn. Jednak żadna z dam nigdy nie opanowała jego serca. Pragnął tylko tej jedynej, z którą mógłby spędzić resztę życia. Nie znalazł jej jednak. Teraz jednak wolałby zostać sam. Nie wiedział co przyniesie jutro. Wiedział, że w obecnej sytuacji śmierć jest bardzo prawdopodobna.
 - A teraz wybacz, ale spieszę się. Spotkajmy się po wieczerzy przy wejściu – rzekła na odchodnym.
Zdezorientowany mężczyzna, potrząsnął głową. Bryluen nie wywarła na nim dobrego wrażenia. Nie zachowywała się jak przykładna kobieta. Co więcej, swoim zachowaniem równała się z mężczyzną. Niezadowolony ruszył w oznaczonym kierunku. Czuł niesmak po swojej obietnicy, jednakże słowo pozostaje słowem. Zawsze uważał się za człowieka honoru, to też musiał pogodzić się z losem. W końcu sam zaproponował wynagrodzenie. Westchnął przeczesując swoje za długie już włosy. Gdyby nie sytuacja, w której się obecnie znajdował, dawno by już podciąłby je do należytej wysokości. Nieznaczne loki opadały mu na twarz podczas marszu. Przeszkadzało mu to, jednak musiała to zaakceptować. Wszedł do sali, przyciągając tym samym uwagę swoich przyjaciół.
 - Wybaczcie moje spóźnienie – rzekł ze skruchą, zasiadając pomiędzy Shapiro i Gimli’m.
 - Nic się stało, przyjacielu. Zaczęliśmy jednak bez ciebie – uśmiechnął się przyjaźnie Mentis.
Mężczyzna skinął głową na znak, zgody. Wrócili do przerwanej jego przybyciem rozmowy. Ku zaskoczeniu Luthiasa, krasnolud począł prawić o Bryluen i jej wdziękach. Zachwycał się nad jej pięknem i prostota bijącą od jej osoby. Przekonywał przyjaciela do tego, że słowem potrafi uwieźć mężczyznę. Luthias gryzł sobie policzki, wpychał jak najwięcej jedzenia do ust, by nie parsknąć śmiechem. Wiedział bowiem, że to mogłoby urazić krasnoluda, który po raz pierwszy zachwycał się nad kobietą. Przytakiwał mu, czując na sobie rozbawione spojrzenie Uriel. Słysząc kolejne pochlebstwa skierowane w stronę Bryluen, wpadł na pomysł.
 - Przyjacielu, muszę cię zasmucić – zaczął pewny siebie. – Bryluen zaproponowała mi spacer po wieczerzy – spojrzał na zdenerwowanego krasnoluda. – Jednak – przerwał mu nim zdążył coś powiedzieć – chciałbym, żebyś mnie zastąpił – uśmiechnął się przyjaźnie. – Oczywiście jeśli Bryluen zgodzi się na to – uprzedził jego zapał.
 - Świetny pomysł przyjacielu – poklepał go po plecach, wpychając do ust pieczonego kurczaka.
Luthias skomentował zachowanie przyjaciela, śmiechem. Cieszył się, że sprawił mu radość. Sam nie miał ochoty na spacery. Pragnął wypytać Mentisa o obraz, który nie dawał mu spokoju. Dlaczego jego portret miałby wisieć w jego pałacu, skoro nawet nie należał do jego rodu. Był tego pewny, ponieważ nie posiadał znamienia. Dobrze znał swoje dzieciństwo, które nie zawsze było łatwe. Jednakże za każdym razem, potrafił stawić czoło problemom. Westchnął nie rozumiejąc.
Po skończonej wieczerzy, gdy służka wyniosła ostatnią tacę, zamykając za sobą drzwi, pan domu podparł się łokciami o stół. Trzymając się za mostek nosa, westchnął ociężale. Nie chciał ich smucić, jednakże był zmuszony im o tym powiedzieć, zważając na więź jaka go z nimi łączyła. Wiedział, że prędzej czy później sami by się o tym dowiedzieli. Nie widział więc potrzeby, utrzymywania tego w tajemnicy. Nawet jeśli miałoby to zepsuć im wieczór. Westchnąwszy, wyprostował się.
 - Dotarły do mnie przykre wieści – zaczął, szukając odpowiednich słów – o złym stanie zdrowia, naszego przyjaciela Aragrona – przyjrzał się ich twarzom. – Ostatnimi czasy jego choroba bardzo postąpiła, zmuszając go do pozostania w łożu. Spodziewa się, że wkrótce tron obejmie jego syn, Eldarion – skończył ze smutkiem.
 - Dziękujemy, że nas o tym poinformowałeś – uśmiechnął się smutno Legolas.
 - Druga mniej przyjemną sprawą jest Bree. Wojska Elion’a, które zgromadził w Morii, zaatakują pewnie od wschodu. Podejrzewamy, że miasto popadnie w ruinę, kiedy jego wojska przez nie przejdą – westchnął, opierając się o oparcie krzesła.
 - Nie możemy na to pozwolić – rozgrzmiała zdenerwowany głos Alwiny. – Tam mieszkają rodziny! Musimy im pomóc – wciągnęła gwałtownie powietrze. – Istnieje możliwość by udali się do Tharbad’u? – zapytała, oczekując pozytywnej odpowiedzi.
 - Oczywiście – zapewnił ją. – Nie możemy jednak ich do tego zmusić – spojrzał na nią wymownie.
 - Jeżeli się nie zgodzą, czeka ich śmierć – zaprotestowała. – Wojna nie zważa na szlachetne poczynania – zgromiła go wzrokiem. – Musimy dołożyć wszelkich starań by przystali na naszą propozycje. Nie będzie to ławę, wiem – uprzedziła Shapiro. – Zdaję sobie sprawę z tego, że hobbici nie chętnie podróżują, ale to jedyne wyjście z tej sytuacji.
