piątek, 4 sierpnia 2017

Rozdział 30 – Światło ze wschodu

Echo kroków niosło się po korytarzu, odbijając się od przeszkód. Spóźniony mężczyzna przemierzał korytarz wykonany z jasnego marmuru. Jego ściany zdobiły obrazy smoków, rodziny królewskiej jak również scen z codziennego życia. Z zaciekawieniem przyglądał się kolejnym obrazom, przeciągając swoje spóźnienie. Spoglądał na sianokosy i kucharza, ugniatającego ciasto. Wszystko wyglądało nienagannie. Wydawał się oczarowany domem swego gospodarza. Stanął nagle widząc… siebie. Siedział jako mody chłopak pod drzewem. W zębach trzymał źdźbło trawy. Zdezorientowany nie mógł się poruszyć. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek malarz wykonał obraz z nim w roli głównej. Na jego twarzy widniał szeroki uśmiech, a oczy błyszczały jakby od śmiechu. Ocknąwszy się, ruszył z powrotem w kierunku sali jadalnianej. Zerknąwszy ostatni raz w kierunku srebrnej ramy obrazu, wpadł na coś. Zdezorientowany spojrzał przed siebie. Mężczyzna nie należał do niski osób, wręcz przeciwnie. Wzrost jego osiągnął już w bardzo młodym wieku dwa metry. Zaskoczony spojrzał w dół na rzecz, która zagrodziła mu drogę. Tą rzeczą okazał się… krasnolud. Potarł dłonią nerwowo kark, spostrzegając, że to nie mężczyzna, ale kobieta. Miała długie kręcone kasztanowe włosy. Patrzyła na niego swoimi piwnymi oczami, w których dostrzegł brązowe plamki, srogim wzrokiem. W tej chwili zorientował się, że postać ubrana po męsku, leży na ziemi.
 - Przepraszam najmocniej, pani – schylił się, chcąc pomóc jej wstać. – Powinienem być bardziej uważny – spojrzał na nią ze skruchą. – Nazywam się Luthias, Lady. Pragnę wynagrodzić ci moją nieuwagę. Czy jest coś co mógłbym dla ciebie uczynić, pani? – ukłonił się, chcąc wyrazić szacunek.
 - Bryluen – odparła bez namysłu, zapominając o zaistniałej sytuacji. – Jak najbardziej jesteś mi coś winien – rzekła bez ogródek. – Pragnęłabym pójść z tobą na spacer – zilustrowała go od góry do domu.
Luthias był rosłym mężczyzną o barczystych ramionach. Przyciągał wzrok kobiet, powodując zazdrość u innych mężczyzn. Jednak żadna z dam nigdy nie opanowała jego serca. Pragnął tylko tej jedynej, z którą mógłby spędzić resztę życia. Nie znalazł jej jednak. Teraz jednak wolałby zostać sam. Nie wiedział co przyniesie jutro. Wiedział, że w obecnej sytuacji śmierć jest bardzo prawdopodobna.
 - A teraz wybacz, ale spieszę się. Spotkajmy się po wieczerzy przy wejściu – rzekła na odchodnym.
Zdezorientowany mężczyzna, potrząsnął głową. Bryluen nie wywarła na nim dobrego wrażenia. Nie zachowywała się jak przykładna kobieta. Co więcej, swoim zachowaniem równała się z mężczyzną. Niezadowolony ruszył w oznaczonym kierunku. Czuł niesmak po swojej obietnicy, jednakże słowo pozostaje słowem. Zawsze uważał się za człowieka honoru, to też musiał pogodzić się z losem. W końcu sam zaproponował wynagrodzenie. Westchnął przeczesując swoje za długie już włosy. Gdyby nie sytuacja, w której się obecnie znajdował, dawno by już podciąłby je do należytej wysokości. Nieznaczne loki opadały mu na twarz podczas marszu. Przeszkadzało mu to, jednak musiała to zaakceptować. Wszedł do sali, przyciągając tym samym uwagę swoich przyjaciół.
 - Wybaczcie moje spóźnienie – rzekł ze skruchą, zasiadając pomiędzy Shapiro i Gimli’m.
 - Nic się stało, przyjacielu. Zaczęliśmy jednak bez ciebie – uśmiechnął się przyjaźnie Mentis.
Mężczyzna skinął głową na znak, zgody. Wrócili do przerwanej jego przybyciem rozmowy. Ku zaskoczeniu Luthiasa, krasnolud począł prawić o Bryluen i jej wdziękach. Zachwycał się nad jej pięknem i prostota bijącą od jej osoby. Przekonywał przyjaciela do tego, że słowem potrafi uwieźć mężczyznę. Luthias gryzł sobie policzki, wpychał jak najwięcej jedzenia do ust, by nie parsknąć śmiechem. Wiedział bowiem, że to mogłoby urazić krasnoluda, który po raz pierwszy zachwycał się nad kobietą. Przytakiwał mu, czując na sobie rozbawione spojrzenie Uriel. Słysząc kolejne pochlebstwa skierowane w stronę Bryluen, wpadł na pomysł.
 - Przyjacielu, muszę cię zasmucić – zaczął pewny siebie. – Bryluen zaproponowała mi spacer po wieczerzy – spojrzał na zdenerwowanego krasnoluda. – Jednak – przerwał mu nim zdążył coś powiedzieć – chciałbym, żebyś mnie zastąpił – uśmiechnął się przyjaźnie. – Oczywiście jeśli Bryluen zgodzi się na to – uprzedził jego zapał.
 - Świetny pomysł przyjacielu – poklepał go po plecach, wpychając do ust pieczonego kurczaka.
Luthias skomentował zachowanie przyjaciela, śmiechem. Cieszył się, że sprawił mu radość. Sam nie miał ochoty na spacery. Pragnął wypytać Mentisa o obraz, który nie dawał mu spokoju. Dlaczego jego portret miałby wisieć w jego pałacu, skoro nawet nie należał do jego rodu. Był tego pewny, ponieważ nie posiadał znamienia. Dobrze znał swoje dzieciństwo, które nie zawsze było łatwe. Jednakże za każdym razem, potrafił stawić czoło problemom. Westchnął nie rozumiejąc.
Po skończonej wieczerzy, gdy służka wyniosła ostatnią tacę, zamykając za sobą drzwi, pan domu podparł się łokciami o stół. Trzymając się za mostek nosa, westchnął ociężale. Nie chciał ich smucić, jednakże był zmuszony im o tym powiedzieć, zważając na więź jaka go z nimi łączyła. Wiedział, że prędzej czy później sami by się o tym dowiedzieli. Nie widział więc potrzeby, utrzymywania tego w tajemnicy. Nawet jeśli miałoby to zepsuć im wieczór. Westchnąwszy, wyprostował się.
 - Dotarły do mnie przykre wieści – zaczął, szukając odpowiednich słów – o złym stanie zdrowia, naszego przyjaciela Aragrona – przyjrzał się ich twarzom. – Ostatnimi czasy jego choroba bardzo postąpiła, zmuszając go do pozostania w łożu. Spodziewa się, że wkrótce tron obejmie jego syn, Eldarion – skończył ze smutkiem.
 - Dziękujemy, że nas o tym poinformowałeś – uśmiechnął się smutno Legolas.
 - Druga mniej przyjemną sprawą jest Bree. Wojska Elion’a, które zgromadził w Morii, zaatakują pewnie od wschodu. Podejrzewamy, że miasto popadnie w ruinę, kiedy jego wojska przez nie przejdą – westchnął, opierając się o oparcie krzesła.
 - Nie możemy na to pozwolić – rozgrzmiała zdenerwowany głos Alwiny. – Tam mieszkają rodziny! Musimy im pomóc – wciągnęła gwałtownie powietrze. – Istnieje możliwość by udali się do Tharbad’u? – zapytała, oczekując pozytywnej odpowiedzi.
 - Oczywiście – zapewnił ją. – Nie możemy jednak ich do tego zmusić – spojrzał na nią wymownie.
 - Jeżeli się nie zgodzą, czeka ich śmierć – zaprotestowała. – Wojna nie zważa na szlachetne poczynania – zgromiła go wzrokiem. – Musimy dołożyć wszelkich starań by przystali na naszą propozycje. Nie będzie to ławę, wiem – uprzedziła Shapiro. – Zdaję sobie sprawę z tego, że hobbici nie chętnie podróżują, ale to jedyne wyjście z tej sytuacji.
 - Nie możemy ich do niczego zmuszać, Mentis ma racje – zauważył Gandalf. – Postaram się jednak, by zmienili decyzję. A teraz, przeproszę was. Muszę udać się bezzwłocznie w podróż – wstawszy od stołu, podszedł do stojącego już Mentisa. – Dziękuję za wieczerze, mam nadzieje, że nasze drogi spotkają się jeszcze – uścisnąwszy go przyjaźnie, wyszedł w pośpiechu.
Luthias postanowił bezzwłocznie rozwiać sprawę z Bryluen. Szanował ją jak każdą kobietę. Nic więcej nie powinna oczekiwać. Żywił nadzieję, że kobieta wykaże większe zainteresowanie jego przyjacielem z uwagi, że pochodzą z tej samej rasy. Odstąpiwszy od stoły, począł zmierzać do swej komnaty. Musiał uwzględnić to, że Bryluen nie zgodzi na spędzenie tego wieczoru z Gimli’m. Mimo iż była piękną kobieta, nie zauroczyła go swoim zachowaniem. Była zbyt pewna siebie i opryskliwa, co nie podobało się mężczyźnie. Pragnął umówić się z kobietą delikatną, wymagającą opieki, by czuł się potrzebny. Oczywiście nie wykluczało to tego, że powinna być zaradna. Nie ścierpi kobiet, które nie potrafią zrobić niczego bez mężczyzny. Nie rozumiał mężczyzn, którym się to podobało. Wiedział jednak, że o gustach się nie dyskutuje. Uśmiechnąwszy się, stanął przed lustrem oglądając na swój strój. Miał na sobie ciemnobrązowe spodnie oraz ciemnozielony frak, pod którym znajdowała się śnieżnobiała koszula. Całość kończyły wysokie czarne buty. Zadowolony ruszył w kierunku umówionego miejsca. Przechodząc korytarzem, zatrzymał się przed drzwiami swego przyjaciela. Zapukał dwa razy czekając na odpowiedź, lecz jej nie dostał. Pewnie śpi. Wzruszywszy ramionami, ruszył w stronę wyznaczonego celu. Nim zdążył wyjść na dziedziniec, drzwi otworzyły się. Spojrzał na śmiejącą się Bryluen, idącą w towarzystwie Gimli’ego. Kobieta przeniosła na niego wzrok.
 - Wybacz Luthiasie, lecz…
 - Nie szkodzi – przerwał jej, kłaniając się. – Pozwolicie, że odstąpię od was – uśmiechnąwszy się, wyszedł do ogrodu.
Słońce chyliło się ku wieczorowi, otulając ziemię swym blaskiem. Ognista gwiazda nagrzewała powierzchnię ziemi. Drzewa kołysały się nieznacznie od delikatnego podmuchu wiatru, który sprawiał, że gorąc wydawał się mniejszy. Patkom jakby to nie przeszkadzało. Przeskakiwały z gałęzi na gałąź. Zbierały patki by uzupełnić swoje gniazdo, w którym już niedługo miały się pojawić pisklęta. Miały dzióbki pełne roboty. Mimo, że mijały się często z owadami, zapylającymi kolorowe kwiaty drzew i krzewów, nie zwracały na nie uwagi, skupiając się na swoim celu. Owady również jakby nie zainteresowane pośpiechem swoich sąsiadów, siadały na kolorowych kwitkach, które tworzyły niesamowite kompozycję. Krzewy formowały niesamowite kształty, tworząc pierścienie, kwadraty, koła. Niektóre z nich przypominały nawet zwierzęta. Wzdłuż alejki, usypanej z białego kamienia, rosły drzewa wiśni, które były w fazie kwitnięcia. Korony drzew, zaplatały się u góry tworząc łuki. Ogród zapierał dech w piersiach. Alejka dobiegła końca, zatrzymując się przy pierścieniu usypanym z tych samych kamieni. W jego środku porośniętym zielona trawą, znajdowało się drzewo. Spojrzał niepewnie na drzewo, widząc, że każdy kolor kwiatu jest inny. Mógł powiedzieć więcej. Drzewo poczęło lśnić wraz z znikającym już słońcem. Podszedł niepewnie do drzewa, wyciągają w jego kierunku rękę. Zachwycony położył dłoń na korze. Prze jego ciało przebiegł nieznany mu dreszcz.
 - Pięknie tu, prawda? – zagadnął stojący za nim Mentis.
 - Tak – odrzekł odchodząc od drzewa. – Niesamowite miejsce – uśmiechnął się, rozglądając na boki.
 - Ojciec zasadził to drzewo – uśmiechnął się do mężczyzny. – Lśni każdej nocy, nie tracąc swoich kwiatów – usiadł na trawie.
 - Mogę cię o coś zapytać? – zaczął niepewnie Luthias, przysiadając się.
Mężczyzna w odpowiedzi skinął głową, marszcząc brwi.
 - Chciałbym się zapytać o obraz, na którym znajduje się młody chłopak, trzymający kłos w zębach – przeniósł na niego wzrok. – Kogo on przedstawia?
 - Hm… - mruknął Mentis. – Mogę się mylić, lecz wydaje mi się, że kuzyna księżniczki. Odkąd zaginał nie możemy go znaleźć – przyjrzał się mu uważnie. – Dlaczego pytasz?
 - Pytam, ponieważ jest łudząco podobny do mnie za młodu – westchnąwszy, przeczesał ręką włosy.
 - Kim byli twoi rodziciele? Oczywiście nie musisz odpowiadać – zapewnił.
 - Nie znam swoich prawdziwych rodziców. Wychowało mnie starsze państwo, któremu zginął syn spośród dziesięciu – odparł niepewnie. – Nie posiadam znamienia – przerwał Mentis’owi, nim zdążył się odezwać.