 - Nie możemy ich do niczego zmuszać, Mentis ma racje – zauważył Gandalf. – Postaram się jednak, by zmienili decyzję. A teraz, przeproszę was. Muszę udać się bezzwłocznie w podróż – wstawszy od stołu, podszedł do stojącego już Mentisa. – Dziękuję za wieczerze, mam nadzieje, że nasze drogi spotkają się jeszcze – uścisnąwszy go przyjaźnie, wyszedł w pośpiechu.
Luthias postanowił bezzwłocznie rozwiać sprawę z Bryluen. Szanował ją jak każdą kobietę. Nic więcej nie powinna oczekiwać. Żywił nadzieję, że kobieta wykaże większe zainteresowanie jego przyjacielem z uwagi, że pochodzą z tej samej rasy. Odstąpiwszy od stoły, począł zmierzać do swej komnaty. Musiał uwzględnić to, że Bryluen nie zgodzi na spędzenie tego wieczoru z Gimli’m. Mimo iż była piękną kobieta, nie zauroczyła go swoim zachowaniem. Była zbyt pewna siebie i opryskliwa, co nie podobało się mężczyźnie. Pragnął umówić się z kobietą delikatną, wymagającą opieki, by czuł się potrzebny. Oczywiście nie wykluczało to tego, że powinna być zaradna. Nie ścierpi kobiet, które nie potrafią zrobić niczego bez mężczyzny. Nie rozumiał mężczyzn, którym się to podobało. Wiedział jednak, że o gustach się nie dyskutuje. Uśmiechnąwszy się, stanął przed lustrem oglądając na swój strój. Miał na sobie ciemnobrązowe spodnie oraz ciemnozielony frak, pod którym znajdowała się śnieżnobiała koszula. Całość kończyły wysokie czarne buty. Zadowolony ruszył w kierunku umówionego miejsca. Przechodząc korytarzem, zatrzymał się przed drzwiami swego przyjaciela. Zapukał dwa razy czekając na odpowiedź, lecz jej nie dostał. Pewnie śpi. Wzruszywszy ramionami, ruszył w stronę wyznaczonego celu. Nim zdążył wyjść na dziedziniec, drzwi otworzyły się. Spojrzał na śmiejącą się Bryluen, idącą w towarzystwie Gimli’ego. Kobieta przeniosła na niego wzrok.
 - Wybacz Luthiasie, lecz…
 - Nie szkodzi – przerwał jej, kłaniając się. – Pozwolicie, że odstąpię od was – uśmiechnąwszy się, wyszedł do ogrodu.
Słońce chyliło się ku wieczorowi, otulając ziemię swym blaskiem. Ognista gwiazda nagrzewała powierzchnię ziemi. Drzewa kołysały się nieznacznie od delikatnego podmuchu wiatru, który sprawiał, że gorąc wydawał się mniejszy. Patkom jakby to nie przeszkadzało. Przeskakiwały z gałęzi na gałąź. Zbierały patki by uzupełnić swoje gniazdo, w którym już niedługo miały się pojawić pisklęta. Miały dzióbki pełne roboty. Mimo, że mijały się często z owadami, zapylającymi kolorowe kwiaty drzew i krzewów, nie zwracały na nie uwagi, skupiając się na swoim celu. Owady również jakby nie zainteresowane pośpiechem swoich sąsiadów, siadały na kolorowych kwitkach, które tworzyły niesamowite kompozycję. Krzewy formowały niesamowite kształty, tworząc pierścienie, kwadraty, koła. Niektóre z nich przypominały nawet zwierzęta. Wzdłuż alejki, usypanej z białego kamienia, rosły drzewa wiśni, które były w fazie kwitnięcia. Korony drzew, zaplatały się u góry tworząc łuki. Ogród zapierał dech w piersiach. Alejka dobiegła końca, zatrzymując się przy pierścieniu usypanym z tych samych kamieni. W jego środku porośniętym zielona trawą, znajdowało się drzewo. Spojrzał niepewnie na drzewo, widząc, że każdy kolor kwiatu jest inny. Mógł powiedzieć więcej. Drzewo poczęło lśnić wraz z znikającym już słońcem. Podszedł niepewnie do drzewa, wyciągają w jego kierunku rękę. Zachwycony położył dłoń na korze. Prze jego ciało przebiegł nieznany mu dreszcz.
 - Pięknie tu, prawda? – zagadnął stojący za nim Mentis.
 - Tak – odrzekł odchodząc od drzewa. – Niesamowite miejsce – uśmiechnął się, rozglądając na boki.
 - Ojciec zasadził to drzewo – uśmiechnął się do mężczyzny. – Lśni każdej nocy, nie tracąc swoich kwiatów – usiadł na trawie.
 - Mogę cię o coś zapytać? – zaczął niepewnie Luthias, przysiadając się.
Mężczyzna w odpowiedzi skinął głową, marszcząc brwi.
 - Chciałbym się zapytać o obraz, na którym znajduje się młody chłopak, trzymający kłos w zębach – przeniósł na niego wzrok. – Kogo on przedstawia?
 - Hm… - mruknął Mentis. – Mogę się mylić, lecz wydaje mi się, że kuzyna księżniczki. Odkąd zaginał nie możemy go znaleźć – przyjrzał się mu uważnie. – Dlaczego pytasz?
 - Pytam, ponieważ jest łudząco podobny do mnie za młodu – westchnąwszy, przeczesał ręką włosy.
 - Kim byli twoi rodziciele? Oczywiście nie musisz odpowiadać – zapewnił.
 - Nie znam swoich prawdziwych rodziców. Wychowało mnie starsze państwo, któremu zginął syn spośród dziesięciu – odparł niepewnie. – Nie posiadam znamienia – przerwał Mentis’owi, nim zdążył się odezwać.

 - Nie trudno użyć zaklęcia by je zakryć. Moje też było zakryte – przyznał. – Udamy się do Gandalf’a, opóźnił swoją podróż. Z pewnością zaradzi tej sytuacji – uśmiechnąwszy się, pomógł mu wstać.
Ostatnie słoneczne promienie przedzierały się przez cienką zasłonę rozwianą przez wiatr, nieznacznie oświetlając komnatę. Cisza panująca w pomieszczeniu przynosiła błogi spokój. Odpoczynek od zgiełku i problemów zwianych z przygotowaniem armii. Wiedział, że syn jest gotowy objąć tron, mimo jego licznych protestów. Widział strach w oczach syna, kiedy rozmawiał z nim o przyszłości królestwa. Uśmiechnął się na wspomnienie niemowlęcia, trzymanego w rękach Arwen. Już w tedy wiedział, że jego latorośl wyrośnie na silnego mężczyznę. Niejednokrotnie słyszał jak władcy chwalą go za kunszt i opanowanie. Wiedział jednak, że jest wrażliwy, co odziedziczył po swojej matce. Często patrzył na swoje nowo narodzone siostry, nie mogąc się im zachwycić. Zaśmiał się przypominając sobie jego słowa. Są całkowicie łyse, ale moją takie malutkie rączki! I malusi nosek! Jak one mogą przez niego oddychać! Mimo zewnętrznego podobieństwa do ojca, większość cech odziedziczył po jego żonie. Przeniósł spojrzenie na patka, który przysiadł na oknie. Przyglądał się mu, przechylając swój łepek. Objął mocniej żonę, całując ją w czoło.
 - Le melin, Aragorn (Kocham cię, Aragorn) – szepnęła wtulając się w niego.
 - Le melin, Arwen – szepnął.                        
Położyła swoja głowę na jego klatce piersiowej, wsłuchując się w spokojne bicie serca. Bolało ją serce, widząc jak cierpi i zmaga się z bólem. Choć nie dawał po sobie tego poznać, ciało zdradzało, w jak szybkim tępię choroba postępowała. Zapalenie płuc na początku nie wydawało się groźne, więc zbagatelizował jej obawy, mówiąc, że lud go potrzebuje. Mimo iż starała się o najlepszych medyków i zielarzy, starania niewiele pomagały. Z dnia na dzień jego ciało słabło na jej i dziatw oczach. Córki bardzo często starały się rozweselić ojca swoim śpiewem czy grą. Ustanowiły nawet przy nim warty, by nigdy nie doskwierała mu samotność.
 - Eldarion będzie dobrym władcą – westchnął z uśmiechem. – Jest gotów objąć tron i stanąć na czele naszego królestwa.
Arwen poruszyła się niespokojnie na jego słowa. Nie chciała by zadręczał się w swoim stanie sprawami królestwa. Pragnęła by choć raz przejął się swoim zdrowiem. Nie zareagowawszy na jego słowa, przymknęła powieki. Nie chciała słyszeć o śmierci swego męża, wręcz odgradzała się od tej poruty. Śmierć ukochanego równała się z jej śmiercią, nawet jeśli nie fizyczną.
 - Niewątpliwie. Jednakże, będzie musiał wstrzymać się. Odzyskasz siły i rozpoczniecie naukę, by go należycie przygotować – szepnęła ze łzami.
 - Wiem, że jesteś świadoma tego, że mój czas dobiega końca. Dasz sobie redę – otarł jej policzek mokry od łez.