 - Nie trudno użyć zaklęcia by je zakryć. Moje też było zakryte – przyznał. – Udamy się do Gandalf’a, opóźnił swoją podróż. Z pewnością zaradzi tej sytuacji – uśmiechnąwszy się, pomógł mu wstać.
Ostatnie słoneczne promienie przedzierały się przez cienką zasłonę rozwianą przez wiatr, nieznacznie oświetlając komnatę. Cisza panująca w pomieszczeniu przynosiła błogi spokój. Odpoczynek od zgiełku i problemów zwianych z przygotowaniem armii. Wiedział, że syn jest gotowy objąć tron, mimo jego licznych protestów. Widział strach w oczach syna, kiedy rozmawiał z nim o przyszłości królestwa. Uśmiechnął się na wspomnienie niemowlęcia, trzymanego w rękach Arwen. Już w tedy wiedział, że jego latorośl wyrośnie na silnego mężczyznę. Niejednokrotnie słyszał jak władcy chwalą go za kunszt i opanowanie. Wiedział jednak, że jest wrażliwy, co odziedziczył po swojej matce. Często patrzył na swoje nowo narodzone siostry, nie mogąc się im zachwycić. Zaśmiał się przypominając sobie jego słowa. Są całkowicie łyse, ale moją takie malutkie rączki! I malusi nosek! Jak one mogą przez niego oddychać! Mimo zewnętrznego podobieństwa do ojca, większość cech odziedziczył po jego żonie. Przeniósł spojrzenie na patka, który przysiadł na oknie. Przyglądał się mu, przechylając swój łepek. Objął mocniej żonę, całując ją w czoło.
 - Le melin, Aragorn (Kocham cię, Aragorn) – szepnęła wtulając się w niego.
 - Le melin, Arwen – szepnął.                        
Położyła swoja głowę na jego klatce piersiowej, wsłuchując się w spokojne bicie serca. Bolało ją serce, widząc jak cierpi i zmaga się z bólem. Choć nie dawał po sobie tego poznać, ciało zdradzało, w jak szybkim tępię choroba postępowała. Zapalenie płuc na początku nie wydawało się groźne, więc zbagatelizował jej obawy, mówiąc, że lud go potrzebuje. Mimo iż starała się o najlepszych medyków i zielarzy, starania niewiele pomagały. Z dnia na dzień jego ciało słabło na jej i dziatw oczach. Córki bardzo często starały się rozweselić ojca swoim śpiewem czy grą. Ustanowiły nawet przy nim warty, by nigdy nie doskwierała mu samotność.
 - Eldarion będzie dobrym władcą – westchnął z uśmiechem. – Jest gotów objąć tron i stanąć na czele naszego królestwa.
Arwen poruszyła się niespokojnie na jego słowa. Nie chciała by zadręczał się w swoim stanie sprawami królestwa. Pragnęła by choć raz przejął się swoim zdrowiem. Nie zareagowawszy na jego słowa, przymknęła powieki. Nie chciała słyszeć o śmierci swego męża, wręcz odgradzała się od tej poruty. Śmierć ukochanego równała się z jej śmiercią, nawet jeśli nie fizyczną.
 - Niewątpliwie. Jednakże, będzie musiał wstrzymać się. Odzyskasz siły i rozpoczniecie naukę, by go należycie przygotować – szepnęła ze łzami.
 - Wiem, że jesteś świadoma tego, że mój czas dobiega końca. Dasz sobie redę – otarł jej policzek mokry od łez.

 - Nie jestem już młodzieńcem – ucałował jej usta. – Le melin, Arwen – wtuliła się w niego, łkając. 

sobota, 22 lipca 2017

Rozdział 29 – Nowa nadzieja

               Zakluczyła drzwi pokoju, który dzieliła z Uriel. Rozglądnęła się, czy nie powinna jeszcze o czymś pamiętać. Zerknęła niepewnie w stronę okna. Westchnąwszy ruszyła w jego stronę. Chwytając za materiał firanki, spojrzała na ulicę. W mieście panował wesoły gwar, co dało się słyszeć poprzez głośną muzykę i śpiew. Zasunęła ją do końca, chcąc się upewnić, że na pewno nikt nie zobaczy co robi. Usiadła, na łóżku, wyciągając z torby gruby zeszyt. Nie wiedziała czy powinna czytać zapiski matki, lecz tylko to mogło ją naprowadzić ma trop. Przejechała jeszcze raz dłonią, po chropowatej okładce. Niepewnie odczepiła zabezpieczający zeszyt, guzik. Przygryzła wargę, widząc na pierwszej stronie herb swojego rodu. Dotknęła go opuszkami palców, zastanawiając się, czy sama go namalowała. Przerzuciła kolejną kartkę, chcąc dojść do sedna.

_______

Później wpiszę rok, w tej chwili zdecydowanie nie mam na to czasu.
Teraz, gdy Ilfirin został moim małżonkiem, czuję się spełniona. Wiem, że to jest właśnie moje przeznaczenie. Nie wybaczyłabym ojcu, gdybym została żoną tego… zdrajcy. Obiecał mu pokój… Karmi go złem, a on go nie widzi. Starość przyćmiła mu wzrok. Matka miała rację, mówiąc, że mam się strzec, gdy nadejdą niespokojne czasy. Jest moim ojcem i bardzo go kocham, jednak… To do czego on zmierza jest niedopuszczalne. Jest odpowiedzialny za całe Smocze Królestwo. Myśl o jego upadku nadal napawa nie przerażeniem i smutkiem. Postanowiliśmy, więc wynieść księgi i zwoje z całego królestwa. Początkowo miały znaleźć się w Rivendell, jednakże postanowiliśmy, umieścić je w podziemiach Tharbad’u. Może to choć trochę zaradzi w tej sytuacji. Ojciec od bardzo dawna do nich nie zaglądał, nawet do tych najważniejszych. Jeśli się nie uda… W tedy będziemy o tym myśleć. Teraz muszę się skupić na dokończeniu księgi: „ Upadek Smoczego Królestwa”. Sama jestem zlękniona czytając to wszystko, a co z ludźmi, którzy nadal to przeżywają. Chociaż, mojego królestwa już nie ma, zostało stracone przez najeźdźców. Główny prowokator, którego imienia, nie wymienię, zdenerwował się na wieść o mojej ucieczce z Ilfirin'em. Tak powiedziała mi pewna staruszka, której były to ostatnie słowa: „Kazał pojmać po jednym z każdego domu, a następnie połowę zabić na oczach całego ludu. Pozostałych zamknięto w niewoli”. Mam łzy w oczach, gdy o tym wspominam. Powinnam być tam z nimi, jestem ich prawowitą władczynią. Nie mogę jednak tego uczynić, chociażby przez wzgląd na moją rodzinę. Draco powiedział mi, że spodziewam się dziecka i będzie to dziewczynka. Uczynił mi i memu mężowi mówiąc to, wielką radość. Jest jednak również smutna prawda. Wspomniał również o tym, że zginie ona w Krwawej Bitwie, by… Tego zakazał mi mówić komukolwiek. Kiedy wspomniałam o moim dzienniku, zgromił mnie mówiąc, że to niebezpieczne.
Bardzo boli mnie, że moja mała córeczka, będzie musiała przypłacić za to życiem. Czeka ją ogromny trud, zwłaszcza, że ma odziedziczyć po mnie długowieczność. Draco wspomniał mi w tajemnicy przed Ilfirin'em, że zrodzę ją w gwiaździstą noc. Nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła wziąć Alwinę – bo tak daliśmy jej na imię, w ramiona. Chciałabym, żeby znalazła przyjaciół, w których będzie miała oparcie. Bowiem, żaden człowiek nie zasługuje na to, by być samotnym. Nie ważne czy zawinił czy nie. Ojciec stał się inny po śmierci matki, nie poradził sobie sam. Słyszałam kiedyś tylko jego płacz, kiedy wołał moją matkę o pomoc, bo nie ma wystarczająco sił, by mnie wychować na wrażliwą kobietę. Uważam jednak, że doskonale sobie poradził. Wychowywał mnie sam, ale zawsze mogłam na nim polegać, dopóty nie pojawił się On.
Ostatnio odwiedziła nas Galadriela, za co jestem jej dozgonnie wdzięczna. Przywiozła mi szmacianą lalkę odzianą w niebieskawobiałą suknie, mówiąc, że to prezent dla przyszłej królowej. Nie chciałam jej wspominać o przyszłości mojego dziecka, ponieważ doskonale wiedziałam, że ona o tym wie. Pozostało mi się z tą prawdą tylko pogodzić. Nie chciałabym tylko na to patrzeć. Serce by mi pękło, widząc ostrze, przeszywające pierś mego dziecka. Obiecała mi jednakże, że będzie jej chronić, nawet za cenę własnego życia. Nie wiedziałam co miała w tedy na myśli. Dobrze wiem, że nie chodziło jej o Krwawą Bitwę i, że miała widzenie, o którym nie chciała mi powiedzieć. Bardzo zasmuciły ją jej własne myśli. Widziałam w jej oczach łzy przepełnione bólem i cierpieniem.

Míri


Zmarszczyła brwi. To co przeczytała wprawiło ją w osłupienie. Nie wiedziała, że matka wiedziała o jej przeznaczeniu. Nagle zdała sobie sprawę, dlaczego tamtej nocy płakała w ramionach ojca. Kiedy ją zapytała, co się stało, zbywała ją odpowiedzią, że nic. Choć była mała, wiedziała, że z elfką dzieje się coś niedobrego. Martwiła się o nią przez długi czas. Po niespełna dwudziestu dniach, jej humor poprawił się jednak. Chodziła uśmiechnięta jak dawniej, więc postanowiła nie ciągnąć dalej tematu. Nadal dobrze pamiętała tamtą rozmowę.

Nie mogąc spać, wpatrywała się w gwiazdy za oknem. Uwielbiała na nie patrzeć, ale nie widziała dlaczego. Zawsze fascynowało ją to, jak rodzą się gwiazdy oraz jak to się dzieje, że świecą tak jasno na niebie. Ojciec powiedział jej kiedyś, że muszą świecić tak jasno, ponieważ wskazują w ten sposób drogę zbłąkanym. Od tamtej pory, wypytywała go o każdy gwiazdozbiór jaki znał. Nie mogła się doczekać, kiedy na przełomie lata i jesieni, zacznie się ich małe święto. Co noc siadali w tedy pod rozgwieżdżonym niebem i oczekiwali spadających gwiazd. Często zastanawiała się, gdzie one lecą, lecz nigdy o to nie zapytała, chcąc by pozostało to tajemnicą.
Położyła swoje małe stópki na zimnej drewnianej podłodze, nie spuszczając wzroku z nieba. Powolnym krokiem ruszyła w stronę sypialni rodziców, widząc snop światła dochodzący z ich pokoju. Spostrzegając uchylone drzwi, zatrzymała się.
 - Myślałam, że już się z tym pogodziłam – mówiła, łkając. – Jakże się myliłam – tuliła się w ramię ojca.
 - Wiem, kochanie. Jestem pewny, że sobie z tym poradzi, jest dzielna jak na swój wiek. Wiesz, że od zawsze ciągnęło ją do nich – uśmiechnął się do niej smutno. – Ciągle pyta o tą samą konstelację.
 - Nie wie o tym. Przeklęłaby się, gdyby wiedziała – otarł jej łzy.
 - Mamusiu – weszła niepewnie do pomieszczenia. – Coś się stało? – zapytała, patrząc zmartwiona na matkę. Nie czekając na odpowiedz, przytuliła się do nich.
 - Nic skarbie – pocałowała ją w główkę. – Zrozumiesz, jak będziesz starsza.