 - Nie jestem już młodzieńcem – ucałował jej usta. – Le melin, Arwen – wtuliła się w niego, łkając. 

sobota, 22 lipca 2017

Rozdział 29 – Nowa nadzieja

               Zakluczyła drzwi pokoju, który dzieliła z Uriel. Rozglądnęła się, czy nie powinna jeszcze o czymś pamiętać. Zerknęła niepewnie w stronę okna. Westchnąwszy ruszyła w jego stronę. Chwytając za materiał firanki, spojrzała na ulicę. W mieście panował wesoły gwar, co dało się słyszeć poprzez głośną muzykę i śpiew. Zasunęła ją do końca, chcąc się upewnić, że na pewno nikt nie zobaczy co robi. Usiadła, na łóżku, wyciągając z torby gruby zeszyt. Nie wiedziała czy powinna czytać zapiski matki, lecz tylko to mogło ją naprowadzić ma trop. Przejechała jeszcze raz dłonią, po chropowatej okładce. Niepewnie odczepiła zabezpieczający zeszyt, guzik. Przygryzła wargę, widząc na pierwszej stronie herb swojego rodu. Dotknęła go opuszkami palców, zastanawiając się, czy sama go namalowała. Przerzuciła kolejną kartkę, chcąc dojść do sedna.