Przeczytała jeszcze raz słowa swojej matki, które zapisała: „Bardzo boli mnie, że moja mała córeczka, będzie musiała przypłacić za to życiem”. Nawet gdyby mogła zmienić przyszłość, a musiałaby wpłynąć na przeszłość, nie zrobiłaby tego. Zmienienie jej przeszłości, oznaczałoby, zmianę jej teraźniejszego życia, za żadne skarby świata nie chciała stracić swoich przyjaciół. To właśnie jej życie, nauczyło ją wielu rzeczy, mimo, że nie było ono często łatwe i przyjemne. Cieszyła się nim, mimo trudu, który musiała pokonać. Schowała do toby z powrotem pamiętnik matki. Podeszły do okna, odsłoniła firanę. Gdy już chciała odejść, zauważyła na ulicy coś nadzwyczaj dziwnego. Jej uwagę przykuł czarnowłosy mężczyzna, kłócący się z Gandalf’em. Miał do czarodzieja wyraźni żal i pretensje. Wymachiwał gorączkowo dłońmi, co jakiś czas przeczesując swoje włosy do ramion. Starzec próbował go uspokoić, kładąc mu dłoń na ramieniu, ale on pozostawał nieugięty. Niespodziewanie mężczyzna podniósł oczy ku oknie. Spostrzegłszy ją, zaniemówił. Wpatrywał się w nią, jakby zobaczył jednego z Valarów. Zaskoczona jego zachowaniem, odsunęła się od okna. Upewniwszy się, że pamiętnik jest dobrze schowany, zeszła do karczmy. Została tam przywitana przez tajemniczego mężczyznę, który nadal wpatrywał się w nią z niedowierzaniem. Oprócz czarnym jak smoła włosów, miał niebieskie oczy. Spuścił wzrok, klękając przed nią na jedno kolano. Patrzyła zdezorientowana na jego czyny. Nikt nigdy wcześniej, nie kłaniał się przed nią jak królowi, ta czynność leżała w jej zwyczajach. Otrząsnąwszy się z amoku, pomogła mu wstać.
 - Powstań – spojrzała na niego podejrzliwie. – Kim jesteście? – patrzyła mu twardo w oczy. – Kim ja dla was jestem, że zasługuje na ukłony? – powiedziała ostro.
 - Nazywam się Mentis – ukłonił się lekko. – Jesteś pani tą, która dzierży berło smoka. Tą, którą twój lud szukał od lat. Jedyną nadzieję, dawała nam legenda, zwiastująca Twoje przybycie.
Patrzyła na niego z niedowierzaniem, nie mogąc wydobyć z siebie ani słowa. Przenosiła wzrok z niego na Gandalf’a i na odwrót, nie mogąc pojąc tego co właśnie usłyszała. Wraz z Thomas’em jej nadzieja na to, że nie pozostała sama ze swego rodu, umarła. Pogodziła się z rzeczywistością, choć było jej trudno to zrobić, widząc innych władców, którzy cieszyli się radością swych poddanych. Uśmiech jednak, szybko znikł z jej twarzy, zdając sobie sprawę, że nadejdzie czas, gdy przyjdzie jej ich opuścić. Nie chcąc jednak działać nader pochopnie, przypomniała sobie o znaku, który posiadała osoba należąca do jej rodu. Przełknęła ślinę, patrząc na Gandalf’a.
 - Pokaż mi swoje znamię, a uwierzę ci – powiedziała hardo, patrząc mu oczy.
Mężczyzna podniósłszy koszulę, stanął do niej bokiem. Na wysokości jego żeber, znajdowało się znamię w kształcie smoka. Zaskoczona uniosła brwi.
 - Mówi prawdę – uśmiechnął się Gandalf, gdy na niego spojrzała.
 - Większość naszego społeczeństwa, należy do Rodu Smoków. Niemalże wszyscy siedzący w tej karczmie, do niego należą – uśmiechnął się mężczyzna.
Zainteresowani, którzy przyglądali się całemu zajściu, siedzieli w milczeniu, ze skupieniem wpatrując się w jej postać. Każdy z nich, przywołał do siebie pieśń, która mówiła o jej przybyciu.
 - To prawda? – zapytał z niedowierzaniem gospodarz. – Jesteś tą, która ma zmazać winę, twego dziada? – wybałuszył oczy.
 - Jestem ta, która wydając ostatnie tchnienie, zmaże winę swego dziadka – odparła z powagą, patrząc na niego.
Nim zorientowała się co się dzieje, ludzie z gospody padli na kolana, spuszczając głowy. Patrzyła zmieszana na zgromadzony lud, nie wiedząc jak zareagować. Nie mogła się nadziwić ich zachowaniu. Mimo, że jej nigdy nie widzieli, oddali jej cześć. Jej uwagę przykuła dość istotna sprawa. Żaden ze zgromadzonych nie żył w całkowitej biedzie, co musiało oznaczać, że władca tego miasta dbał o swoich poddanych.
 - Alwina powiedz coś – rozbawiony całą sytuacją Shapiro, szturchnął ją w ramie. – Nie każ im tu wiecznie klęczeć – objął Uriel w pasie.
 - Powstańcie – powiedziała donośnie, otrząsając się z amoku. – Nie jestem królową i nigdy nią nie będę. Jednakże raduję się me serce, ponieważ nie ostałam sama. Proszę, powstańcie – pomogła starcowi wstać.
 - Mogę teraz w spokoju odejść, pani – podniósł na nią wzrok przepełniony radością. - Traciłem nadzieje, że spojrzę na królewskie dziecię – uśmiechnął się promiennie.
 - Zapraszam pani ciebie i twych przyjaciół do mego domu – wtrącił Mentis. – Zeszytem będzie dla mnie, jeśli pozwolicie mi zostać waszym gospodarzem – ukłonił się. – Mamy wiele spraw do omówienia – wyprostował się.
 - Nie wątpię to, jednakże decyzja nie należy tylko do mnie, ale i do mych przyjaciół.
 - Chętnie przystaniemy na tą propozycję – uśmiechnął się Luthias.
 - A więc postanowione – uradował się Mentis. – Zapraszam was na wieczerze, każe przyszykować komnaty. Do zobaczenia wkrótce, mam nadzieję – ukłoniwszy się, wyszedł.
               Oparł się plecami o zimną ścianę. Zdobycie zaufania żołnierzy, okazało się w rzeczywistości dużo trudniejsze, niż się mu na początku wydawało. Bał się, że zdradzi się choćby najmniejszym gestem, mimo, iż starał s zachowywać się jak najnaturalniej. Dowódca oddziału przyjął go, nie sprawdzając niczego. Na początku powodziło mu się bardzo łatwo. Pewnego dnia jednak jeden z żołnierzy, począł wypytywać go czy zna prawowitego władcę. Zbywał go, mówiąc, że Toron jest prawowitym władcą, jednak tamten pozostawał nieugięty. Podczas ostatniej wizyty Toron’a, który co jakiś czas kontrolował swoje oddziały, poprosił dowódcę o dodatkową pracę po ty by nie spotkać się ze swym bratem. Cieszył się jednak faktem, że zdobył zaufanie żołnierzy, co nie należało do najłatwiejszych zadań.
Lęk o Amice nie ułatwiał mu, doprowadzenia misji do końca. Wiedział, że kobieta podobała się bratu i nie jednokrotnie wspominał, że w końcu zostanie jej małżonkiem. Nad to dowiedział się, że podczas obchodów, obecny władca, chełpił się, że już niedługo odbędzie się jego ślub. Przymknął oczy, czując narastającą w nim złość. Mimo jego namowy, kobieta nie wyjechała, mówiąc, że nie zostawi go. Zupełnie jak w tedy, gdy postanowili związać się, kiedy Toron straci tron. Na przypieczętowanie tej obietnicy, podarowała mu pierścień, który zawsze nosił na szyi.
Wyprostował się, słysząc dudniące kroki na korytarzu. Wstawszy, położył obie dłonie na rękojeści miecza. Miał być sam. Toron zaprosił swych żołnierzy na ucztę. Pot wstąpił na jego czoło, a źrenice rozszerzyły się. Gotów do ataku, wyjął miecz z pochwy. Drzwi lekko skrzypnęły, a w nich pojawił się… Sam, który był jego dobrym przyjacielem. Uśmiechnął się do niego, widząc jego postawę.
 - Toron zaprosił na ucztę wszystkich dowódców, a nam wysłała piwo i świeżą pieczeń, dołączysz? – zapytał śmiejąc się, widząc z jaką ulgą wzdycha jego przyjaciel.
 - Tak, chodźmy – położył dłoń na jego ramieniu, chowając broń.
Przemierzali korytarz w zupełnej ciszy. Sam’a niepokoiło zachowanie przyjaciela, który od pewnego czasu stał się bardziej nerwowy. Próbował dojść do przyczyny, lecz za każdym razem, próby kończyły się niepowodzeniem. Zastanawiał się, czy powinien zapytać go o jego zachowanie. Rezygnował jednak z tego tak szybko, jak wpadł na taki pomysł. Nie chciał zezłościć dodatkowo przyjaciela. Mimo to, chciał mu pomóc, nawet jeśli miałby za to przypłacić życiem.
 - Przyjacielu – zaczął – lękam się o twoje samopoczucie. Czy ostatnio, wydarzyło się coś niepokojącego? – zapytał, patrząc na buty.
 - `Nic szczególnego, Sam – uśmiechnął się, chcąc dodać mu otuchy. – Myślę nad snem z ostatniej nocy. Śnił mi się ogień i ogarniający wszystko mrok. Pochłonął on moich najbliższych, a gdy miał już dopaść mnie, zerwałem się z łoża – westchnął na jego wspomnienie.
 - Myślę, że nie masz się czego obawiać. Kiedy już nasz przeciwnik zginie, udamy się spokojnie do naszych rodzin – spojrzał na niego.
 - O to mi chodzi, Toron was okłamuje… - przerwał, gdy weszli do sali jadalnianej.
 - Wygrałem! – krzyknął Edgar. – Biorę podwójną ilość! – zaśmiał się.
 - Jak to władca nas okłamuje?! – zapytał zdezorientowany Sam za głośno.
 - O czym ty mówisz, Sam’ie. Starczy ci chyba…
 - Mówi prawdę – podjął Firin. –Nazywam się Firin – zdjął perukę.
****
Cześć i czołem!
Jadę jutro na wakacje, więc nie będzie mnie przez tydzień. Może to spowodować to, że będę musiała nadgonić do przodu rozdziały, które będą do końca wakacji pojawiać się co dwa tygodnie.
Mam nadzieję, że rozdział nie jest zły.
Przepraszam was za wszystkie błędy, jeśli jakieś widzicie, możecie śmiało mi napisać, nie obrażę.
Aktualnie nie mam wany na trzy ostatnie rozdziały (32,5-35), więc mam nadzieję, że nad morzem wpadnie mi coś do głowy.
Bardzo wam dziękuję :*.
Do zobaczenia!

czwartek, 6 lipca 2017

Rozdział 28 – Klucz wiedzy część II

Przyjrzała się uważnie jej brązowej okładce, wykonanej ze skóry. Była podobnego koloru do jego. Na samym środku widniała wyzłocona sylwetka smoka, a tuż nad nią jego imię. Zerknęła na grzbiet, na którym również widniała jego renoma w kolorze złota. Otworzyła ją ostrożnie, uważając by nie zagnieść żadnej kartki. Na pierwszej stronie, czarnym atramentem było napisane w języku smoków, które rozumiał tylko potomek z jej rodu, Smocze Królestwo.
 - Zatrzymaj ją, w końcu należy do ciebie. Nie pozwól jednak, by dostała się w niepowołane ręce. Żadna istota, która nie należy do rodziny królewskiej ze Smoczego Rodu, nie ma prawa jej otwierać – rzekł ostro.
 - Dobrze. Dziękuję, że mi ją ofiarowujesz – uśmiechnęła się do niego. – Nie spuszczę jej z oczu – zamknąwszy ją, schowała do torby, którą ze sobą miała.
 - Jednakże to nie wszystko, co miałem ci pokazać – ruszył przed siebie. – Jest coś o wiele ważniejszego, chodźcie – zerknął na nich.
Zdezorientowana księżniczka ruszyła w ślad za nim. Myślała, że już wszystko wie, co zdążyło się uchować, dopóki Gandalf jej tu nie przyprowadził. Wobec ogromu znajdującego się w księgach, poczuła się mała. Mimo, że marzyła o tym, by znalazła coś, co pomogłoby jej lepiej zrozumieć przeszłość i przyszłość, była przerażona. Wiedziała, że to co stamtąd wyniesie już nie będzie bezpieczne, jednakże ciekawość i chęć poznania prawdy, okazały się większe. Wystarczyło, że dowiedziała się o rzeczach, o których powinna wiedzieć, by rozbudzić w niej te dwa uczucia do maksimum. Wiedziała jednak, że musi uważać na to, by nowa wiedza nie zaćmiła jej umysłu. Nie chciała powtórzyć błędów swego dziadka, za które musiała zapłacić. Żałowała, że nie zdołała oglądać potęgi swojego upadłego królestwa, niemniej żywiła nadzieje, że informacje zawarte w księgach pomogą jej.
 - To co znajduje się za tą ścianą, jest najważniejszą częścią tej biblioteki – przyłożywszy swój medalion do wzoru pasującego na ścianie, odsunął się.
Kamienie zatrząsnęły się, a po chwili przed ich oczyma, ukazało się pomieszczenie. W jego ścianach znajdowały się kamienne półki, które były po brzegi wypełniane książkami, a z sufitu zwisały flagi z herbami królestwa. Na samym środku stał piedestał, na którym znajdowała się średniej wielkości ozdobna szkatułka, wykonana ze srebra. Na wieku umieszczone zostały płaskorzeźby trzech stojących smoków. Środkowy był najbardziej wysunięty do przodu. Dwa pozostałe zaś pozostawały w jego cieniu.
 - Może ją otworzyć tylko twój medalion. Medalion Smoczej Księżniczki ma kryształ, którego nie ma żaden inny. Twoja matka też taki miała – uśmiechnął się. – Tą szkatułkę przyniosła tu Míri, mówiąc, że mam czekać pewien czas, aż w końcu przyjdzie przeznaczony. Weź ją ze sobą – podał jej ją. – Otwórz ją, kiedy będziesz pewna, że nikt nie widzi – przykrył ją zabrudzonym materiałem.
 - Oddajesz ją w dobre ręce – Gandalf położył rękę na ramieniu Alwiny.
Zapatrzona w przedmiot trzymany w rękach, uświadomiła sobie, że nie może ich przyjąć. Kiedy już w końcu stanie twarzą w twarz z Elion’em, one nie będą bezpieczne. Schowanie ich we Fornost byłoby ryzykownym posunięciem. Jeśli wróg przedarłby się do środka, miałby drogę wolną. Elion odkryłby po niedługim czasie, gdzie znajduje się biblioteka. Nie mogła na to pozwolić.
 - Nie mogę tych rzeczy przyjąć – podniosła wzrok na Gandalf’a, który spojrzał na nią niezrozumiale. – Jeżeli ukryję je we Fornost, a wróg przedrze się, będzie miał możliwość zabrania ich. Z drugiej strony – uprzedziła go – moim przeznaczeniem jest śmierć. Nikt mnie przed tym nie uchroni. Rzeczy, które stąd zabiorę, zostaną we Fornost.
 - Wtedy przyniosę je tu – Gandalf zmarszczył brwi.
 - Nie pokazuj nikomu żadnej z tych rzeczy. Nie ufaj nawet przyjaciołom – ostrzegł ją hobbit, patrząc na nią twardym wzrokiem.
 - Obiecuję – schowała ja do torby. – Drogo, czy mogłabym tu spędzić kilka minut i poprzeglądać książki? Chciałabym się czegoś dowiedzieć – dotknęła jednego z grzbietów książek.
 - Biblioteka należy do ciebie, możesz więc zrobić z nią co zechcesz – uśmiechnął się.
 - Zaopiekujesz się nią, kiedy już stąd wyjdę? Jednakże, chciałabym wziąć ze sobą jeszcze choć dwie księgi, skoro Gandalf zwróci je tobie.
 - Jak sobie życzysz – ukłonił się lekko.
 - Zostawmy ją przyjacielu – Gandalf poklepał go po plecach. – Robisz jeszcze tę słynną herbatę?? – udali się w stronę wyjścia.
 - Oczywiście! Zaparzę! – zniknęli za drewnianymi drzwiami, które znajdowały się z drugiej strony wejścia od podziemi.
Wertowała strony jednej z ksiąg. Były w niej zapisane wszystkie zbrodnie, które dokonano w królestwie oraz wyroki, które spadały na sprawców. Jedną z nich była śmierć za gwałt na czterech kobietach. Sprawca jednak zbiegł. Zamknęła ją nie mogąc czytać okrutnych win. Odeszła od regału, widząc, że książki mają taki sam kolor okładki. Przechadzała się pomiędzy regałami, nie mogąc zdecydować się, którą przeczytać. Przyglądała się każdej półce po kolei, dopóki jej wzroku nie przykuła dziwa rzecz. Oto przed sobą miała rząd żółtych okładek z jedną czerwoną pośrodku. Wysunęła ją ostrożnie, nie chcąc zniszczyć innych ksiąg. Zdziwiła się, nie widząc na jej okładce tytułu. Otworzywszy ją na pierwszej stronie tytułowej, wybałuszyła oczy. Patrzyła tępym wzrokiem na napis Upadek Smoczego Królestwa. Schowała ją do torby, wiszącej na haczyku. Przerzuciła ją przez ramię z zamiarem wyjścia. Ruszyła w stronę drzwi, którymi zniknął Gandalf wraz z Drogo. Miała dużą ochotę na zachwalaną przez Gandalf’a herbatę. Otworzyła drewniane drzwi, które lekko skrzypnęły. Zdezorientowana przeszła przez nie, zamykając je starannie. Stała w pomieszczeniu, które okazało się spiżarnią. Nie była to jednak zwykła spiżarnia. Pokój był ogromny. Mieściło się w nim wiele szafek. Każdy duży regał, który miał osiem półek, został przyporządkowany jednemu rodzajowi jedzenia. Jeden z nich był poświęcony konfiturą. Zawartość słoiczków była różnego koloru, każda konfitura była z innego owocu. Na słoiczkach, widniały napisy z zawartością. Mogła śmiało stwierdzić, że Drogo uwielbiał jeżyny, ponieważ tych słoiczków było najwięcej. Oplotła spojrzeniem jeszcze raz pomieszczenie. Ujrzała różnego rodzaje sery, mięsa, a nawet chleby i bułki. Podeszła do jednej ze ścian, na której wisiały wysuszone zioła. Miały one intensywny zapach. Wśród nich rozpoznała nawet pokrzywę. Drogo jak każdy hobbit lubił porządnie zjeść, co równało się z ogromnymi zapasami. Ruszyła w stronę schodów, prowadzących do głównej części domu. Nim zdążyła wyjść, zatrzymała się, słysząc Gandalfa wypowiadającego jej imię. Nie uczono jej nigdy podsłuchiwać, jednakże ciekawość zwyciężyła z dobrym wychowaniem.
 - Oczywiście, że sobie poradzi. Została do tego przygotowana – zaprotestował czarodziej.
 - Do rozmowy z nimi również? Dobrze wiesz jacy oni są – westchnął ciężko. – Nigdy nie powątpiewałem w umiejętności Smoczej Księżniczki, jednakże… Rada może pozostać nieugięta. Ich zemstą może okazać się odmowa. Jeśli Elion wskrzesi je, to będzie nasz koniec. Zostaniemy zmuszeni do podjęcia decyzji. Jeżeli się przed nim nie ugniemy, czeka nas śmierć. Gandalfie, zrozum…
****
Cześć i czołem!
Jak tam? Mam nadzieję, że dobrze.
Cóż jak na tak długa przerwę, rozdział… Jest całkiem całkiem jak na tak długą przerwę– moim zdaniem. Mam nadzieje, że zachęcił on do ponownego czytania Smoczej Księżniczki.
Ta część również nie jest,poprawiona na tyle, jakbym chciała. Za wszelkie błędy bardzo przepraszam.
Jeśli jakieś widzicie, prosiłabym zwracać na to uwagę.
Pozdrawiam!

czwartek, 29 czerwca 2017

Od autorki

Cześć i czołem!
Dziękuję wam za podniesioną aktywność, nawet nie wiecie jaka mi tym radość sprawiliście.
Postanowiłam, że rozdziały będą pojawiały się co da tygodnie, bym mogła napisać kilka na zapas, bym znów nie zostawiała was na pastwę trzeć miesięcy. Nie ukrywam, że blog skończy się do czterdziestego rozdziału. Jeszcze nie wiem ile ich będzie czy trzydzieści osiem czy możne trzydzieści sześć. To wyjdzie w praniu.
Do zobaczenia w przyszłym tygodniu!
Pozdrawiam!
Maria Madeline Dreams