_______

Później wpiszę rok, w tej chwili zdecydowanie nie mam na to czasu.
Teraz, gdy Ilfirin został moim małżonkiem, czuję się spełniona. Wiem, że to jest właśnie moje przeznaczenie. Nie wybaczyłabym ojcu, gdybym została żoną tego… zdrajcy. Obiecał mu pokój… Karmi go złem, a on go nie widzi. Starość przyćmiła mu wzrok. Matka miała rację, mówiąc, że mam się strzec, gdy nadejdą niespokojne czasy. Jest moim ojcem i bardzo go kocham, jednak… To do czego on zmierza jest niedopuszczalne. Jest odpowiedzialny za całe Smocze Królestwo. Myśl o jego upadku nadal napawa nie przerażeniem i smutkiem. Postanowiliśmy, więc wynieść księgi i zwoje z całego królestwa. Początkowo miały znaleźć się w Rivendell, jednakże postanowiliśmy, umieścić je w podziemiach Tharbad’u. Może to choć trochę zaradzi w tej sytuacji. Ojciec od bardzo dawna do nich nie zaglądał, nawet do tych najważniejszych. Jeśli się nie uda… W tedy będziemy o tym myśleć. Teraz muszę się skupić na dokończeniu księgi: „ Upadek Smoczego Królestwa”. Sama jestem zlękniona czytając to wszystko, a co z ludźmi, którzy nadal to przeżywają. Chociaż, mojego królestwa już nie ma, zostało stracone przez najeźdźców. Główny prowokator, którego imienia, nie wymienię, zdenerwował się na wieść o mojej ucieczce z Ilfirin'em. Tak powiedziała mi pewna staruszka, której były to ostatnie słowa: „Kazał pojmać po jednym z każdego domu, a następnie połowę zabić na oczach całego ludu. Pozostałych zamknięto w niewoli”. Mam łzy w oczach, gdy o tym wspominam. Powinnam być tam z nimi, jestem ich prawowitą władczynią. Nie mogę jednak tego uczynić, chociażby przez wzgląd na moją rodzinę. Draco powiedział mi, że spodziewam się dziecka i będzie to dziewczynka. Uczynił mi i memu mężowi mówiąc to, wielką radość. Jest jednak również smutna prawda. Wspomniał również o tym, że zginie ona w Krwawej Bitwie, by… Tego zakazał mi mówić komukolwiek. Kiedy wspomniałam o moim dzienniku, zgromił mnie mówiąc, że to niebezpieczne.
Bardzo boli mnie, że moja mała córeczka, będzie musiała przypłacić za to życiem. Czeka ją ogromny trud, zwłaszcza, że ma odziedziczyć po mnie długowieczność. Draco wspomniał mi w tajemnicy przed Ilfirin'em, że zrodzę ją w gwiaździstą noc. Nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła wziąć Alwinę – bo tak daliśmy jej na imię, w ramiona. Chciałabym, żeby znalazła przyjaciół, w których będzie miała oparcie. Bowiem, żaden człowiek nie zasługuje na to, by być samotnym. Nie ważne czy zawinił czy nie. Ojciec stał się inny po śmierci matki, nie poradził sobie sam. Słyszałam kiedyś tylko jego płacz, kiedy wołał moją matkę o pomoc, bo nie ma wystarczająco sił, by mnie wychować na wrażliwą kobietę. Uważam jednak, że doskonale sobie poradził. Wychowywał mnie sam, ale zawsze mogłam na nim polegać, dopóty nie pojawił się On.
Ostatnio odwiedziła nas Galadriela, za co jestem jej dozgonnie wdzięczna. Przywiozła mi szmacianą lalkę odzianą w niebieskawobiałą suknie, mówiąc, że to prezent dla przyszłej królowej. Nie chciałam jej wspominać o przyszłości mojego dziecka, ponieważ doskonale wiedziałam, że ona o tym wie. Pozostało mi się z tą prawdą tylko pogodzić. Nie chciałabym tylko na to patrzeć. Serce by mi pękło, widząc ostrze, przeszywające pierś mego dziecka. Obiecała mi jednakże, że będzie jej chronić, nawet za cenę własnego życia. Nie wiedziałam co miała w tedy na myśli. Dobrze wiem, że nie chodziło jej o Krwawą Bitwę i, że miała widzenie, o którym nie chciała mi powiedzieć. Bardzo zasmuciły ją jej własne myśli. Widziałam w jej oczach łzy przepełnione bólem i cierpieniem.

Míri


Zmarszczyła brwi. To co przeczytała wprawiło ją w osłupienie. Nie wiedziała, że matka wiedziała o jej przeznaczeniu. Nagle zdała sobie sprawę, dlaczego tamtej nocy płakała w ramionach ojca. Kiedy ją zapytała, co się stało, zbywała ją odpowiedzią, że nic. Choć była mała, wiedziała, że z elfką dzieje się coś niedobrego. Martwiła się o nią przez długi czas. Po niespełna dwudziestu dniach, jej humor poprawił się jednak. Chodziła uśmiechnięta jak dawniej, więc postanowiła nie ciągnąć dalej tematu. Nadal dobrze pamiętała tamtą rozmowę.