poniedziałek, 19 czerwca 2017

Rozdział 28 – Klucz wiedzy część I

Przeszedłszy kilkadziesiąt podziemnych korytarzy, należących do miasta, które ociekały wodą, czarodziej zatrzymał się w końcu przed żelaznymi drzwiami. Wyglądały na bardzo masywne. Patrzyła zaciekawiona na drzwi bez klamki i dziurki na klucz. Przedostać się za nie mógł tylko ten Wybrany. Zapukał trzy razy, w równych odstępach. Czekał cierpliwie, aż Wybrany pojawi się w drzwiach. Po kilku minutach, zmarszczył zaniepokojony krzaczaste brwi. Umówili się wyraźnie, że o wybranej godzinie ma się stawić. Zapukał ponownie w ten sam sposób. Dźwięk powędrował korytarzem, a drzwi ani drgnęły. Wciągnął rozgniewany powietrze. Zapukał ponownie, postanawiając, że robi to po raz ostatni. Myślał bowiem, że na Wybrańcu można polegać. Kiedy już miał zawrócić, drzwi otworzyły się. Za nimi czekał… Hobbit. Mniejszy od krasnoludów, ale większy od liliputów. Miał on kręcone ciemnoblond włosy oraz zielone oczy. Ubrany był w żółtą kamizelkę, pod którą miał białą koszulę. Ciemno zielone spodnie, zostały starannie wyprasowane na kant. Patrzył on na czarodzieja zmieszanym wzrokiem.
 - Wybacz mi przyjacielu, musiałem dokończyć spożywać posiłek. Mógłbyś chociaż raz nie przyjść na czas – mruknął.
 - Czarodziej nigdy się nie spóźni, nie jest też zbyt wcześnie, przybywa tedy kiedy ma na to ochotę, mój drogi hobbicie. Umówiliśmy się na tą godzinę, więc jestem – spojrzał na niego znacząco.
 - Wiem, wiem… Zapraszam – przepuściwszy swych gości, zamknął drzwi na klucz. Pospieszył w głąb korytarza, w którym panował półmrok, dając znak by udali się za nim. Uśmiechnęli się do siebie z rozbawieniem, ruszając w ciszy za swym gospodarzem.
Wkrótce dotarli do miejsca, gdzie droga rozgałęziała się do siedmiu korytarzy. Każdy miał nad sobą inny znak. Jednym z nich był wąż, a jeszcze innym drzewo. Weszli do jednego z nich, którego oznaczenie było zniszczone. Im głębiej się posuwali, można było dostrzec gęstniejący mrok. Hobbit nie zwracając uwagi na swych towarzyszy, mknął do przodu. Z sufity kapały kropelki wody, spadającą to na ich głowy, to na odzienie. Przyspieszyli kroki, chcąc dogonić swego przewodnika. Pośpiech był jak najbardziej wskazany w tamtym momencie. Nikt nie mógł zauważyć ich nagłego zniknięcia. Wszystko miało pozostać tajemnicą, nawet dla ich towarzyszy. Po kilku minutach przystanęli, omal nie wpadając na hobbita. Stał on przed ścianą, zagradzającą im drogę. Ślepy zaułek. To by oznaczało, że źle wybrał drogę. Nic bardziej mylnego. Na prawej bocznej ścianie znajdował się wyryty znak, w kształcie jej medalionu, który mężczyzna także posiadał, trzymając go na długim sznurku. Gospodarz wpasował go w niego, uważając by niczego nie naruszyć. Raptem kamienna ściana, wsunęła się w lewą. Ponaglił im, każąc im przejść. Sam przeszedłszy ostatni, zwinnym ruchem pociągnął za sznurek. W jednej chwili medalion znalazł się w jego ręku, a ściana zatrzasnęła się z powrotem. Szli chwilę ciemnym korytarzem, aż w końcu ich oczom ukazało się pomieszczenie, które wydało się im niewielkie. Hobbit wpadł w głąb mroku. Stali zdezorientowani, nie wiedząc co się dzieje. Z nagła błysło jasne światło, oślepiając ich oczy. Otwierając zamknięte powieki, zabierając z nich dłoń. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Niewielkie pomieszczenie, okazało się ogromną biblioteką. Podniosła wzrok nieświadoma tego co ujrzy. Zawieszony pod wysoko umieszczonym sufitem, wisiał herb jej rodu. Na płótnie koloru granatowego - niemal czarnego, widniał wyhaftowany ze srebrnej nici smok – ustawiony bokiem, który stał na kuli ziemskiej. Nad nim górowało siedem gwiazd. Zarówno ziemia, jak i gwiazdy były ze srebrnej nici. Sama bestia miała rozwarty pysk, a jej ogon leżał swobodnie na ziemi. Skrzydła miał lekko uniesione, jakby zamierzał je rozłożyć. Patrzyła na niego jak zahipnotyzowana. Od wielu lat go nie widziała, a teraz mogła go podziwiać w całej okazałości. Poczuła jak do oczy napływają jej łzy wzruszenia. Cieszyła się, że przed śmiercią mogła zobaczyć tak dawno nie widziany sztandar. Uśmiechnęła się, czując na ramieniu rękę Gandalfa. Żałowała, że nie może go dotknąć, zatrzymać. Rozglądnęła się po regałach. Przy co drugim wisiał taki jeden. Podszedłszy, wyciągnęła rękę, chcąc go dotknąć.
 - Nie dotykać! – obruszył się hobbit, krzycząc na nią.
Zdezorientowana i zaskoczona, odwróciła się.
 - Míri – szepnął, marszcząc brwi. – T-to nie możliwe! To nie możliwe! – powtarzał jak mantrę, cofając się przerażony. Pobladł, nie wierząc w to co widzi.
 - Drogo, przyjacielu – roześmiał się Gandalf. – Przedstawiam ci Alwinę, córkę Míri – położył rękę na jego ramieniu, chcąc dodać mu otuchy.
 - Jesteś do niej taka podobna – począł się tłumaczyć, uśmiechając się.
 - Miło mi – ukłoniła się nieznacznie. – Gandalf poinformował mnie, że jest tu coś bardzo ważnego. A wiec, oto jestem.
 - Tak, oczywiście. Chodźcie – ruszył pomiędzy regałami. – Ta biblioteka jest poświęcona tobie i twojemu rodowi. Znajdziesz tu wszystko co zdołało się zachować. Początkowo miała się ona znajdować w Rivendell, jednakże ostatecznie postanowiono ukryć to wszystko tutaj. Duża część mieszkańców, postanowiła wynieść wszelkie księgi i informacje, które mogą wpaść w niepowołane ręce w zamku, kiedy tylko zorientowali się dokąd zmierzał twój dziadek. Zrobili to bardzo szybko, ponieważ większość zdążyła się uchować w postaci tej biblioteki. Wynosili wszystko, począwszy od tych najważniejszych, kończąc na mniej ważnych. Pewnego dnia twój dziadek zorientował się, że nie ma kilku ważnych ksiąg, których pragnął dla siebie jego nowy doradca z zagranicy. Skazał swojego przyjaciela oraz najbliższego sługę na śmierć za zdradę swego władcy. Wtedy twoja matka się za nim wstawiła, mówiąc, że potrzebowała ich pilnie do nauki. Pod przymusem zwolnił wtedy oskarżonego, lecz z nienawiścią wydalił go z zamku. Nowy doradca nieraz próbował uwieść twą matkę. Pewnego dnia namówił jej ojca, by wydał mu ją. Miała zostać jego żoną, ale swoje serce już wcześniej ofiarowała Ilfirin’owi. Po niedługim czasie – jak zapewne wiesz, uciekli razem, osiedlając się niedaleko Esgaroth. Król ogłosił wtedy uroczyście przy wszystkich, że nie ma już córki – zatrzymał się przy jednym z regałów.
 - Czy jest tu może księga o smokach, które…
 - Tak jest – przerwał jej. – Ostatnia z nich jest poświęcona Draco, ostatniemu smokowi – schylił się do ostatniego regału, znajdującego się przy ziemi. – Tak, to ten regał. Przepraszam – odsunęła się, widząc, że zmierza ku ostatniej księdze. Wyjąwszy ją, przetarł z kurzu. – Dawno tu nikogo nie było. Proszę – podał jej ją. – Znajdziesz tu wszystko, czego zapragniesz wiedzieć o Draco.
****
Cześć i czołem!
Przepraszam za moją tak długą nieobecność. Nieraz nawet jeśli miałam czas, nie miałam siły by napisać rozdział. Mam jednak nadzieje, że teraz będę mogła napisać ich trochę do przodu i, że w te wakacje uda mi się napisać wszystkie rozdziały. Jak nie, to blog będzie dłużej aktywny.
Bardzo dziękuję moim wszystkim czytelnikom, którzy wytrwali.
W rozdziale mogą pojawić się błędy, ponieważ sprawdziłam go tylko dwa razy.
Pozdrawiam ciepło!

niedziela, 2 kwietnia 2017

Rozdział 27 – Czas dobiega końca część II

        Przez kolejne cztery dni, wyczekiwali z niecierpliwością Gandalfa, który wyruszył wraz z Shapiro. Czas biegł nieubłaganie, dając drużynie coraz większe powody do lęku, o życie przyjaciół. Zamknięta w sobie Uriel, siedziała codziennie w koncie gospody, obserwując nowo wchodzących klientów. Żywiła ogromną nadzieję, że za którymś razem wejdzie jej narzeczony. W tedy rzuci się mu w ramiona, dziękując Eru, że żyje. Czuła na sobie troskliwe spojrzenia swoich przyjaciół i choć pragnęła powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, sama nie wiedziała czy będzie. Westchnęła, zrezygnowana, udając się do dzielonej z Alwiną komnaty. Spojrzała na przyjaciółkę, pytającym wzrokiem. Jasnowłosa trzymała talerz z jedzeniem, którego nie zjadła. Spojrzała na przyjaciółkę z politowaniem.
 - Nie mam ochoty jeść – odparła beznamiętnie. – Nic nie przełknę, dopóki nie dowiem się, gdzie jest Shapiro. Po prostu nie mogę – usiadła na łóżku, chowając twarz w dłoniach.
 - Chociaż spróbuj coś w siebie wmusić, wszystko się ułoży – przytuliła ją. – Zobaczysz – wyszedłszy, dosiadła się do samotnie siedzącego Legolasa. – Gdzie Luthias? – zapytała zdezorientowana.
 - Wyszedł na chwilę do stajni – uśmiechnął się. – Gimli jeszcze śpi? – zapytał, śmiejąc się.
 - Tak – zawtórowała mu. – Słuchać go już na korytarzu – zwróciła wzrok, w kierunku drzwi, przez które weszła rudowłosa kobieta. – To były elfy z Mrocznej Puszczy, prawda? – zapytała zmieniając temat. – Stało się coś? – spojrzała na niego uważnie.
 - Tak – odparł lekko, wyjmując list. – Podczas jednej z nocnych zabaw, zostali napadnięci przez niewielki oddział Uruk-hai. Ojciec ratując małą elfkę, został bardzo poważnie zraniony. Z tego co mi napisał, wynika, że jej rodzice zostali zamordowani, więc wziął ją za córkę. Wychodzi na to, że mam siostrę – uśmiechnął się. – Zdołali pojmać jednego z tych kreatur. Kiedy ojciec go przesłuchiwał, dowiedział się o tym, co zaszło w Edroas. Zaniepokojony wysłał tu posłańców, by oczekiwali mojego przybycia – podał jej list, który uważnie prześledziła wzrokiem. – Czują się coraz pewniej. Nigdy przedtem nie wkraczały do Mrocznej Puszczy, bynajmniej nie tak daleko. Coś się święci – nastała cisza.– Jak się miewa Uriel? Nadal nic? – zapytał po chwili.
 - Mam nadzieję, że zje chociaż obiad. Nawet nie mogę sobie wyobrazić, co teraz czuje – westchnęła zrezygnowana. – Jeżeli Shapiro nie wróci, załamie się. Nie wiem czy zdoła wychować sama dzieci Nivis – oddała mu list. – Jeśli nie, zostaną po raz drugi osierocone – spuściła wzrok.
 - Jeżeli miałoby się tak stać, zapewne Elrond okazałby jej wielkie wsparcie – chwycił ją za łokieć. - Jednakże do tego nie dojdzie, ponieważ wrócą – spojrzał jej w oczy. – Gandalf pokonał Barloga, gobliny zresztą też. Shapiro jest w dobrych rękach – uśmiechnął się, chcąc dodać jej otuchy.
 - Masz rację. Gandalf nie pozwoliłby na to, by coś mu się stało – odwzajemniła uśmiech, prostując się. – Legolas - zaczęła niepewni – co zamierzasz po Krwawej Bitwie? – zapytała, przyglądając się mu z uwagą. Zaskoczony elf, wpatrywał się w nią niezrozumiale.
 - Jeżeli przeżyje? – skinęła. – Cóż… Odpłynę do Amanu – odparł, wpatrując się w jej oczy. – A ty wiesz, co stanie się po… no wiesz – przygryzł wargę.
 - Wiem, ale nie mogę tego wydać – westchnęła. – Grozi to bezpowrotnym upadkiem – spuściła wzrok. – Zostanę ukarana, a w tedy nadzieja przepadnie – podniosła na niego wzrok. – Pójdę sprawdzić czy Uriel zjadła chociaż trochę – wstawszy, odeszła od stołu.
        Słońce zaczęło powoli zachodzić. Ruch w mieście znacznie osłabł. Handlarze zwijali swoje stoiska, porozstawiane najczęściej przed domami. Patrzyli na swoje zarobione pieniądze, ciesząc się udanym dniem lub mówiąc do siebie, że jutro będzie lepiej. Matki wołające swoje pociechy do domu, zamykały okna, chcąc ograniczyć wchodzące do środka zimno. Dzieci widząc, zbierające się szaroczarne chmury, posłusznie spełniały prośby swych matek. Za oknem, w które wpatrywał się zamyślony Luthias, spadł deszcz. Czuł panującą napiętą atmosferę w drużynie. Wyczekiwanie Gandalfa wraz z elfem, zabierało im siły. Niepewność o powodzeniu misji, męczyła umysł jego i przyjaciół. Słysząc skrzypnięcie drzwi, odwrócił w ich stronę wzrok. Wstrzymał oddech. Nim zdążył zareagować, w ramionach przybysza znajdowała się Uriel. Elfka widząc narzeczonego z sypialnianego okna, rzuciła się pędem w stronę drzwi. Shapiro zacisnął mocniej ramiona, w około jej drobnego ciała. Bał się, że oddział, który wyruszył z Morii, mógł rzeczywiście natknąć się na drużynę. Elf objąwszy jej twarz dłońmi, pocałował czule.
Luthias wstał z zamiarem podejścia do przyjaciela, jednakże do gospody wszedł uśmiechnięty Gandalf. Mężczyzna podszedł do czarodzieja i uścisnął go przyjaźnie. Na jego twarzy malowało się zmęczenie, ale i ulga. Ich obecność zwiastowała o pomyślnym przebiegu misji.
 - Gandalfie, jesteś! – krzyknęła uradowana Alwina, idąc w ich stronę. – Cieszę się, że jesteście już z nami – przytuliła go. – Mam nadzieje, że misja powiodła się – uśmiechnęła się.

 - Inaczej być nie mogło – zaśmiał się Shapiro. – Dzięki za przywitanie – rozłożył w jej kierunku ramiona. Parsknęła śmiechem, ściskając go. – Tak już lepiej – zaśmiał się.

Kilka minut później, siedzieli zebrani przy jednym stole. Nowo przybili zajadali się specjałem kucharza. Gimli patrzył ze smakiem, jak zjadają ostatnie łyżki zupy. Mimo, że niedawno jadł, na widok jedzenia zrobił się głodny. Marzył o pieczonym dziku, nasmarowanym miodem, którego niegdyś przygotowywała jego matka. Uśmiechnął się, na wspomnienie swojej rodzicielki, stojącej przy pieczącym się cielsku dzika. Rodzice krasnoluda bardzo się kochali. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek kłócili się o coś.

 - Co z palantírem? – zapytała cicho Alwina. Nie chciała, by ktoś wtrącał się w ich sprawy. Ściany „miały” uszy, co oznaczało, że musieli zachować ostrożność.

 - Jest bezpieczny. Odebraliśmy go – uśmiechnął się z zadowoleniem czarodziej. – Co prawda przypłacilibyśmy to życiem, ale najważniejsze teraz jest to, że nie dostanie się w łapska Eliona – pochylił się nad stołem, odsuwając miskę.

 - Jak to? – Uriel zmarszczyła brwi.

 - Kiedy Gandalf podniósł palantir, ściany w małym pomieszczeniu, do którego było ukryte wejście, zaczęły się nagle trząść – zaczął Shapiro. – Spadające kamienie, zatrzasnęły nam otwór przez, który weszliśmy. Hałas zwabił gobliny, ale nie mogły się do nas przedostać, więc stwierdziły, że czas zrobi swoje. Nie mieliśmy dużo czasu na wydostanie się, ponieważ jak się okazało, Uruk-hai strzegły każdego znanego im wejścia. Nie mogliśmy wydostać się górą, ponieważ nad nami znajdowały się komnaty. Po kilku minutach, Gandalf wpadł na pomysł sprawdzenia ścian. Nie pomylił się. Przed nami otworzyła się droga ucieczki. Ciągnęła się ona przez długi korytarz. Idąc nim w głąb, napotykaliśmy się na szczątki goblinów. Musieli odnaleźć tamto przejście. Jednakże nie mogąc go otworzyć stwierdzili najwyraźniej, że to ślepy zaułek. Szliśmy nim, oświetlając drogę kosturem Gandalfa. Droga dłużyła się i ciągnęła w nieskończoność. Po jakimś czasie jednak, dobiegły nas słabe głosy. Byliśmy coraz bliżej wyjścia. Jak się okazało, tego wyjścia pilnowało trzech Uruk-hai. Podczas walki, w korytarzu pojawił się goblin, który pobiegł po pomoc. Po kilku minutach szukania wyjścia znaleźliśmy je, w miejscu… Nie spodziewaliśmy się wyjść tuż za plecami strażników – westchnął.

****

Cześć i czołem!

Znowu po długiej przerwie. Mam nadzieje, że pod koniec roku sytuacja się poprawi.

Wiem, wiem, że dużo tu Legolasa i Alwiny, ale już niedługo to się zmniejszy. Rozwinie się wątek główny, jeżeli chodzi o ród.

A głównie tu też chodzi o Alwinę, ponieważ to jest główna planowa postać.

Mam nadzieję, że rozdział się podoba oraz przepraszam za wszystkie błędy.

Dziękuję za rady i wskazówki, które pomogą mi się poprawić.