Nie mogąc spać, wpatrywała się w gwiazdy za oknem. Uwielbiała na nie patrzeć, ale nie widziała dlaczego. Zawsze fascynowało ją to, jak rodzą się gwiazdy oraz jak to się dzieje, że świecą tak jasno na niebie. Ojciec powiedział jej kiedyś, że muszą świecić tak jasno, ponieważ wskazują w ten sposób drogę zbłąkanym. Od tamtej pory, wypytywała go o każdy gwiazdozbiór jaki znał. Nie mogła się doczekać, kiedy na przełomie lata i jesieni, zacznie się ich małe święto. Co noc siadali w tedy pod rozgwieżdżonym niebem i oczekiwali spadających gwiazd. Często zastanawiała się, gdzie one lecą, lecz nigdy o to nie zapytała, chcąc by pozostało to tajemnicą.
Położyła swoje małe stópki na zimnej drewnianej podłodze, nie spuszczając wzroku z nieba. Powolnym krokiem ruszyła w stronę sypialni rodziców, widząc snop światła dochodzący z ich pokoju. Spostrzegając uchylone drzwi, zatrzymała się.
 - Myślałam, że już się z tym pogodziłam – mówiła, łkając. – Jakże się myliłam – tuliła się w ramię ojca.
 - Wiem, kochanie. Jestem pewny, że sobie z tym poradzi, jest dzielna jak na swój wiek. Wiesz, że od zawsze ciągnęło ją do nich – uśmiechnął się do niej smutno. – Ciągle pyta o tą samą konstelację.
 - Nie wie o tym. Przeklęłaby się, gdyby wiedziała – otarł jej łzy.
 - Mamusiu – weszła niepewnie do pomieszczenia. – Coś się stało? – zapytała, patrząc zmartwiona na matkę. Nie czekając na odpowiedz, przytuliła się do nich.
 - Nic skarbie – pocałowała ją w główkę. – Zrozumiesz, jak będziesz starsza.