Pozdrawiam!

piątek, 3 marca 2017

Rozdział 27 – Czas dobiega końca część I

             Kilka dni później ich oczom ukazał się Tharbad. Miasto zostało odbudowane na początku Czwartej Ery. Kiedy ojciec Mentisa (aktualnego władcy), przybył pierwszy raz do tego miejsca, podróżując Zieloną Ścieżką, zobaczył ruiny. Zmartwił go ten widok, wiedząc jak wychwalano miasto w legendach. Minęły miesiące, zanim postanowił przybyć tam w 3022 roku Czwartej Ery, wraz z swym koczującym w Południowych Wzgórzach ludem. Ciężko pracowali przez okrągłe dwadzieścia lat, by przywrócić miastu świetność. Ojciec Mentisa, nie zdołała jednak zobaczyć zakończenia budowy, ponieważ umarł ze starości sześć lat wcześniej. Jego pierworodny dokończył dzieło, które on sam zaczął. Z czasem do portu rzecznego, zaczęli przybywać inni mieszkańcy, osiedlając się tam i zakładając swoje rodziny. Każdy kto przybywał, zostawał urzeczony pięknem tego miasta. Na cześć odnowiciela postanowiono zrobić park, który nazwano jego imieniem, Glaedr. Działa się w nim niezwykła rzecz, bowiem w samym jego środku zasadzono drzewo, które miało upamiętnić Gleadra. Kwitło ono przez cały rok, a nocą jaśniało blaskiem. Do parku przybywali malarze o każdej porze roku dnia i godziny, tylko po to by uwiecznić ten moment.
               Wjechali przez olbrzymią bramę, odgradzającą miasto od potencjalnego niebezpieczeństwa. Mur obronny miał siedem metrów grubości. Wyjechawszy z „przedsionka”, zsiedli z koni, zachwyceni widokiem tlącego się w porcie życia. Ten widok tchnął w ich serca nową nadzieję. Ruszyli w głąb gwaru, panującego na ulicy. W skupieniu szukali gospody, w której mogliby spędzić kilka dni. Bawiące się dzieci, plątały się im pod nogami. Co chwilę słyszeli głośne „przeprasza”, wydobywające się z ust małych istot. Rozglądali się, po porozstawianych pod domami straganach. Za jednym ze stołów stał grubszy mężczyzna z posiwiałymi włosami i zakolami. Zajmował się handlem żywnością, głownie handlował mięsem. Na sznurkach wisiały różnego rodzaju wędliny, wabiące swoim zapachem głodnych ludzi. Na stole natomiast porozstawiał różnego rodzaju przetwory i jajka. Niedaleko niego, stała blond włosa elfka z pięknie uszytymi sukniami, spodniami i koszulami. Na jej stole zostały poukładane stroje niemalże dla każdej z ras, która zamieszkiwała w tym mieście. Obok niej znajdowała się kwieciarka, zaplatająca wianki, które zawieszała na gwoździach wbitych w belkę. W wiadrach trzymała pięknie wyglądające bukiety z sezonowych kwiatów, które zaczynały powoli kwitnąć.
Szli przez kilka minut, aż im oczom ukazała się gospoda z szyldem srebrnego smoka. Ział on ogniem, a jego ogon sięgał mu do przednich łap. Pod nim widniał napis: Smoczy jad. Drużyna zgodnie stwierdziła, że zatrzymają się w niej. Luthias oznajmił, że pomówi z gospodarzem o wolnych pokojach i sianie dla koni. Stali wpatrując się w ulicznego muzyka, który grał na lutni. W koło niego tańczyły rozbawione dzieci oraz rudowłosa kobieta, którą porwał blond włosy mężczyzna. Księżniczka odwróciwszy wzrok, pogłaskała swoją klacz. Po kilki minutach, Luthias wyszedł z zadowoloną miną.
 - Są dwa pokoje. Jeden dwu osobowy dla pań – skinął na nie. – I jeden dla nas. Wejdźcie do środka, zajmę się końmi – pokiwał kluczykiem od drewnianej bramy. – Zapomniałbym – podał Uriel klucze – musicie wejść po schodach i w prawo – wziął uzdy koni.
 - Pomogę ci – zgłosił się Legolas. – Sam nie dasz rady - chwycił pozostałe dwie uzdy.
Gimli wraz z elfkami, wszedł do środka. Od progu uderzył ich nieprzyjemny zapach tytoniu, roznoszący się po pomieszczeniu, mimo otworach okien. Gospoda była bardzo przestronna. Za stołami miejsca zajmowali mężczyźni z fajkami w dłoniach. Po strojach można było wywnioskować, że powodziło się im w życiu. Wielu bowiem było odzianych w kolory szkarłatu i purpury. Jedni rozprawiali o czymś zawzięcie, drudzy przechwalali się swoimi godnymi uwagi czynami. Kobiety siedzące przy nich w długich ozdobnych sukniach, słuchały z uwagą, bądź śmiały się wraz z mężami, trzymając ich za ramie. Wyglądali, jakby czarny cień wojny, nie dotknął ich w żadnym calu. Zdawać by się mogło, że  nawet nie zwracali uwagi, na zbliżające się niebezpieczeństwo ze strony Eliona. Alwina przeniosła wzrok na grubszego mężczyznę, stojącego za ladą. Jego głowa była pozbawiona włosów, a ubranie miał poplamione. Opierał się on łokciami o blat, trzymając w ręce nie za czysty ręcznik. Rozmawiał zawzięcie z mężczyzną o kruczoczarnych włosach. Podeszła do nich niepewnie.
 - Jestem ciekaw, po co tu przyszli – zagadnął go gospodarz. – Nikt nigdy nie zapuszczał się tu z Mrocznej Puszczy. Mówię ci, to zwiastuje tylko kłopoty – wskazał na niego palcem.
 - Dzień dobry - zaczęła niepewnie, widząc niezadowoloną minę mężczyzny – moglibyśmy dostać pięć miseczek ciepłej zupy? – nie spuszczała z niego wzroku.
 - Pięć srebrnych groszy – zmierzył ją wzrokiem. – Greta, pięć ciepłych zup! – zawołał do otworu w ścianie za nim. – Coś jeszcze? – zapytał biorąc od niej pieniądze.
 - Tak. Przybył tu może czarodziej z brązowowłosym elfem?  - zapytała z nadzieją.
 - Nie – odparł bez namiętnie. – Coś się świeci – nie zważając na nią, wrócił do rozmowy.
Księżniczka wróciła do przyjaciół, siedzących przy jednym ze stołów. Uriel spojrzała na nią z nadzieją, wyczekując odpowiedzi. Alwina pokręciła przecząco głową ze zrezygnowaniem, sprawiając, że przez twarz jej przyjaciółki poszedł cień smutku. Westchnęła podpierając głowę o ręce. Zaciekawiona słowami mężczyzny, przeczesała wzrokiem gospodę. W koncie rzeczywiście siedziało dwóch elfów z Mrocznej Puszczy. Mieli oni blond włosy, a odziani byli w ciemnozielone szaty. Jeden z nich trzymał w ręce list. Przypatrywała się im przez dłuższą chwilę. Dyskutowali o czymś bardzo zawzięcie. Z ich zmartwionych min, nie wynikało nic dobrego. Kiedy jeden z nich spojrzał na nią, odwróciła wzrok.
             Roześmiany Luthias, wszedł do gospody w towarzystwie Legolasa. Rozprawiali w najlepsze o dawnych czasach. Książę szukając wzrokiem przyjaciół, natknął się na posłańców z Mrocznej Puszczy. Zmarszczył brwi, nie rozumiejąc ich obecności. Musiało się coś stać. Ojciec nigdy nie wysyłał posłańców w innej sprawie, niż handlowej. Nie spodziewał się, że Thranduil zapragnął handlować z Tharbadem. Zwłaszcza teraz, kiedy przygotowywał armię do Krwawej Bitwy. Przyjrzał się im uważnie jeszcze raz. Nie chciał ich podsłuchiwać, więc nie uczynił tego. Podszedł do nich niepewnie. Ujrzawszy go, ukłonili się. Nie usiedli, dopóki on tego nie uczynił. Przyglądał się im z powagą przez chwilę.
 - Przysłał was król? – zapytał, w dalszym ciągu nie spuszczając z nich wzroku. Ich przybycie tu, mogło zostać zaaranżowane przez Eliona. Nie mógł pozwolić na pochopne wyciąganie wniosków.
 - Tak, panie – odrzekł jeden z nich. – Na potwierdzenie naszych słów, przynosimy list od króla – poddał mu zwinięty list. Legolas wziął go ostrożnie, obserwując elfa. Otworzył go powoli. Pod listem, rzeczywiście widniał podpis Thranduila. –Do Mrocznej Puszczy dotarła wieść o… - przerwał, nie wiedząc, jak powinien to powiedzieć – o wydarzeniach z Edoras. Król bardzo zaniepokoił się o Twój stan zdrowia, książę – dokończył niepewnie.
Legolas spojrzał na niego, uważnie. Nie spodziewał się, że przesłuchanie Torona ujrzy światło dzienne. W zupełności, że dotrze na północ, do Mrocznej Puszczy. Tharnduil nie miał w zwyczaju ingerować w sprawy innych królestw czy miast. Trwali chwilę w ciszy. Posłaniec czuł się niepewnie, pod uważnym spojrzeniem księcia.
 - Nie sądziłem, że dotrze to dokądkolwiek – odezwał się, przerywając ciszę. – Skąd uzyskaliście tę informacje? – przeniósł wzrok na drugiego posłańca.
 - Podczas jednej z nocnych zabaw w Mrocznej Puszczy, zostaliśmy napadnięci przez odział Uruk-hai. Pochwycono jednego z nich, który jako jedyny ocalał. Król osobiście go przesłuchał, poskutkowało to niestety jego zdrowiem – dodał ciszej.
Legolas spojrzał na niego zaskoczony.
 - Król kazał przekazać, że list jest wyjaśnieniem wszystkiego – dodał drugi.
 - Dobrze, hannon le (dziękuję). Powiedzcie mojemu ojcu, że miewam się dobrze. Tenna' telwan (Do zobaczenia wkrótce) – uśmiechnąwszy się, odszedł do przyjaciół, ściskając w dłoni list od ojca.
****

Cześć i czołem!

Z racji, że zazwyczaj krucho u mnie z czasem do pisania, na razie będę wam wstawiała rozdziały rozdzielone na części.

To jest jeden z lepszych rozdziałów, jakich ostatnio napisałam. Także mam nadzieje, że podoba wam się tak samo jak mi.

Dziękuje za wasze miłe komentarze, które motywują mnie do pracy.
Jeżeli widzicie poważne błędy (za co z góry was przepraszam), napiszcie mi, a postaram się poprawić.

Pozdrawiam! :*