Przeczytała jeszcze raz słowa swojej matki, które zapisała: „Bardzo boli mnie, że moja mała córeczka, będzie musiała przypłacić za to życiem”. Nawet gdyby mogła zmienić przyszłość, a musiałaby wpłynąć na przeszłość, nie zrobiłaby tego. Zmienienie jej przeszłości, oznaczałoby, zmianę jej teraźniejszego życia, za żadne skarby świata nie chciała stracić swoich przyjaciół. To właśnie jej życie, nauczyło ją wielu rzeczy, mimo, że nie było ono często łatwe i przyjemne. Cieszyła się nim, mimo trudu, który musiała pokonać. Schowała do toby z powrotem pamiętnik matki. Podeszły do okna, odsłoniła firanę. Gdy już chciała odejść, zauważyła na ulicy coś nadzwyczaj dziwnego. Jej uwagę przykuł czarnowłosy mężczyzna, kłócący się z Gandalf’em. Miał do czarodzieja wyraźni żal i pretensje. Wymachiwał gorączkowo dłońmi, co jakiś czas przeczesując swoje włosy do ramion. Starzec próbował go uspokoić, kładąc mu dłoń na ramieniu, ale on pozostawał nieugięty. Niespodziewanie mężczyzna podniósł oczy ku oknie. Spostrzegłszy ją, zaniemówił. Wpatrywał się w nią, jakby zobaczył jednego z Valarów. Zaskoczona jego zachowaniem, odsunęła się od okna. Upewniwszy się, że pamiętnik jest dobrze schowany, zeszła do karczmy. Została tam przywitana przez tajemniczego mężczyznę, który nadal wpatrywał się w nią z niedowierzaniem. Oprócz czarnym jak smoła włosów, miał niebieskie oczy. Spuścił wzrok, klękając przed nią na jedno kolano. Patrzyła zdezorientowana na jego czyny. Nikt nigdy wcześniej, nie kłaniał się przed nią jak królowi, ta czynność leżała w jej zwyczajach. Otrząsnąwszy się z amoku, pomogła mu wstać.
 - Powstań – spojrzała na niego podejrzliwie. – Kim jesteście? – patrzyła mu twardo w oczy. – Kim ja dla was jestem, że zasługuje na ukłony? – powiedziała ostro.
 - Nazywam się Mentis – ukłonił się lekko. – Jesteś pani tą, która dzierży berło smoka. Tą, którą twój lud szukał od lat. Jedyną nadzieję, dawała nam legenda, zwiastująca Twoje przybycie.
Patrzyła na niego z niedowierzaniem, nie mogąc wydobyć z siebie ani słowa. Przenosiła wzrok z niego na Gandalf’a i na odwrót, nie mogąc pojąc tego co właśnie usłyszała. Wraz z Thomas’em jej nadzieja na to, że nie pozostała sama ze swego rodu, umarła. Pogodziła się z rzeczywistością, choć było jej trudno to zrobić, widząc innych władców, którzy cieszyli się radością swych poddanych. Uśmiech jednak, szybko znikł z jej twarzy, zdając sobie sprawę, że nadejdzie czas, gdy przyjdzie jej ich opuścić. Nie chcąc jednak działać nader pochopnie, przypomniała sobie o znaku, który posiadała osoba należąca do jej rodu. Przełknęła ślinę, patrząc na Gandalf’a.
 - Pokaż mi swoje znamię, a uwierzę ci – powiedziała hardo, patrząc mu oczy.
Mężczyzna podniósłszy koszulę, stanął do niej bokiem. Na wysokości jego żeber, znajdowało się znamię w kształcie smoka. Zaskoczona uniosła brwi.
 - Mówi prawdę – uśmiechnął się Gandalf, gdy na niego spojrzała.
 - Większość naszego społeczeństwa, należy do Rodu Smoków. Niemalże wszyscy siedzący w tej karczmie, do niego należą – uśmiechnął się mężczyzna.
Zainteresowani, którzy przyglądali się całemu zajściu, siedzieli w milczeniu, ze skupieniem wpatrując się w jej postać. Każdy z nich, przywołał do siebie pieśń, która mówiła o jej przybyciu.
 - To prawda? – zapytał z niedowierzaniem gospodarz. – Jesteś tą, która ma zmazać winę, twego dziada? – wybałuszył oczy.
 - Jestem ta, która wydając ostatnie tchnienie, zmaże winę swego dziadka – odparła z powagą, patrząc na niego.
Nim zorientowała się co się dzieje, ludzie z gospody padli na kolana, spuszczając głowy. Patrzyła zmieszana na zgromadzony lud, nie wiedząc jak zareagować. Nie mogła się nadziwić ich zachowaniu. Mimo, że jej nigdy nie widzieli, oddali jej cześć. Jej uwagę przykuła dość istotna sprawa. Żaden ze zgromadzonych nie żył w całkowitej biedzie, co musiało oznaczać, że władca tego miasta dbał o swoich poddanych.
 - Alwina powiedz coś – rozbawiony całą sytuacją Shapiro, szturchnął ją w ramie. – Nie każ im tu wiecznie klęczeć – objął Uriel w pasie.
 - Powstańcie – powiedziała donośnie, otrząsając się z amoku. – Nie jestem królową i nigdy nią nie będę. Jednakże raduję się me serce, ponieważ nie ostałam sama. Proszę, powstańcie – pomogła starcowi wstać.
 - Mogę teraz w spokoju odejść, pani – podniósł na nią wzrok przepełniony radością. - Traciłem nadzieje, że spojrzę na królewskie dziecię – uśmiechnął się promiennie.
 - Zapraszam pani ciebie i twych przyjaciół do mego domu – wtrącił Mentis. – Zeszytem będzie dla mnie, jeśli pozwolicie mi zostać waszym gospodarzem – ukłonił się. – Mamy wiele spraw do omówienia – wyprostował się.
 - Nie wątpię to, jednakże decyzja nie należy tylko do mnie, ale i do mych przyjaciół.
 - Chętnie przystaniemy na tą propozycję – uśmiechnął się Luthias.
 - A więc postanowione – uradował się Mentis. – Zapraszam was na wieczerze, każe przyszykować komnaty. Do zobaczenia wkrótce, mam nadzieję – ukłoniwszy się, wyszedł.
               Oparł się plecami o zimną ścianę. Zdobycie zaufania żołnierzy, okazało się w rzeczywistości dużo trudniejsze, niż się mu na początku wydawało. Bał się, że zdradzi się choćby najmniejszym gestem, mimo, iż starał s zachowywać się jak najnaturalniej. Dowódca oddziału przyjął go, nie sprawdzając niczego. Na początku powodziło mu się bardzo łatwo. Pewnego dnia jednak jeden z żołnierzy, począł wypytywać go czy zna prawowitego władcę. Zbywał go, mówiąc, że Toron jest prawowitym władcą, jednak tamten pozostawał nieugięty. Podczas ostatniej wizyty Toron’a, który co jakiś czas kontrolował swoje oddziały, poprosił dowódcę o dodatkową pracę po ty by nie spotkać się ze swym bratem. Cieszył się jednak faktem, że zdobył zaufanie żołnierzy, co nie należało do najłatwiejszych zadań.
Lęk o Amice nie ułatwiał mu, doprowadzenia misji do końca. Wiedział, że kobieta podobała się bratu i nie jednokrotnie wspominał, że w końcu zostanie jej małżonkiem. Nad to dowiedział się, że podczas obchodów, obecny władca, chełpił się, że już niedługo odbędzie się jego ślub. Przymknął oczy, czując narastającą w nim złość. Mimo jego namowy, kobieta nie wyjechała, mówiąc, że nie zostawi go. Zupełnie jak w tedy, gdy postanowili związać się, kiedy Toron straci tron. Na przypieczętowanie tej obietnicy, podarowała mu pierścień, który zawsze nosił na szyi.
Wyprostował się, słysząc dudniące kroki na korytarzu. Wstawszy, położył obie dłonie na rękojeści miecza. Miał być sam. Toron zaprosił swych żołnierzy na ucztę. Pot wstąpił na jego czoło, a źrenice rozszerzyły się. Gotów do ataku, wyjął miecz z pochwy. Drzwi lekko skrzypnęły, a w nich pojawił się… Sam, który był jego dobrym przyjacielem. Uśmiechnął się do niego, widząc jego postawę.
 - Toron zaprosił na ucztę wszystkich dowódców, a nam wysłała piwo i świeżą pieczeń, dołączysz? – zapytał śmiejąc się, widząc z jaką ulgą wzdycha jego przyjaciel.
 - Tak, chodźmy – położył dłoń na jego ramieniu, chowając broń.
Przemierzali korytarz w zupełnej ciszy. Sam’a niepokoiło zachowanie przyjaciela, który od pewnego czasu stał się bardziej nerwowy. Próbował dojść do przyczyny, lecz za każdym razem, próby kończyły się niepowodzeniem. Zastanawiał się, czy powinien zapytać go o jego zachowanie. Rezygnował jednak z tego tak szybko, jak wpadł na taki pomysł. Nie chciał zezłościć dodatkowo przyjaciela. Mimo to, chciał mu pomóc, nawet jeśli miałby za to przypłacić życiem.
 - Przyjacielu – zaczął – lękam się o twoje samopoczucie. Czy ostatnio, wydarzyło się coś niepokojącego? – zapytał, patrząc na buty.
 - `Nic szczególnego, Sam – uśmiechnął się, chcąc dodać mu otuchy. – Myślę nad snem z ostatniej nocy. Śnił mi się ogień i ogarniający wszystko mrok. Pochłonął on moich najbliższych, a gdy miał już dopaść mnie, zerwałem się z łoża – westchnął na jego wspomnienie.
 - Myślę, że nie masz się czego obawiać. Kiedy już nasz przeciwnik zginie, udamy się spokojnie do naszych rodzin – spojrzał na niego.
 - O to mi chodzi, Toron was okłamuje… - przerwał, gdy weszli do sali jadalnianej.
 - Wygrałem! – krzyknął Edgar. – Biorę podwójną ilość! – zaśmiał się.
 - Jak to władca nas okłamuje?! – zapytał zdezorientowany Sam za głośno.
 - O czym ty mówisz, Sam’ie. Starczy ci chyba…
 - Mówi prawdę – podjął Firin. –Nazywam się Firin – zdjął perukę.
****
Cześć i czołem!
Jadę jutro na wakacje, więc nie będzie mnie przez tydzień. Może to spowodować to, że będę musiała nadgonić do przodu rozdziały, które będą do końca wakacji pojawiać się co dwa tygodnie.
Mam nadzieję, że rozdział nie jest zły.
Przepraszam was za wszystkie błędy, jeśli jakieś widzicie, możecie śmiało mi napisać, nie obrażę.
Aktualnie nie mam wany na trzy ostatnie rozdziały (32,5-35), więc mam nadzieję, że nad morzem wpadnie mi coś do głowy.
Bardzo wam dziękuję :*.
Do zobaczenia!

czwartek, 6 lipca 2017

Rozdział 28 – Klucz wiedzy część II

Przyjrzała się uważnie jej brązowej okładce, wykonanej ze skóry. Była podobnego koloru do jego. Na samym środku widniała wyzłocona sylwetka smoka, a tuż nad nią jego imię. Zerknęła na grzbiet, na którym również widniała jego renoma w kolorze złota. Otworzyła ją ostrożnie, uważając by nie zagnieść żadnej kartki. Na pierwszej stronie, czarnym atramentem było napisane w języku smoków, które rozumiał tylko potomek z jej rodu, Smocze Królestwo.
 - Zatrzymaj ją, w końcu należy do ciebie. Nie pozwól jednak, by dostała się w niepowołane ręce. Żadna istota, która nie należy do rodziny królewskiej ze Smoczego Rodu, nie ma prawa jej otwierać – rzekł ostro.
 - Dobrze. Dziękuję, że mi ją ofiarowujesz – uśmiechnęła się do niego. – Nie spuszczę jej z oczu – zamknąwszy ją, schowała do torby, którą ze sobą miała.
 - Jednakże to nie wszystko, co miałem ci pokazać – ruszył przed siebie. – Jest coś o wiele ważniejszego, chodźcie – zerknął na nich.
Zdezorientowana księżniczka ruszyła w ślad za nim. Myślała, że już wszystko wie, co zdążyło się uchować, dopóki Gandalf jej tu nie przyprowadził. Wobec ogromu znajdującego się w księgach, poczuła się mała. Mimo, że marzyła o tym, by znalazła coś, co pomogłoby jej lepiej zrozumieć przeszłość i przyszłość, była przerażona. Wiedziała, że to co stamtąd wyniesie już nie będzie bezpieczne, jednakże ciekawość i chęć poznania prawdy, okazały się większe. Wystarczyło, że dowiedziała się o rzeczach, o których powinna wiedzieć, by rozbudzić w niej te dwa uczucia do maksimum. Wiedziała jednak, że musi uważać na to, by nowa wiedza nie zaćmiła jej umysłu. Nie chciała powtórzyć błędów swego dziadka, za które musiała zapłacić. Żałowała, że nie zdołała oglądać potęgi swojego upadłego królestwa, niemniej żywiła nadzieje, że informacje zawarte w księgach pomogą jej.
 - To co znajduje się za tą ścianą, jest najważniejszą częścią tej biblioteki – przyłożywszy swój medalion do wzoru pasującego na ścianie, odsunął się.
Kamienie zatrząsnęły się, a po chwili przed ich oczyma, ukazało się pomieszczenie. W jego ścianach znajdowały się kamienne półki, które były po brzegi wypełniane książkami, a z sufitu zwisały flagi z herbami królestwa. Na samym środku stał piedestał, na którym znajdowała się średniej wielkości ozdobna szkatułka, wykonana ze srebra. Na wieku umieszczone zostały płaskorzeźby trzech stojących smoków. Środkowy był najbardziej wysunięty do przodu. Dwa pozostałe zaś pozostawały w jego cieniu.
 - Może ją otworzyć tylko twój medalion. Medalion Smoczej Księżniczki ma kryształ, którego nie ma żaden inny. Twoja matka też taki miała – uśmiechnął się. – Tą szkatułkę przyniosła tu Míri, mówiąc, że mam czekać pewien czas, aż w końcu przyjdzie przeznaczony. Weź ją ze sobą – podał jej ją. – Otwórz ją, kiedy będziesz pewna, że nikt nie widzi – przykrył ją zabrudzonym materiałem.
 - Oddajesz ją w dobre ręce – Gandalf położył rękę na ramieniu Alwiny.
Zapatrzona w przedmiot trzymany w rękach, uświadomiła sobie, że nie może ich przyjąć. Kiedy już w końcu stanie twarzą w twarz z Elion’em, one nie będą bezpieczne. Schowanie ich we Fornost byłoby ryzykownym posunięciem. Jeśli wróg przedarłby się do środka, miałby drogę wolną. Elion odkryłby po niedługim czasie, gdzie znajduje się biblioteka. Nie mogła na to pozwolić.
 - Nie mogę tych rzeczy przyjąć – podniosła wzrok na Gandalf’a, który spojrzał na nią niezrozumiale. – Jeżeli ukryję je we Fornost, a wróg przedrze się, będzie miał możliwość zabrania ich. Z drugiej strony – uprzedziła go – moim przeznaczeniem jest śmierć. Nikt mnie przed tym nie uchroni. Rzeczy, które stąd zabiorę, zostaną we Fornost.
 - Wtedy przyniosę je tu – Gandalf zmarszczył brwi.
 - Nie pokazuj nikomu żadnej z tych rzeczy. Nie ufaj nawet przyjaciołom – ostrzegł ją hobbit, patrząc na nią twardym wzrokiem.
 - Obiecuję – schowała ja do torby. – Drogo, czy mogłabym tu spędzić kilka minut i poprzeglądać książki? Chciałabym się czegoś dowiedzieć – dotknęła jednego z grzbietów książek.
 - Biblioteka należy do ciebie, możesz więc zrobić z nią co zechcesz – uśmiechnął się.
 - Zaopiekujesz się nią, kiedy już stąd wyjdę? Jednakże, chciałabym wziąć ze sobą jeszcze choć dwie księgi, skoro Gandalf zwróci je tobie.
 - Jak sobie życzysz – ukłonił się lekko.
 - Zostawmy ją przyjacielu – Gandalf poklepał go po plecach. – Robisz jeszcze tę słynną herbatę?? – udali się w stronę wyjścia.
 - Oczywiście! Zaparzę! – zniknęli za drewnianymi drzwiami, które znajdowały się z drugiej strony wejścia od podziemi.
Wertowała strony jednej z ksiąg. Były w niej zapisane wszystkie zbrodnie, które dokonano w królestwie oraz wyroki, które spadały na sprawców. Jedną z nich była śmierć za gwałt na czterech kobietach. Sprawca jednak zbiegł. Zamknęła ją nie mogąc czytać okrutnych win. Odeszła od regału, widząc, że książki mają taki sam kolor okładki. Przechadzała się pomiędzy regałami, nie mogąc zdecydować się, którą przeczytać. Przyglądała się każdej półce po kolei, dopóki jej wzroku nie przykuła dziwa rzecz. Oto przed sobą miała rząd żółtych okładek z jedną czerwoną pośrodku. Wysunęła ją ostrożnie, nie chcąc zniszczyć innych ksiąg. Zdziwiła się, nie widząc na jej okładce tytułu. Otworzywszy ją na pierwszej stronie tytułowej, wybałuszyła oczy. Patrzyła tępym wzrokiem na napis Upadek Smoczego Królestwa. Schowała ją do torby, wiszącej na haczyku. Przerzuciła ją przez ramię z zamiarem wyjścia. Ruszyła w stronę drzwi, którymi zniknął Gandalf wraz z Drogo. Miała dużą ochotę na zachwalaną przez Gandalf’a herbatę. Otworzyła drewniane drzwi, które lekko skrzypnęły. Zdezorientowana przeszła przez nie, zamykając je starannie. Stała w pomieszczeniu, które okazało się spiżarnią. Nie była to jednak zwykła spiżarnia. Pokój był ogromny. Mieściło się w nim wiele szafek. Każdy duży regał, który miał osiem półek, został przyporządkowany jednemu rodzajowi jedzenia. Jeden z nich był poświęcony konfiturą. Zawartość słoiczków była różnego koloru, każda konfitura była z innego owocu. Na słoiczkach, widniały napisy z zawartością. Mogła śmiało stwierdzić, że Drogo uwielbiał jeżyny, ponieważ tych słoiczków było najwięcej. Oplotła spojrzeniem jeszcze raz pomieszczenie. Ujrzała różnego rodzaje sery, mięsa, a nawet chleby i bułki. Podeszła do jednej ze ścian, na której wisiały wysuszone zioła. Miały one intensywny zapach. Wśród nich rozpoznała nawet pokrzywę. Drogo jak każdy hobbit lubił porządnie zjeść, co równało się z ogromnymi zapasami. Ruszyła w stronę schodów, prowadzących do głównej części domu. Nim zdążyła wyjść, zatrzymała się, słysząc Gandalfa wypowiadającego jej imię. Nie uczono jej nigdy podsłuchiwać, jednakże ciekawość zwyciężyła z dobrym wychowaniem.
 - Oczywiście, że sobie poradzi. Została do tego przygotowana – zaprotestował czarodziej.
 - Do rozmowy z nimi również? Dobrze wiesz jacy oni są – westchnął ciężko. – Nigdy nie powątpiewałem w umiejętności Smoczej Księżniczki, jednakże… Rada może pozostać nieugięta. Ich zemstą może okazać się odmowa. Jeśli Elion wskrzesi je, to będzie nasz koniec. Zostaniemy zmuszeni do podjęcia decyzji. Jeżeli się przed nim nie ugniemy, czeka nas śmierć. Gandalfie, zrozum…
****
Cześć i czołem!
Jak tam? Mam nadzieję, że dobrze.
Cóż jak na tak długa przerwę, rozdział… Jest całkiem całkiem jak na tak długą przerwę– moim zdaniem. Mam nadzieje, że zachęcił on do ponownego czytania Smoczej Księżniczki.
Ta część również nie jest,poprawiona na tyle, jakbym chciała. Za wszelkie błędy bardzo przepraszam.
Jeśli jakieś widzicie, prosiłabym zwracać na to uwagę.
Pozdrawiam!

czwartek, 29 czerwca 2017

Od autorki

Cześć i czołem!
Dziękuję wam za podniesioną aktywność, nawet nie wiecie jaka mi tym radość sprawiliście.
Postanowiłam, że rozdziały będą pojawiały się co da tygodnie, bym mogła napisać kilka na zapas, bym znów nie zostawiała was na pastwę trzeć miesięcy. Nie ukrywam, że blog skończy się do czterdziestego rozdziału. Jeszcze nie wiem ile ich będzie czy trzydzieści osiem czy możne trzydzieści sześć. To wyjdzie w praniu.
Do zobaczenia w przyszłym tygodniu!
Pozdrawiam!
Maria Madeline Dreams